środa, 25 grudnia 2013

Rozdział 5

 Z całej siły pchnęłam przedmiot dzielący mnie od tego co w środku.
-Danielle! C-co ty tu robisz?- David gwałtownie zerwał się z łóżka i stanął koło niego w samych bokserkach patrząc na mnie przerażonym wzrokiem. Dziewczyna, która uprzednio leżała na chłopaku, teraz upokorzona skryła się pod warstwą cienkiego koca.
-Co ja tu robię? Co ty tu robisz?!- krzyknęłam zdenerwowana.
-T-to nie...to nie co myślisz. My tylko...- tutaj przestał mówić jakby myśląc, że mu przerwę, nie dając skończyć. Ale ja chciałam posłuchać co ciekawego ma do powiedzenia.
-No słucham!- krzyknęłam z całej siły. Byłam jednym, wielkim kłębkiem emocji. Budowały we mnie złość, żal, smutek i przygnębienie.
-Ja...- zaczął David, ale nie mając co powiedzieć, zaczął równocześnie kończąc.
-No właśnie, tak myślałam- prychnęłam kpiąco i spojrzałam na chłopaka z niesmakiem. Zrezygnowałam z dalszego śledztwa i powoli wycofywałam z pokoju- Zaraz, zaraz...- rzuciłam przelotne spojrzenie na łóżko-Kto to jest?- zapytałam, ale po nieotrzymaniu odpowiedzi podeszłam do łóżka i gwałtownie ściągnęłam koc z dziewczyny.
-Co...?- wyszeptałam. Leżała tam Vicky. Nagle w głowie pojawiła mi się scena z minionego dnia.

-Przeprowadzam się- odpowiedziałam podnosząc głowę, 
patrząc na jej twarz i próbując cokolwiek z niej wyczytać. 
Zauważyłam w jej oczach jakby błysk. Zignorowałam go, 
bo może mi się wydawało. 

Nie wydawało mi się! Ona naprawdę wtedy tylko grała. Udawała, że nie chce żebym wyjeżdżała.
-Ty szmato!- krzyknęłam z całej siły, aż zabolało mnie gardło.
Wybiegłam z pokoju, jak i z domu. Usłyszałam tylko przelotny krzyk Davida.
-Danielle! Daj mi to wytłumaczyć!
Uciekłam. Nie uciekałam, bo było mi przykro. Nie uciekałam, bo byłam zła. Nie uciekałam, bo czułam się upokorzona. Uciekłam, bo straciłam wiarę w ludzi. W ludzi, którzy są coś jeszcze warci, i dla których warto budzić się co rano.

Stałam przed swoim domem zdyszana, zaziębiona i zrozpaczona. Na dodatek zaczął padać deszcz.
Świetnie...
Już prawie otworzyłam drzwi, kiedy przypomniałam sobie o całej sytuacji sprzed mojego wyjścia.
Przecież jeżeli teraz wejdę, moi rodzice mnie zniszczą.
Spojrzałam na telefon. Była 22.07 Powędrowałam do altany. Od razu przywitał mnie tam piesek.
-Nie mam najmniejszej ochoty się z tobą bawić- szepnęłam. Szczeniak cichutko zaskomlał. Podreptał za szafki z różnymi gratami. Kiedy już myślałam, że się obraził, ten, w pyszczku przyciągnął do mnie kartonowe pudło i wytargał z niego koc.Wzięłam go, wstałam, położyłam się na ławce wyściełanej mięciutkim puchem i szczelnie przykryłam. Szczeniak wskoczył do mnie i zwinął się w kłębek w zagłębieniu mojego brzucha. Mimo, że już zdążyłam się uspokoić i dostatecznie ogarnąć psychicznie, to gdy tylko ułożyłam się wygodnie wybuchnęłam płaczem.
Tego dnia wszystko się ZMIENIŁO...

***

Obudziłam się następnego dnia, dość wcześnie. Przespałam wtedy może kilka godzin. Ciągle krążący mi po głowie widok Davida i Vicky uprawiających seks, się nie dawał mi zasnąć. Spojrzałam na telefon, którego wyświetlacz wskazywał godzinę 07.15 Nie miałam NAJMNIEJSZEJ ochoty wybierać się do szkoły...ani gdziekolwiek indziej. Niestety musiałam iść. W dodatku z moją matką, podpisać papiery o przeniesienie. Spojrzałam na pieska. Nadal leżał tam, gdzie położył się wczoraj. Uśmiechnęłam się przed łzy. Dochodziło do mnie to, że mogę go nie zabrać do Londynu, ale byłam w stanie zrobić wszystko, aby go zabrać. Jakoś tak się do niego przywiązałam.
-Nazwę cię Champion...takie uniwersalne imię. Nie mam pewności "kim" jesteś, ale mam nadzieje, że nim- wyszeptałam. Szczeniak na dźwięk mojego głosu, uniósł delikatnie główkę, by po chwili została ona poddana pieszczotom. Spazmastycznie wciągnęłam powietrze, jakby dławiąc się nim. Resztki wczorajszych wrażeń nadal nie mogły wyjść z mojej głowy i kotłowały się z niej, obijając o ścianki niczym młot. Wstałam z ławki otrzepując się. Kiedy tylko wykonałam tę czynność zgięłam się w pół łapiąc z przerażeniem za obolały nadgarstek.
-Aaaaa!!- krzyknęłam z bólu. Mój głos obił się echem po pomieszczeniu. Pies nawet nie zapiszczał. Tylko ze spokojem mi się przyglądał. Jakby wiedział, że to się zdarzy.
Dokładnie w miejscu, do którego w nocy przytulony był łapką szczeniak, widniał tatuaż. Był zaczerwieniony. Ból pulsował mi po całej ręce. Delikatnie przejechałam opuszkiem palca po obolałym miejscu i syknęłam zaciskając zęby- Co tu się do cholery dzieje, co?! Od czasu kiedy tu jesteś wszystko się sypie! Wynoś się! WYPAD!- wydarłam się na Championa, ale ten nic sobie z tego nie robił i nadal stał przede mną nieruchomo. Byłam niewyobrażalnie wściekła. Rzuciłam ostatnie przelotne spojrzenie na tatuaż, a następnie zabrałam telefon i powędrowałam powoli w stronę domu. Rękę, na której znajdowało się znamię trzymałam sztywno i starałam się ignorować nieustającą boleść. Choć nieskutecznie. Tuż po wejściu przywitał mnie Eric.
-D*...gdzie byłaś?- zapytał ospale przecierając oczy.
Wzięłam małego na ręce, sycząc z bólu i dając buziaka. Ten objął malutkimi rączkami moją twarz i wytarł z niej resztki łez.
-Pakałaś?- ponownie zapytał Eric swoim cieniutkim, dziecięcym głosikiem.
Tak.
-Nie. Wydaje ci się słoneczko-uśmiechnęłam się- W nocy padał deszcz i jestem jeszcze trochę mokra- skłamałam.
-Wiem, ze pakałaś. Nie powiem mamie- mały wtulił się we mnie, a w moich oczach ponownie pojawiły się łzy.
-Dziękuję...
-D.?- zapytał po chwili ciszy.
-Tak skarbie?- nadal się tuliliśmy
-Dlacego wyjezdzamy?- oddalił się troszkę ode mnie, dając w ten sposób znać, abym już postawiła go na ziemi. Nie wiedziałam co mam mu powiedzieć. Wyznać prawdę, powiedzieć co o tym myślę, czy tylko wspomnieć o pracy?
-To trudne pytanie. Chodzi o to, że ostatnio rodzice mają problem z pieniążkami, a tam gdzie się przeprowadzamy będą więcej płacić tatusiowi, za pracę. Rozumiesz?- kłamstwo nigdy nie przychodziło mi z łatwością, ale życie nauczyło mnie, że nie zawsze prawda jest najlepszym wyjściem.
-D.? Ale psecies ty zawse mi powtazałaś, ze pieniąski nie są najwazniejse- zaśmiałam się delikatnie. Dziecko mądrzejsze od dorosłego. Ten dzieciak będzie dużo lepszym rodzicem od tych naszych...dużo lepszym.
-Tak skarbie. Masz rację- poczochrałam małemu, jego blond, kręconą czuprynę- Ale pieniądze też są w życiu potrzebne, rodzice...
-Danielle! Co ty chcesz mu tłumaczyć?! To tylko dziecko! On nic nie rozumie! Daj sobie spokój!- nagle do kuchni wkroczyła zdenerwowana moja matka. Najwidoczniej przysłuchiwała się naszej rozmowie.
-Jasne...
-I gdzieś ty była całą noc?! Co ty sobie wyobrażasz w ogóle?! Myślisz...
-Skończ!- wybuchnęłam. Nie chciałam stać tam bezczynnie i wysłuchiwać jak prawdopodobnie będzie mnie obrażać. Miałam tego po dziurki w nosie- Nie mam ochoty cię słuchać, ok? Daruj sobie tą gadkę i przejdźmy do rzeczy. Idziesz dzisiaj ze mną do szkoły, podpisać papiery. Dziękuję, do widzenia- moja matka stała jak wryta nie odzywając się ani słowem. Po wczorajszym zdarzeniu, nabrałam pewności siebie i być może też odwagi.
-Chodź mały. Zrobimy śniadanie. Na co masz ochotę?- złapałam Erica za rękę prowadząc ku kuchni.
-Na naleśniki...z dzemem! I-i bitą śmietaną!- pisnął podekscytowany.
-Dobrze...ale myślałam, że może zjesz moje specjalne śniadanie...- udałam zasmuconą. Chodź właściwie nie musiałam udawać.
-Tak! Tak! Tak!
Moje "specjalne śniadanie" składało się z naleśnika z Nutellą, bitą śmietaną i ćwiartką brzoskwini. Do tego miseczka mieszanki świeżych owoców oraz szklanka soku arbuzowego. Nic specjalnego, ale smakuje naprawdę dobrze, a to już coś jak na moje możliwości.
-No to do roboty!- potarłam ręce.
Eric usiadł na wysokim, "barowym" krześle, a ja wyciągnęłam z szafki wszystkie potrzebne składniki i naczynia.
-O nie, nie, nie! Moja droga! Nie będziesz mi faszerować dziecka słodkościami z samego rana! I jeszcze za pyskowanie zostajesz...- szykowała się kolejna kara, ale jakoś zwisało mi to co ma do "zaoferowania" moja matka. Żadna kara nie mogła równać się z tym, co do tej pory mi się przytrafiło.
-No co takiego? Dostanę karę na komputer? Zabierzesz mi telefon? Nie masz prawo na nic z tych rzeczy, bo za wszystko płacę sama, a ty masz głęboko...-opamiętałam się w porę, przypominając sobie, że w pomieszczeniu jest też Eric- Gdzieś, że te pieniądze miały iść na studia!- kontynuowałam.
-Co ci się stało?! Aaaa już rozumiem. To ma być bunt, za tą wyprowadzkę, tak? To jeszcze zobaczymy, kto się będzie śmiał ostatni!- roześmiała się szyderczo.
-Co? Nie wiesz gdzie podziała się ta grzeczna dziewczynka, która była na każde twoje dyktando, która robiła wszystko żeby było ci dobrze, a w zamian dostawała jedno wielkie NIC?! No to patrz! Zniknęła- pstryknęłam palcami. Podeszłam do Erica.
-Chodź, ubierzemy się.
-Suuupel- krzyknął. Zawsze kiedy razem się ubieraliśmy, było dużo zabawy.
-A ty jak już się tak rządzisz, to zrób mu te śniadanie.
Poszłam z małym na piętro do jego pokoju i zaczęłam przebierać wszystkie ubrania, wyglądając przedtem przez okno, sprawdzając jaka jest pogoda.

