wtorek, 17 grudnia 2013

Rozdział 3

Weszłam do domu i pierwsze co rzuciło mi się w oczy to wiele kartonowych pudełek wypchanych po same brzegi.
-Gdzieś ty tak długo była?!- "powitała" mnie matka
-U Vicky- rzuciłam obojętnie
-Po co?- zapytała  ponownie. Zazwyczaj moje jakże fascynujące rozmowy z rodzicami składały się z prostych pytań i odpowiedzi, ale nie przeszkadzało mi to. Nie potrzebowałam rozmowy o tym jak im minął dzień, co w pracy czy jak ich samopoczucie.
-Posiedzieć- mimo to, że miałam podniesioną głowę nie ani w jej oczy, ani na nią.
-Posiedzieć, tak? A może się jej wyżalić?- moja matka skrzyżowała ręce na piersi.
-Co?- naprawdę nie wiedziałam o co jej chodzi. 
-Wyżalić. Nie rozumiesz? Co ją obchodzi, że się wyprowadzamy?!- wydarła się.
-Co ją obchodzi? Może to, że jest moją przyjaciółką i ma prawo o tym wiedzieć. A raczej nawet powinna. Sądzisz, że nie martwiłaby się o mnie jak tak nagle bym zniknęła?- odpowiedziałam. 
Co ona sobie wyobraża? Nie miała chyba nigdy przyjaciół, dlatego była taka bezuczuciowa. Pasują do sobie ojcem wprost idealnie...
-Sądzę, że nie. Miałaby tęsknić i szukać kogoś takiego jak ty?-roześmiała się w głos- A co was niby takiego łączy? Ach no tak: przyjaźnicie się, ale co jej po kimś takim jak ty. Brzydka, wychudzona i do tego bez charyzmy. Na co jej ktoś taki? Chyba tylko, żebyś jej chłopaków odbijała. Nie wiem co też oni w tobie widzą- zabolało.Wiedziałam, że jestem mojej matce obojętna i że ma mnie za totalne zero, ale nie sądziłam, że kiedyś powie mi to. Prosto w oczy.  Nie odpowiedziałam nic, tylko powędrowałam do siebie do pokoju i chcąc zająć czymś myśli, wzięłam się za lekcje.


*Następnego dnia*

Obudziłam się rano we wcześniejszym humorze, czyli przybita i rozżalona. Nawet nie wiem czy w końcu odrobiłam te lekcje. Nie obchodziło mnie to. Miałam wtedy ważniejsze sprawy na głowie.
Wstałam, i powędrowałam do szafy wyciągając z niej ubrania. Następnie poszłam do łazienki w celu zmycia z siebie wczorajszego dnia. Po wyjściu z pod prysznica tylko delikatnie się pomalowałam. Nie byłam w stanie czegokolwiek przełknąć, więc tylko spakowałam zeszyty i wyszłam, a i tak dość późno wstałam. Jak zwykle chciałam założyć słuchawki i posłuchać muzyki, ale okazało się, że ich zapomniałam, a byłam już spory kawałek od domu.
-Szlag- zaklęłam cicho pod nosem, wracając.
Wcześniejszego dnia zostawiłam je w szafeczce przy wejściu, ale ich tam nie  było, więc musiałam iść do pokoju. Wtedy usłyszałam ciche łkanie na piętrze. Powoli szłam po schodach, a odgłosy stawały się coraz głośniejsze. Niepewnie weszłam do pokoju i nie wierzyłam własnym oczom. Zastałam tam malutkiego szczeniaczka, wygodnie ułożonego na moim łóżku.  
To chyba Golden Retriever.
-Co ty tu robisz maleńki?- wyszeptałam uśmiechając się. Zaczęłam iść w kierunku pieska, ale zawahałam się. 
Przecież nie wiem jak się zachowa. To totalnie obcy mi pies. Może mnie ugryźć, albo zwieje i pobiegnie do pokoju Erica.
Wtedy stało się coś, czego bym się nie spodziewała. Szczeniak zeskoczył z łóżka i szczęśliwy podreptał do moich nóg, zaczynając się łasić jak kot. Wzięłam malucha na ręce i podrapałam za uchem. Ostatnie co mogłam zobaczyć to jego śliczny pyszczek, zdecydowanie za blisko mojej twarzy, tuż przed tym jak cała została zaśliniona. Zaśmiałam się cichutko, ale nagle zauważyłam, że na jednej z jego łapek zaczynały się tworzyć jakieś znaki, jakby tatuaże.
-Co jest...- powiedziałam przerażona, a uśmiech zszedł z moich ust. Odstawiłam z powrotem pieska na podłogę oddalając się od niego na bezpieczną odległość, ale też na tyle blisko, abym mogła obserwować zachodzące zjawisko. Z początku układały się w jakieś niezidentyfikowane wzory, ale kiedy tylko pies zszedł w moich rąk, zaczęły znikać.
-Co się dzieje?!- byłam naprawdę przerażona. 
Kiedy zwierzak zobaczył mój przerażony wyraz twarzy, z powrotem ułożył się na łóżku. Nic mi nie zrobił. Tak jakby się poddał, pozwalając mi abym trochę pomyślała i aby mógł zdobyć moje zaufanie.
-Kim ty jesteś?- zapytałam psa, tak jakby mógł udzielić mi odpowiedzi.
Spojrzałam na telefon. 7.46. Na 8.00 do szkoły
-Świetnie. Spóźnię się...-wyszeptałam podenerwowana- Dobra, zrobimy tak. Ty będziesz grzeczny, a ja pójdę do szkoły. Inaczej tuż po powrocie cię wywalę, jasne?- znowu gadałam do psa.
Głęboko westchnęłam i ostrożnie wzięłam psiaka na ręce, tym samym wywołując pojawianie się znaków na jego łapce. Biegłam ostrożnie korytarzem, w celu jak najszybszego zaniesienia go do altany za domem. Przecież rodzice nie mogli go zobaczyć. Odstawiłam zwierzaka w pomieszczeniu i popędziłam do szkoły. Truchtając, ponownie spojrzałam na godzinę. 7. 50.
-Przecież nie zdążę- powiedziałam sama do siebie. Nie miałam się gdzie już wtedy spieszyć, więc najzwyczajniej w świecie zwolniłam. 
Pójdę na drugą godzinę.
Po wejściu do budynku, jeszcze trwała pierwsza godzina lekcyjna, więc korytarz był pusty. Trwała zaledwie niecałe 20 minut.
No nic, będę musiała trochę poczekać.
Usiadłam wygodnie na ziemi pod klasą gdzie miała odbywać się moja następna lekcja. Do głowy wkradł mi się obraz psa z mojego pokoju. "Jak on się tam znalazł? Co on tam robił? Dlaczego miał jakieś znaki? Dlaczego znikały, gdy przestałam go dotykać?" Dziesiątki pytań krążyły mi po głowie. To było naprawdę dziwne. A ja idiotka zostawiłam go w altanie, zamiast wykopać jak najdalej od domu...

***
Siedziałam bezczynnie, podbierając głowę rękami na lekcji chemii. Myślami byłam całkiem gdzie indziej, mianowicie przypomniałam sobie, że za 2 dni wyjeżdżam. Moi rodzice byli naprawdę mądrzy, bo zamiast wyjazdu w sobotę, niedzielę czy choćby piątek, zaplanowali go na czwartek. Środek tygodnia, ja miałam zajęcia.
Idioci, wszędzie idioci.
-Danielle Black...- z moich rozmyślam wyrwał mnie głos nauczyciela.