-Mały?
-Taaa?
-Jesteś już gotowy, tak?- wstałam z dywanu i spenetrowałam wygląd mojego braciszka.
-Chyba tak- uśmiechnął się.
-To teraz ty zejdź na śniadanko, a ja pójdę się umyć i...chcesz też coś dla mnie wybrać?- puściłam mu zachęcające oczko.
-Taaak! Będziesz slicnie wyglądać!- zaczął skakać z radości.
-No to leć już, a ja cię zawołam kiedy będzie trzeba- popędziłam go.
Powoli powędrowałam do mojego pokoju, a następnie do łazienki, zabierając ze sobą tylko jakieś dresy. W końcu ubrać miał mnie Eric.
Ściągnęłam z siebie wczorajsze, pechowe ubrania. Weszłam pod prysznic i rozkoszowałam się ciepłem, rozpływającym się szybko po moim ciele. Tego właśnie było mi trzeba: spokoju i samotności.
Po wyjściu już chciałam wysuszyć swoje włosy, ale zorientowałam się, że pewnie chciałby to zrobić Eric. Uwielbiał bawić się moimi włosami. Ubrałam wiec tylko dres i wyszłam z łazienki.
-Ooo. A ty co tu robisz, hę?- zaśmiałam się. Tuż po wyjściu przywitał mnie widok mojego braciszka siedzącego na łóżku.
-Cekam na ciebie. Sssstrasnie długo się myjes- zamarudził wstając- Danielle! Mogę ci wysusyć włosy? Plose! Plose! Plose!
-Oczywiście, że możesz. Czy jakbyś nie mógł to sama wcześniej bym ich nie wysuszyła? Kierunek: ŁAZIENKA!- odwróciłam się ciągnąc za sobą Erica.
Po wysuszeniu włosów, przy czym było niemało zabawy, powędrowaliśmy w stronę szafy. Uświadomiłam sobie, że możliwe jest, że spotkam się z Davidem...a z Vicky to już na 100%. Chciałam pokazać mu, co stracił ubierając się dość seksownie i wyzywająco, ale również stosownie. Niestety moja szafa była dość... ograniczona. Nigdy nie ubierałam się jakoś specjalnie. Stawiałam na wygodę.
Eric wybrał dla mnie taką stylizację.
Ma dzieciak gust!
Byłam niewyobrażalnie zadziwiona tym, co zobaczyłam. Nawet nie wiedziałam, że mam takie ciuchy! Po raz chyba ósmy obracałam się przed lustrem, oglądając się ze wszystkich stron. Wszystko współgrało ze sobą tak idealnie. Nic się nie zlewało, nic się nie gryzło. Tego dnia było niewyobrażalnie gorąco, więc co to miałam na sobie było idealne!
-Gotowa!- krzyknęłam uradowana i niebywale zadowolona efektu.
-Niee- świadczył Eric.
-Jak to "nie"? Coś jest nie tak?- spojrzałam zaniepokojona w lustro.
-A włosyyy?- mały wskazał na moją fryzurę.
Zapomniałam!
Miał rację! Tak zajęłam się strojem, że zapomniałam o fryzurze i makijażu. Rzuciłam przelotne spojrzenie na godzinę. Była 09.03. Szykowanie zajęło nam dość sporo czasu, ale miałam jeszcze chwilę dla siebie. Zaczęłam zastanawiać się co robić włosami. Miałam takie cholerne szczęście (nawiasem mówiąc to chyba jedyne), że rosły one wyjątkowo szybko. Aż nienormalnie. Moje wizyty u fryzjera były bardzo często- dwa razy w miesiącu na podcinanie końcówek. Moje włosy sięgały wtedy ponad połowę pleców- do talii. Najrozsądniejszą opcją było pozostawienie ich rozpuszczonych. Mimo, że z natury miałam delikatnie falowane włosy, postanowiłam je podkręcić mniej więcej tak.
Delikatnie pomalowałam rzęsy maskarą, zakryłam niedoskonałości i  musnęłam szminką usta.
-TERAZ jestem gotowa- zaśmiałam się.
-Łaaaa- mały zaniemówił.
-Co? Gdzieś się ubrudziłam? Mam szminkę na zębach?- od razu pobiegłam do łazienki sprawdzając czy wszystko jest w porządku.
-Nieee. Jesteś taka ślicna!- Eric podbiegł do mnie i wtulił się w moje nogi.
-Dziękuję. Kocham cię, wiesz?
-Tes cię kocham- kiedy tylko się od siebie "odkleiliśmy", złapałam mojego braciszka za rękę i zeszliśmy na dół.
-Możemy iść- oświadczyłam matce, która wylegiwała się na kanapie w salonie.
-Ooo. Księżniczka przyszła!- wstała i spojrzała na mnie. Z początku miałam wrażenie, że zabije mnie wzrokiem, ale potem jej spojrzenie stało się łagodniejsze.
No cholera! Coś musi być nie tak!
Kolejna osoba, która zaniemówiła na mój widok. Eric twierdził, że wszystko jest okej, więc chciałam się nie martwić, ale sytuacja mi na to nie pozwalała
-Idziemy, czy będziesz się tak gapiła do jutra?- przerwałam ciszę- Czekamy w samochodzie. Zabrałam małego i powędrowaliśmy do garażu.
Może i byłam wredna...chamska...egoistyczna i w ogóle, ale dlaczego miałabym być miła? Przecież każdy pokazywał mi, że nie warto być miłym, uprzejmym ani nic z tych rzeczy. Traktowali mnie jak zwykłą zabawkę, jak służącą, a ja nie miałam zamiaru za to wszystko być dla nich w dupę uprzejma.


*D- skrótowiec, zdrobnienie, którego używa tylko brat Danielle
_______________________________________________________________________
 O Matko no... każdy kolejny rozdział jest coraz bardziej beznadziejny... Ehhh nie wiem czy kontynuować bloga, ponieważ nikt nie komentuje, ani nic. Wejść jest coraz mniej... Proszę, jeżeli ktoś to czyta, niech zostawi po sobie komentarz, dla Was to sekunda, a dla mnie ogromna motywacja.
Malutka przerwa będzie, rozdział POWINIEN (ale niekoniecznie) pojawić się przez nowym rokiem. 



LoLa
 


niedziela, 22 grudnia 2013

Rozdział 4

Po skończonych lekcjach wyszłam trzymając się za ręce z Davidem. Naprawdę nie wiedziałam jak przekazać mu wiadomość. To wszystko, co nas łączy...miałam to zostawić. Po prostu.
Nie wytrzymam tego psychicznie. Co ja zrobię bez niego, bez Vicky w Londynie? To jedyne osoby, którym bezgranicznie ufam, a tam? Tam nie będę miała nikogo. Tak owszem są telefony, Twitter, Skype, ale przecież to nie to samo. Nie będę mogła go dotknąć przytulić...pocałować.  Moim zdaniem związki na odległość nie mają sensu, a teraz sama mam czegoś takiego doświadczyć. Muszę coś wymyślić...
Z początku spacerowaliśmy w ciszy, ale wreszcie David podjął rozmowę.
-Kotku, coś się dzieje?-zapytał- Ostatnio dziwnie się zachowujesz. Jesteś taka nieobecna.
-Kochanie...muszę ci coś powiedzieć- głos mi się łamał, a w gardle pojawiła się wielka gula. Spuściłam wzrok.
To ta chwila.
-Słucham. Co się dzieje?- na twarzy mojego chłopaka malował się niepokój.
-David, ja...wyjeżdżam- podniosłam wzrok próbując rozszyfrować o czym myśli.
-Jak to? Kiedy? Gdzie? Co?!- zadał serię pytań puszczając moją rękę i gromiąc mnie wzrokiem.
-W czwartek. Do Londynu- odpowiedziałam zagryzając zęby, tym samym próbując powstrzymać łzy.
-Dlaczego? Po co?- nadal pytał, jakby nie mogąc uwierzyć w to co słyszy. Podobnie jak ja.
-Mój ojciec znalazł tam lepiej płatną pracę. Nie mam nic do gadania, już próbowałam- zacisnęłam ponownie wargi, lecz tym razem po moim policzku potoczyła się samotna łza.
David jej nie wytarł jak robił to zawsze. Po prostu patrzył się w przestrzeń za mną, nieobecnym wzrokiem.
-Powiedz coś...- powiedziałam błagalnym tonem.
-Co mam powiedzieć? Moja dziewczyna tak sobie wyjeżdża.
-Też mnie to boli. Myślisz, że tak łatwo mi to wszystko zostawić? Nie, nie jest...- chciałam mu powiedzieć, co leży mi na sercu, ale postanowiłam się zamknąć, bo mogłabym się jeszcze bardziej rozkleić.
-Danielle, to nie tak jak myślisz. Po prostu ja nie mogę w to uwierzyć. Co ja bez ciebie zrobię?- w jego głosie dało się wyczuć ból, ale nie w oczach. Oczy nie wyrażały niczego. 
-Sama nie wiem, jak to będzie. Muszę...my musimy coś wymyślić. Nie zostawię was. Ciebie. Vicky- ponownie spuściłam wzrok. Wytarłam koniuszkiem dłoni kolejne łzy spływające swobodnie po mojej twarzy.
-Nie płacz, tylko nie płacz. Damy radę. Razem- David pokonał dzielącą nas odległość i mocno mnie przytulił.
-Stoimy tu ja te dwa kołki na środku drogi. Może usiądziemy?- z czyjejś perspektywy musiało to wyglądać naprawdę dziwnie.
-Dobrze- uśmiechnął się pokrzepiająco.
Siedliśmy na ławce. Delikatnie oparłam głowę o ramię Davida, a on oplótł mnie rękami w talii. Nie zwracałam uwagi na to, że moje gorzkie łzy moczą jego bluzę. Wszystko mnie przytłoczyło i nie chciałam się nigdzie ruszać, więc trwaliśmy tak dłuższą chwilę. Musiałam choć trochę pomyśleć. W pewnym momencie chłopak wyjął telefon sprawdzając godzinę.
-Muszę wracać- zadeklarował Dave.
-Jasne. Rozumiem- uśmiechnęłam się. Poczułam na twarzy strużki, które zostały po zachniętych już łzach.
David przytulił mnie na pożegnanie, szepcząc, że wszystko będzie dobrze. Odwróciłam się i powędrowałam ku swojemu domowi po drodze starając się opanować swoje emocje.

Gdy wchodziłam już po schodach do domu, przypomniałam sobie, że przecież rano zostawiłam w altanie psa. Puściłam się biegiem w jej stronę, za dom. Wchodząc do altanki nie zauważyłam go nigdzie. Rozejrzałam się ponownie i z nadzieją, że zwiał zaczęłam zmierzać ku wyjściu. Nagle usłyszałam huk i po chwili uderzyło we mnie...coś. Okazało się, że to zwykłe kartonowe pudło. Nie zdążyłam się przed nim obronić, ale na szczęście okazało się, że było puste. Wtedy zza pułki z jakimiś gratami wyleciał ucieszony szczeniak. Jakby nie mógł doczekać się, kiedy do niego przyjdę. Ukucnęłam przy nim i delikatnie pogłaskałam jego malutką główkę, następnie drapiąc go za uchem.
To chyba on.
-I co ja mam z tobą zrobić, co?- zapytałam nie przerywając głaskania. Nie mogłam go zabrać, przecież wyjeżdżaliśmy, a w podróż go nie mogłam wziąć. Powolnie drapałam po brzuszku pieska, któremu już zdążyły pojawić się znaki. Pokrywały tylko jego łapki. Nadal mnie przerażały, ale wiedziałam, że się pojawią, więc ich widok przynajmniej mnie nie zdziwił. Zamyślona nawet nie poczułam kiedy maluch zaczął lizać mnie po dłoni. Takie maleństwo, a tak cieszy. Mimowolnie uśmiechnęłam się. Po rozmyślaniach postanowiłam przemycić szczeniaka o domu. Wpakowałam go do torby szkolnej, która na szczęście była na tyle duża, iż go pomieściła i nakazałam cicho siedzieć. Powoli wyszłam z altany starając zachowywać się naturalnie. Wchodząc do domu, powitały mnie krzyki i jeden wielki chaos.
-Co ty robisz?! Postaw to pudło pod tamtą ścianą!
-Jasne, jasne. Jak chcesz.
-Wyjmijmy następne walizki!
Słyszałam strzępki rozmowy.
Co to za bałagan? Wszytko jest spakowane. Co jest, do cholery?
-Czemu wszystko jest już spakowane?- zapytałam się mamy, a na mojej twarzy wymalowany był wielki znak zapytania. Rozejrzałam się. Nawet nic nie wyolbrzymiłam. Dosłownie WSZYSTKO było spakowane.
-Niech ci ojciec powie- odpowiedziała.
-Tato...?- odwróciłam się.
-Powiem ci potem. Jesteśmy zajęci, jak widzisz!- chamsko odszczekał się mój ojciec.
Nie odpowiedziałam nic, bo wiedziałam, że i tak nic z nich teraz nie wyciągnę.
Leniwie powędrowałam na górę. Było dopiero po 16, ale ja poczułam się senna, a tym bardziej nie chciało mi się odrabiać lekcji. Na szczęście nie musiałam już tego robić. Usiadłam na niepościelanym łóżku, delikatnie wyjmując pieska z torby.
-I co teraz?- kucnęłam rozglądając się po pokoju. Nie było gdzie go ulokować, nawet na te ostatnie dni. Mój pokój był dość mały zważając na to, że inne ogromne. Zostawiłam sprawę w spokoju, pozwalając szczeniakowi biegać po pomieszczeniu, ponieważ robił to wyjątkowo cicho. Pamiętałam jednak, aby zamknąć dokładnie drzwi, na ewentualne, ewentualności. Położyłam się na łóżku, lecz po chwili wstałam orientując się, że w sypialni było za cicho, nawet pomimo krzyków dobiegających z dołu, więc podeszłam do wieży i włączyłam radio. Ponownie rzuciłam się na łóżko, pozwalając moim nogom troszkę odpocząć i wsłuchując się w bit. W głowie znów pojawiły się najczarniejsze scenariusze całej sytuacji.
Co jeżeli David nie będzie chciał związku na odległość i mnie zostawi? Co jeżeli nie znajdę nikogo takiego jak Vicky? Co jeżeli nikt w Londynie mnie nie zaakceptuje?
Po wpływem wszystkich dziennych wrażeń, odpłynęłam w krainę snu...

*

Obudziło mnie głośne tupanie na schodach. Delikatnie starałam się otworzyć oczy, ale ktoś kto postanowił mnie obudzić, postanowił również zapalić światło, które mocno mnie raziło, utrudniając tą czynność.
-Danielle! Ty jeszcze nie spakowana?!- usłyszałam krzyk. Strasznie dzwoniło mi w głowie. Gdyby nie to, że mieszkaliśmy tylko we czwórkę, nie wiedziałabym do kogo należał głos. Tylko po tym, że był męski stwierdziłam, że do mojego ojca.
-Czemu? Wyjazd w czwartek, jeszcze zdążę...- ociężale podniosłam się na łokcie, ospale przecierając dłonią twarz.
Boże! PIES!
Rozejrzałam się nerwowo po pokoju w poszukiwaniu zwierzaka. Ku mojej radości- nigdzie go nie było.
-Jak to w czwartek?! Jutro lecimy! O 18.30 mamy lot do Londynu! Dotarło?! To teraz się pakuj, chyba że chcesz zabrać tylko to co masz na sobie- oświadczył tylko mój rodziciel od razu wychodząc trzaskając przy tym drzwiami.
-Co?- niemo wyszeptałam.
Ale, że jak to? Przecież ja...co?!
Gwałtownie poderwałam się z z łóżka i zbiegłam na dół, chcąc jak najszybciej pokonać schody, przeskakiwałam co dwa.
-Kiedy?!- krzyknęłam widząc postać mojej matki przy ogromnym pudle.
-Co "kiedy"?- zapytała.
Nie odpowiedziałam. Przecież dobrze wiedziała o co mi chodzi.
-Aaaa pewnie chodzi ci to to, że jutro wyjeżdżamy?- zapytała, nadal nie otrzymując ode mnie odpowiedzi. Przewróciła oczami i kontynuowała- Tak, owszem. Jutro jest wylot do Londynu. Inaczej nie wyjechalibyśmy stąd aż do nowego roku. Wszystkie loty, w grudniu zostały odwołane, bo mają być jakieś tam śnieżyce w Londynie. Jutro jest ostateczna data. Nawet ludzie, który chcą polecieć gdzieś na święta, będą musieli to zrobić albo tak jak my- na początku listopada, albo w ogóle. No chyba, że mają prywatne odrzutowce- roześmiała się.
Słyszałam moją matkę, tak jakby stała gdzieś daleko. Setki metrów ode mnie, a mimo to jej głos docierał do moich uszu, tym samym coraz bardziej raniąc moje uczucia.
-Kpisz sobie, prawda?
-Nie. Czemu miałabym sobie kpić?- zadała retoryczne pytanie.
Mimowolnie mój wzrok powędrował na zegar wiszący na ścianie. Wskazywał godzinę 21.13 Stałam tam jak słup soli. Nie ruszając się, nic nie mówiąc. Po prostu stałam, próbując przekalkulować wszystko co usłyszałam.
Nie udało się. Rzuciłam moim rodzicom ostatnie mściwe spojrzenie i wybiegłam z domu. Znowu uciekłam przed problemem. Tylko tym razem wiedziałam gdzie biegnę- do Davida. Po głowie krążyły mi tysiące myśli, jak ja mam zdążyć. To było wręcz niewykonalne. Odebrać świadectwa, pożegnać się ze wszystkimi, spakować... wymyślić jak zabrać psa.
Biegłam ulicami Los Angeles najszybciej jak umiałam. Już prawie minęłam dom Vicky, kiedy zatrzymałam się. Podeszłam do drzwi i moja ręka powędrowała na dzwonek. Milimetry dzieliły skórę od zimnego metalu. Wycofałam się.
 Ostatnio zaprzątałam jej głowę swoimi problemami. Tym razem pójdę do Davida, ale to idiotycznie brzmi...
Ogarnęłam się i pobiegłam dalej, co chwilę wycierając łzy cieknące mi po policzkach. Było ciemno. Przeraźliwie ciemno. Niebezpiecznie...

***

Stałam już pod domem Davida. W głowie pojawiła się myśl "Co ja mu powiem?!". To miał być prawdopodobnie nasz ostatni wieczór razem, nasze ostatnie zbliżenie, nasz ostatni pocałunek... Nie miałam pewności co do tego czy przyjdzie do szkoły następnego dnia. Moje emocje już nieco opadły. Przynajmniej nie płakałam. Chciałam mu jakoś przekazać wiadomość. Gdybym nadal płakała, pewnie nie byłabym w stanie wykrzesać z siebie choć słowa.
Zapukałam do drzwi. Czekałam kilkanaście sekund, ale nikt nie otwierał. Powtórzyłam czynność. Nadal brak reakcji. Niemożliwe było, że nikogo nie było w domu, bo w salonie świeciło się światło. Postanowiłam wejść. W końcu byłam dziewczyną Davida jak i również częstym gościem w jego domu. Niepewnie przekroczyłam próg i weszłam w głąb domu
-David?- zawołałam, ale odpowiedziała mi głucha cisza.
Weszłam na piętro. Drzwi od jednego z pokoi były zamknięte, ale jednak delikatnie uchylone. Ostrożnie zajrzałam przez szparę.
Czuję się jak złodziej.
To, co zobaczyłam, przeszło moje najśmielsze oczekiwania...
____________________________________________________________________________
Badum tsss. A i oto rozdział 4. Od teraz wreszcie zacznie się coś dziać :D
WESOŁYCH ŚWIĄT kotki <3 Życzę Wam, żeby spełniły się Wasze najskrytsze marzenia, te wielkie, jak i te najdrobniejsze. Żeby ten przyszły rok był jak najlepszy, jak najszczęśliwszy. Pijanego sylwestra ^^ Szalejcie i cieszcie się życiem z nowym roku. Zmieńcie to, co macie zmienić, walcie o to co kochacie i spełniajcie marzenia. Kocham <3
CZYTASZ=KOMENTUJESZ


LoLa

wtorek, 17 grudnia 2013

Rozdział 3

Weszłam do domu i pierwsze co rzuciło mi się w oczy to wiele kartonowych pudełek wypchanych po same brzegi.
-Gdzieś ty tak długo była?!- "powitała" mnie matka
-U Vicky- rzuciłam obojętnie
-Po co?- zapytała  ponownie. Zazwyczaj moje jakże fascynujące rozmowy z rodzicami składały się z prostych pytań i odpowiedzi, ale nie przeszkadzało mi to. Nie potrzebowałam rozmowy o tym jak im minął dzień, co w pracy czy jak ich samopoczucie.
-Posiedzieć- mimo to, że miałam podniesioną głowę nie ani w jej oczy, ani na nią.
-Posiedzieć, tak? A może się jej wyżalić?- moja matka skrzyżowała ręce na piersi.
-Co?- naprawdę nie wiedziałam o co jej chodzi. 
-Wyżalić. Nie rozumiesz? Co ją obchodzi, że się wyprowadzamy?!- wydarła się.
-Co ją obchodzi? Może to, że jest moją przyjaciółką i ma prawo o tym wiedzieć. A raczej nawet powinna. Sądzisz, że nie martwiłaby się o mnie jak tak nagle bym zniknęła?- odpowiedziałam. 
Co ona sobie wyobraża? Nie miała chyba nigdy przyjaciół, dlatego była taka bezuczuciowa. Pasują do sobie ojcem wprost idealnie...
-Sądzę, że nie. Miałaby tęsknić i szukać kogoś takiego jak ty?-roześmiała się w głos- A co was niby takiego łączy? Ach no tak: przyjaźnicie się, ale co jej po kimś takim jak ty. Brzydka, wychudzona i do tego bez charyzmy. Na co jej ktoś taki? Chyba tylko, żebyś jej chłopaków odbijała. Nie wiem co też oni w tobie widzą- zabolało.Wiedziałam, że jestem mojej matce obojętna i że ma mnie za totalne zero, ale nie sądziłam, że kiedyś powie mi to. Prosto w oczy.  Nie odpowiedziałam nic, tylko powędrowałam do siebie do pokoju i chcąc zająć czymś myśli, wzięłam się za lekcje.


*Następnego dnia*

Obudziłam się rano we wcześniejszym humorze, czyli przybita i rozżalona. Nawet nie wiem czy w końcu odrobiłam te lekcje. Nie obchodziło mnie to. Miałam wtedy ważniejsze sprawy na głowie.
Wstałam, i powędrowałam do szafy wyciągając z niej ubrania. Następnie poszłam do łazienki w celu zmycia z siebie wczorajszego dnia. Po wyjściu z pod prysznica tylko delikatnie się pomalowałam. Nie byłam w stanie czegokolwiek przełknąć, więc tylko spakowałam zeszyty i wyszłam, a i tak dość późno wstałam. Jak zwykle chciałam założyć słuchawki i posłuchać muzyki, ale okazało się, że ich zapomniałam, a byłam już spory kawałek od domu.
-Szlag- zaklęłam cicho pod nosem, wracając.
Wcześniejszego dnia zostawiłam je w szafeczce przy wejściu, ale ich tam nie  było, więc musiałam iść do pokoju. Wtedy usłyszałam ciche łkanie na piętrze. Powoli szłam po schodach, a odgłosy stawały się coraz głośniejsze. Niepewnie weszłam do pokoju i nie wierzyłam własnym oczom. Zastałam tam malutkiego szczeniaczka, wygodnie ułożonego na moim łóżku.  
To chyba Golden Retriever.
-Co ty tu robisz maleńki?- wyszeptałam uśmiechając się. Zaczęłam iść w kierunku pieska, ale zawahałam się. 
Przecież nie wiem jak się zachowa. To totalnie obcy mi pies. Może mnie ugryźć, albo zwieje i pobiegnie do pokoju Erica.
Wtedy stało się coś, czego bym się nie spodziewała. Szczeniak zeskoczył z łóżka i szczęśliwy podreptał do moich nóg, zaczynając się łasić jak kot. Wzięłam malucha na ręce i podrapałam za uchem. Ostatnie co mogłam zobaczyć to jego śliczny pyszczek, zdecydowanie za blisko mojej twarzy, tuż przed tym jak cała została zaśliniona. Zaśmiałam się cichutko, ale nagle zauważyłam, że na jednej z jego łapek zaczynały się tworzyć jakieś znaki, jakby tatuaże.
-Co jest...- powiedziałam przerażona, a uśmiech zszedł z moich ust. Odstawiłam z powrotem pieska na podłogę oddalając się od niego na bezpieczną odległość, ale też na tyle blisko, abym mogła obserwować zachodzące zjawisko. Z początku układały się w jakieś niezidentyfikowane wzory, ale kiedy tylko pies zszedł w moich rąk, zaczęły znikać.
-Co się dzieje?!- byłam naprawdę przerażona. 
Kiedy zwierzak zobaczył mój przerażony wyraz twarzy, z powrotem ułożył się na łóżku. Nic mi nie zrobił. Tak jakby się poddał, pozwalając mi abym trochę pomyślała i aby mógł zdobyć moje zaufanie.
-Kim ty jesteś?- zapytałam psa, tak jakby mógł udzielić mi odpowiedzi.
Spojrzałam na telefon. 7.46. Na 8.00 do szkoły
-Świetnie. Spóźnię się...-wyszeptałam podenerwowana- Dobra, zrobimy tak. Ty będziesz grzeczny, a ja pójdę do szkoły. Inaczej tuż po powrocie cię wywalę, jasne?- znowu gadałam do psa.
Głęboko westchnęłam i ostrożnie wzięłam psiaka na ręce, tym samym wywołując pojawianie się znaków na jego łapce. Biegłam ostrożnie korytarzem, w celu jak najszybszego zaniesienia go do altany za domem. Przecież rodzice nie mogli go zobaczyć. Odstawiłam zwierzaka w pomieszczeniu i popędziłam do szkoły. Truchtając, ponownie spojrzałam na godzinę. 7. 50.
-Przecież nie zdążę- powiedziałam sama do siebie. Nie miałam się gdzie już wtedy spieszyć, więc najzwyczajniej w świecie zwolniłam. 
Pójdę na drugą godzinę.
Po wejściu do budynku, jeszcze trwała pierwsza godzina lekcyjna, więc korytarz był pusty. Trwała zaledwie niecałe 20 minut.
No nic, będę musiała trochę poczekać.
Usiadłam wygodnie na ziemi pod klasą gdzie miała odbywać się moja następna lekcja. Do głowy wkradł mi się obraz psa z mojego pokoju. "Jak on się tam znalazł? Co on tam robił? Dlaczego miał jakieś znaki? Dlaczego znikały, gdy przestałam go dotykać?" Dziesiątki pytań krążyły mi po głowie. To było naprawdę dziwne. A ja idiotka zostawiłam go w altanie, zamiast wykopać jak najdalej od domu...

***
Siedziałam bezczynnie, podbierając głowę rękami na lekcji chemii. Myślami byłam całkiem gdzie indziej, mianowicie przypomniałam sobie, że za 2 dni wyjeżdżam. Moi rodzice byli naprawdę mądrzy, bo zamiast wyjazdu w sobotę, niedzielę czy choćby piątek, zaplanowali go na czwartek. Środek tygodnia, ja miałam zajęcia.
Idioci, wszędzie idioci.
-Danielle Black...- z moich rozmyślam wyrwał mnie głos nauczyciela.
-Tak?- zapytałam, wywołując tym krótką falę śmiechu w sali.
-Odpowiedz na moje pytanie- powiedział chłodno.
-Jakbym wiedziała jakie było to pytanie- wyszeptałam pod nosem. Rozejrzałam się po klasie w poszukiwaniu pomocy. Nagle mnie olśniło.
Przecież za dwa dni mnie tu już nie będzie. Mogę robić co mi się żywnie podoba!
-A jakie było pytanie?-kulturalnie zapytałam spoglądając nonszalancko za okno.
-Ciebie nie było przy tym, jak je zadałem?- zaironizował nauczyciel
-Jak widać, jestem tu, więc sądzę, iż byłam- uśmiechnęłam się słodko.
Pan O'Connel zmrużył groźnie oczy podchodząc bliżej mojej szkolnej ławki.
-Przepraszam, co?
-Nie było pana przy tym jak to powiedziałam?- podrobiłam jego styl mowy. Teraz dopiero zaczęła się zabawa.
-Czy ja się przesłyszałem?- ponownie zapytał nauczyciel.
-Może tak, może nie. Nie wiem co pan usłyszał- znów wyszczerzyłam ząbki. Klasa wręcz gapiła się na mnie z szeroko otwartymi ustami.
-Co ty sobie w ogóle wyobrażasz?! Tak to możesz się odzywać do koleżanki, a nie do nauczyciela. Trochę szacunku!- pan Patrick już poczerwieniał ze złości. Był jednym z najbardziej surowych, czepliwych i wymagających nauczycieli. Traktowałam go tak, jak on mnie przez wcześniejsze lata- jak nic.
-Ja tylko kulturalnie odpowiadam- tym razem starałam się nie uśmiechnąć i sprawić wrażenie skruchy.
-Kulturalnie?! Ja nie widzę tu za grosz kultury!
-Proszę pana, nie chciałabym przerywać tej jakże miłej pogawędki, ale tracimy lekcje, a ja miałam tylko odpowiedzieć na pytanie, więc grzecznie proszę o powtórzenie jego treści- sama byłam zaskoczona odpowiednim doborem słów jaki w tak szybkim tempie wykonałam. 
Pan Patrick chyba nadal miał ochotę na kłótnie, bo nie wykazywał najmniejszej ochoty na powtórzenie pytania.
-To może ty, powtórzysz jak zwracałaś się do nauczyciela na lekcji, ale pani dyrektor, co?- w oczach belfra pojawił się błysk zwycięstwa, ale ja nie miałam zamiaru tak łatwo odpuścić.
-Ale mogę też jej powiedzieć, że pan się sam zdenerwował, gdy tylko usłyszał moją najzwyklejszą prośbę o powtórzenie pytania- uśmiechnęłam się nonszalancko.
Nauczyciel lekko się zdezorientował, po czym znów na jego twarz powrócił przebiegły wyraz.
-Ale mogłaś uważać, wtedy byś je usłyszała. Ja tutaj tylko wykonuje swoją pracę, moja droga. Jak nie znasz pytania, to znaczy, że nie uważałaś. Proszę o odpowiedź- nalegał.
-Taak? A jak ja pana o coś proszę, to albo odsyła mnie pan z kwitkiem, albo po prostu ignoruje. Klasa jest świadkiem- rozejrzałam się wokół i zauważyłam, jak niektóre osoby kręcą głowami z dezaprobatą.
Na twarzy nauczyciela pojawiło się zakłopotanie i wkroczyły rumieńce.
-Jaa...może...właśnie....-tutaj wzdychnął ciężko- Przejdźmy do lekcji....-rzekł zrezygnowany.
Danielle: 1  Nauczyciel: 0
Z natury nie jestem mściwa, ale to był mój nauczyciel i do tego wyjątkowo wredny wobec mnie. Chciałam mu tylko pokazać, że ze mną nie tak łatwo jest wygrać.  
-Cieszę się- rzekłam tylko, tym samym kończąc naszą wymianę zdań.
Po skończonej lekcji, wyszłam na przerwę w celu udania się pod klasę, gdzie miały odbywać się następne zajęcia, ale ktoś mi w tym przeszkodził wpadając prosto na mnie.
-Ałć- powiedziałam łapiąc się za głowę, tuż po tym jak runęłam niczym kłoda, na ziemię.
-Danielle, przepraszam. Nie widziałem cię- okazało się, że osobą, która postanowiła na mnie wpaść, był mój chłopak.
David podał mi rękę i pomógł wstać, a ja otrzepałam delikatnie swój obolały tyłek.
-Nic się nie dzieje- uśmiechnęłam się delikatnie wtulając się w tors mojego chłopaka. Był zimny... nie powinien. W szkole było ciepło. 
-David, gdzie byłeś?- odsunęłam się od niego delikatnie, próbując spojrzeć w jego oczy, ale on spuścił wzrok.
-Przewietrzyć się- sądził, że jestem taka głupia i nie wyczuje kłamstwa.
-Dopiero przyszedłeś, prawda?- wiedziałam już o co chodzi. Albo zaspał i przyszedł dwie godziny później, albo po prostu ominął te trudniejsze lekcje.
-Nie! No coś ty. Nie okłamałbym cię.
-Jak tam chcesz- kolejna kłótnia była już nie na miejscu. Tym bardziej nie w szkole.
-Po szkole, gdzieś się razem wybierzemy?- zaproponował David. To nie był zły pomysł. Musiałam mu przecież wreszcie powiedzieć, że wyjeżdżam.
-Świetny pomysł. Muszę ci coś powiedzieć- uśmiechnęłam się blado, ciężko przełykając ślinę.
Nie wierzę, że za dwa dni zostawię to wszystko...
-Co takiego?- David objął mnie w talii, delikatnie przyciągając do siebie-Coś się stało?- zapytał po chwili. Prawdopodobnie zauważył, że moje oczy, nienaturalnie błyszczały.
-Nie. Nic. Skąd ten pomysł- przywdziałam maskę, przywołując na twarz sztuczny uśmiech.
-To dobrze- rzekł David i w tym samym momencie zadzwonił dzwonek. 
-Muszę iść...- powiedziałam czując, że dłużej nie powstrzymam łez i wyswobodziłam się z objęć chłopaka.
-Nie wypuszczę cię ot tak- powiedział po czym wpił się w moje usta. David zawsze całował łapczywie, z pasją. Nie przeszkadzało mi to, do tej pory, ale z czasem zaczęłam zauważać, że w jego pocałunkach brakuje namiętności... miłości. Mimo to byłam z nim naprawdę szczęśliwa. Bo tutaj nie liczyły się pocałunki, czy drogie prezenty, tylko to, że tak jak Vicky był przy mnie, kiedy tego potrzebowałam, wspierał mnie.
Dopiero po chwili ocknęłam się ze swojego transu i oddałam pocałunek.
-Teraz naprawdę muszę iść- powiedziałam zauważając, że mój nauczyciel zmierza już ku klasie. Tym razem szczerze się uśmiechnęłam i powoli oddaliłam od chłopaka.


________________________________________________________________________
TADAAAM i oto rozdział 3. W głowie mam miliony pomysłów na dalsze rozdziały i aż rozsadza mnie od środka na myśl, że jeszcze przez dłuższy czas muszę męczyć wszystkich tymi nudnymi "wstępami" do życia Danielle....a trochę to jeszcze potrwa, co postaram się jak najbardziej przyspieszyć. Następny rozdział pojawi się szybciej, obiecuję :*
KOMENTUJCIE



LoLa

piątek, 13 grudnia 2013

Information

Uwaga! Uwaga!
Zapewne ktoś z Was zauważył już, że opowiadanie nie będzie zwykłym ff. Będzie to coś innego. Owszem pisać będę głównie o miłości, ale wplecione będą również wątki z elementami fantastyki.
Mam nadzieję, że komuś się to wszystko spodoba. Pierwsze dwa rozdziały były okropnie krótkie, a moim planem było pisać coś dłuższego. POSTANOWIENIE: następne rozdziały będą dużo dłuższe, więc szykować się xD
Komentujcie i piszcie czy Wam się podoba. Przyjmuję tez krytykę, bo jestem wręcz pewna, że robię coś źle. Piszcie co powinnam zmienić :)
Pozdrawiam kogoś, kto czyta te moje wypociny, a ja zmykam pisać nowy rozdział :*

KOMENTUJCIE



LoLa

środa, 11 grudnia 2013

Rozdział 2

-Mamo! Jestem!- wydaram się, ledwo przekraczając próg domu.
-No nareszcie...ileż można czekać?!- odpowiedział mi głos ojca. Poirytowana nie odpowiedziałam.
-Mów o co chodzi- pośpieszała go matka. 
Czyżby ją też zżerała ciekawość?
-Więc...przeprowadzamy się! Dostałem dobrze płatną pracę w Londynie. Dom już kupiony- stałam jak wryta, nie mogąc uwierzyć w to co słyszałam.
-Co? Ty sobie żartujesz, prawda?- zdołałam wydukać nie panując na głosem.
-Idź się pakować. Wyjazd za trzy dni. 
On żartuje! To nie może być prawda.
-Mamo?- zapytałam tylko, mając nadzieje, że może ona jest przeciwko temu całemu wyjazdowi.
-Co? Dom kupiony. Jeżeli praca jest lepiej płatna niż ta tutaj, to nie mam nic przeciwko. Może będziemy tam mega bogaci?- nie mogłam uwierzyć w to co słyszę. Ona naprawdę chciała ot tak się przeprowadzić. Zostawić tutaj to wszystko! W duszy wrzeszczałam ze złości.
-Ale przecież ja mam tutaj szkołę, przyjaciół, CHŁOPAKA- zaakcentowałam dobitnie ostatnie słowo-Nie zostawię, tego wszystkiego i ot tak wyjadę!
-Nie masz nic do gadania! Nic nie wskurasz błaganiami i tłumaczeniami, więc przejdźmy do sedna i idź się pakować-odpowiedział mi chłodno ojciec.
Nikt nie liczył się tutaj ze mną. No bo co ich obchodzi własna córka? Najważniejsze jest to żeby im było dobrze.
Nie płakałam. Nie chciałam pokazać, że jestem słaba. Nie im, nie tutaj. Nie chciałam pokazywać tego jak bardzo mnie to zabolało, Ericowi. To jeszcze dzieciak. Pobiegłam do pokoju, ale zamiast się pakować, zabrałam najpotrzebniejsze rzeczy i wyszłam. Nie zważałam na krzyki rodziców próbujących mnie zatrzymać. Nie wiedziałam dokąd biegnę. Po prostu jak najdalej stąd.

Jak się okazało nogi zaprowadziły mnie pod dom mojej przyjaciółki. Bez zastanowienia zapukałam, a następnie weszłam słysząc krzyk "otwarte". Zdruzgotana podeszłam do niej i tak najzwyczajniej w świecie ją przytuliłam. Vicky mieszkała sama, bo rodzice chcieli ją usamodzielnić, więc miałyśmy spokój.
Moja przyjaciółka miała bardzo dobry gust, ponieważ do tej pory nie mogę się nadziwić jak całkowicie sama urządziła tak dobrze mieszkanie. Miała ogromny salon z dużą skórzaną kanapą, kominek, szklany stoliczek i regał z książkami. 
-Coś się stało?- zadała oczywiste do przewidzenia pytanie.
-Tak jakby- wyszeptałam i zwiesiłam głowę.
-Co?
-Przeprowadzam się- odpowiedziałam podnosząc głowę, patrząc na jej twarz i próbując cokolwiek z niej wyczytać. Zauważyłam w jej oczach jakby błysk. Zignorowałam go, bo może mi się wydawało. 
Siadłyśmy na kanapie.
-Ale jak to?- zapytała
-Normalnie, przed chwilą się dowiedziałam- odpowiedziałam krótko.
-Gdzie?- zapytała po chwili.
-Do Londynu- powoli zdawałam sobie sprawę, że rozmowa jest strasznie dziwna, wręcz niezręczna, a ja chamska.
-Aż tam?!- niedowierzała.
-Też się zdziwiłam...nie mogę tego wszystkiego zostawić. Za dużo wspomnień. Ty, David, szkoła. Tak się nie da- zaczęłam się żalić.
-Rodzice nie zapytali się ciebie o zdanie?- przekręciła się siadając po turecku bliżej mnie.
-Właśnie nie! Nie obchodzi ich to, że nie chce jechać. Liczy się dla nich to, że będą zarabiali tam więcej kasy!- zdenerwowałam się.
-Idioci...nie możesz zostać?- zaproponowała. 
To właściwie nie jest taki zły pomysł. Zostanę, znajdę pracę. Jakoś pogodzę z nią szkołę. Dam radę.
-To dobry  pomysł! Czemu nie wpadłam na to wcześniej- uradowałam się. Ale moja radość była przedwczesna- Zaraz, zaraz. Jestem niepełnoletnia...
-No tak. Zapomniałam- zasmuciła się moja przyjaciółka.
-To co robimy?- zapytała po chwili
Nie odpowiedziałam, bo nie miałam co. Nic nie przychodziło mi do głowy. Totalna pustka.
-Nie mam pojęcia. Nie chce tego wszystkiego zostawiać- pojedyncza łza spłynęła po moim policzku. Ta bezradność mnie dobijała.
Siedziałam jeszcze długo u Vicky, ale starałyśmy się wykorzystać te prawdopodobnie ostatnie chwile razem i zeszłyśmy z tematu przeprowadzki. Spojrzałam na zegarek w telefonie, który pokazywał godzinę 20.43. Nie spodziewałam się, że będziemy aż tak długo rozmawiać.
-Vicky, dzięki za wszystko. Muszę wracać- przytuliłam ją.
-Nie ma za co. Możesz na mnie liczyć- odpowiedziała delikatnie się uśmiechając.
Wyszłam od przyjaciółki z tysiącem myśli krążących mi po głowie. Naprawdę nie wiedziałam co mam robić.

__________________________________________________________________________
Oto i jest rozdział 2! Podoba się? Osobiście mi nie...zawsze nie podoba mi się to co pisze :/ Może komuś przypadnie do gustu. Wyszedł okropnie krótki :O Postaram się, aby kolejne były choć troszkę dłuższe. Do następnego :)




LoLa

wtorek, 26 listopada 2013

Rozdział 1

Kiedyś codziennie wstawałam rano z myślą, że dziś będzie "mój dzień", wreszcie wyjdę ze swojej skorupy i pokaże jaka jestem naprawdę. Lecz coś zawsze stawało mi na przeszkodzie. Zawsze. Nie miałam w nikim wsparcia. Matka nigdy we mnie nie wierzyła; w moje możliwości, umiejętności, ambicje. Każdego dnia powtarzano mi jakim jestem leniem, nierobem i tym podobne. Chyba w końcu sama zaczęłam w to wierzyć, mimo że prawda była inna. Ojciec był jeszcze gorszy-  tyranizował całą rodzinę, tak że czasami uciekałam z domu. Rodzeństwo? No właśnie. Moje rodzeństwo składało się z młodszego pięcioletniego braciszka. Rodzice to jemu poświęcali większość czasu więc ja schodziłam na kolejne plany...tuż po pracy, zakupach, obowiązkach domowych i wielu innych rzeczach. Nie liczyłam się w domu, chyba że ktoś czegoś od mnie potrzebował. Jedyną podporą była moja najlepsza przyjaciółka. Z czasem pojawił się też chłopak. Zawiodłam się na bardzo wielu ludziach, ale im ufałam bezgranicznie, wbrew moim postanowieniom, które zakazywały mi ufności wobec ludzi.
Sądziłam, że to życie jest nie do zniesienia, ale nie wiedziałam co zgotował dla mnie dalszy los. Pragnęłam zmian, więc je dostałam...



-Danielle! Wstawaj wreszcie!-do moich uszu dobiegł krzyk mojej mamy z parteru. Mimo, że od jakichś dobrych 40 minut nie spałam, to mama, tego nie zauważyła i przypomniała sobie o tym, że przydałoby się mnie obudzić o 7.30.
-Idę...-wymruczałam pod nosem zbierając z biurka ostatnie zeszyty i pakując do torby.
-Danielle!- matka nadal się na mnie wydzierała.
-Przecież już idę!-tym razem odkrzyknęłam jej w odpowiedzi, powoli schodząc po schodach.
 -Czemu ty tak późno wstajesz? Ja muszę dbać o to, żebyś zdążyła do szkoły?! Chodź wcześniej spać, a nie siedzisz po nocach- dopiero dzień się zaczął, a mojej matce wystarczyła jedna sprawa i już mnie ochrzaniła. Zapowiada się ciekawy dzionek.
-Po pierwsze: wcale nie wstałam późno, bo nie śpię od dawna. Po drugie: nie musisz dbać, bo nikt cię o to nie prosił. Po trzecie...-stałam pomieszczeniu, opierając się o blat kuchenny i wyliczając na palcach, już lekko podenerwowana, ale oczywiście mi przerwano.
-Nie pyskuj, dobrze? Tylko jedz, bo się spóźnisz- nie mając ochoty na dalszą wymianę zdań, po prostu zabrałam butelkę wody i wyszłam, trzaskając drzwiami. Idealny początek dnia...mogłam to nazwać po prostu moją codziennością. Zawsze tak było.
Mieszkałam w Los Angeles, więc wychodząc na dwór powitało mnie gorące powietrze, buchające mi prosto w twarz. Włożyłam słuchawki do uszu i zatopiłam się w muzyce, całkowicie odcinając od szarej rzeczywistości i zagłuszając myśli kołaczące się po głowie.

Wchodząc do szkoły, od razu w oczy rzuciła mi się postać mojej przyjaciółki. Wszędzie rozpoznałabym te długie, brązowe włosy z blond końcówkami. Bez skrępowania podeszłam do niej z zamiarem powitania.
-Cześć Vicky- powiedziałam przeciągając "e".
-No cześć- rzuciła mi tylko powitane spojrzenie, powracając do gapienia się w ekran telefonu. Ostatnio bardzo często z kimś pisze.  
Czy ja o czymś nie wiem? 
Chciałam żeby sobie kogoś znalazła. Nie byłaby już taka osamotniona, bo ja miałam chłopaka. Vicky zawsze była przy mnie wtedy, kiedy jej potrzebowałam i chciałam dla niej jak najlepiej.
Powoli wdrążyłam się w jej rozmowę z Tamarą, ale zadzwonił dzwonek informując nas o rozpoczęciu lekcji. Wszystkie trzy należałyśmy do tej samej klasy, więc udałyśmy się w to samo miejsce.

*

Lekcje jak zwykle były nudne i bezsensowne. Nic z tego co nas tam uczą, nie przyda nam się w życiu. No są jakieś wyjątki. Powoli oddalałam się od budynku szkoły kiedy ktoś zaszedł mnie od tyłu i zakrył dłońmi oczy. Z początku lekko się przestraszyłam, ale usłyszałam ten piękny, aksamitny, znajomy głos.
-Zgadnij kto to?- zaśmiał się.
-Mmm...Vicky?- powiedziałam, udając zdziwienie.
-Nie! Przecież ja nie mam głosu jak dziewczyna!- lekko oburzył się mój chłopak, ale po chwil znów się zaśmiał. Też nie mogłam powstrzymać chichotu. Odwróciłam się, delikatnie zdejmując jego dłonie z mojej twarzy. Patrzyłam w piękne, czekoladowe, wręcz czarne tęczówki.
-David, kotku...- zdążyłam powiedzieć, ponieważ tuż po tym usta zamknął mi soczysty buziak.
-Cześć, skarbie- usłyszałam odpowiedź.
Wtedy uświadomiłam sobie, że Davida nie było w szkole.
-Czemu nie byłeś w szkole?- postanowiłam zapytać w prost. To troszkę dziwne, że  nie zauważyłam, iż mojego chłopaka nie było przy mnie prawie cały dzień.
-Aaa...zrobiłem sobie małą przerwę- odpowiedział po chwili zastanowienia. Wahał się...Pewnie chciał mnie okłamać. Znowu wagaruje, a nie wyjdzie mu to na dobre. Kiedyś wreszcie nauczyciele zauważą jego częste nieobecności...
-David, wiesz że źle robisz? Owszem może i ja też czasami mam ochotę na wagary i na nie pójdę, ale nie aż tak często. Nie chcę ci matkować, ale się martwię- chciałam mu w delikatny sposób przekazać, że tak częste "przerwy" w nauce, to nie najlepszy pomysł.
-Danielle, przecież wiesz, że nic się nie stanie, jeżeli raz czy dwa na jakiś czas, zrobię sobie  malutką przerwę od zajęć- tłumaczył się chłopak. Bezskutecznie.
-Chyba dziennie- otwarcie zakpiłam.
-Oj przesadzasz...
-Dobrze. Skarbie nie mam najmniejszej ochoty się z tobą kłócić- odpuściłam wreszcie Nie chciałam robić mu za matkę i tak jemu nie dało się nic przegadać. To nie moja sprawa. 
-Ja też nie. Naprawdę nie musisz robić problemu. Będzie okej- tym zakończyliśmy rozmowę na niezręczny temat.
-No to idzi...- chciałam zaproponować spacer, ale przerwał mi dzwonek mojego telefonu. Rzuciłam David'owi przepraszające spojrzenie i odebrałam.
-Słucham- powiedziałam do urządzenia, nawet nie sprawdzając kto dzwoni.
-Danielle wracaj do domu. Ojciec ma nam coś do powiedzenia i czekamy tylko na ciebie!- usłyszałam głos mojej mamy w słuchawce, a następnie tylko dźwięk zakończonego połączenia.  
No tak. Sprawa typu "bardzo pilna". Przydałoby się wracać. 
-To moja mama: muszę iść. Spotkamy się  później- naprawdę nie miałam ochoty wracać. Chciałam porozmawiać z David'em, czego do dawna nie robiliśmy. Ale cóż: siła wyższa.
-Jasne. Do zoba- pożegnał się ze mną buziakiem i nawet nie czekając na moją odpowiedź odwrócił się na pięcie i poszedł w swoją stronę. Jedyne co mogłam później zaobserwować, stojąc jak idiotka, na środku chodnika ze zdziwieniem wymalowanym na twarzy, to to jak wyjmuje telefon i z kimś rozmawia.
Ruszyłam w stronę domu.  
Ciekawe co takiego ma nam do przekazania ojciec, że aż zaszczycono mnie telefonem. 


____________________________________________________________________________
  
Właśnie tak prezentuje się rozdział pierwszy! Mam nadzieję, że choć troszkę się komuś podoba. Z góry zaznaczam, że akcja będzie się toczyć dość powoli, ponieważ chcę Wam przybliżyć "sytuację" Danielle.

ZAPRASZAM DO CZYTANIA I KOMENTOWANIA 



LoLa

sobota, 23 listopada 2013

Prolog

Kiedyś tryskająca życiem, wesoła, uśmiechnięta, pozytywnie walnięta dziewczyna.
Później zamknięta w sobie, przygaszona, przytłumiona, żyjąca w odosobnieniu istota.
Przyszłość okazała się być niezłym ziółkiem i zgotowała mi takie życie na jakie nigdy, pomimo mojego pesymizmu nie byłam przygotowana...
Nie potrafiłam docenić tego co mam, więc czas kazał mi docenić to co miałam. Twierdziłam, że moje życie jest straszne i nie ma najmniejszego sensu. Jednak pokazano mi, że wcale tak nie było.
Bardzo pragnęłam zmian, ale nie takich. Pamiętaj, że życzenia się spełniają, ale nie zawsze w ten oczekiwany przez nas sposób...

___________________________________________________________________________
Tak przedstawia się prolog. Tak wiem- strasznie krótki, ale to prolog. Za niedługo powinien pojawić się rozdział 1. A teraz pozwólcie państwo, iż udam się na romantyczny spacer w stronę telewizora i obejrzę Kevina ♥
Życzcie mi powodzenia!
CZYTASZ=KOMENTUJESZ



LoLa

wtorek, 12 listopada 2013

Wstęp

Cześć wszystkim!
Nie jetem dobra w pisaniu wstępów, więc pewnie będzie bez sensu.
Będę tutaj zamieszczała moje opowiadanie. Z góry zaznaczam, że będzie ono czymś w rodzaju pamiętnika głównej bohaterki, choć jeszcze zobaczymy, ponieważ planuje pisać też "innymi oczyma". Okaże się w trakcie. Bardzo długo zwlekałam z napisaniem czegokolwiek, ale wreszcie zebrałam się w sobie i...OTO JESTEM.
ZAPRASZAM DO CZYTANIA
 
 
LoLa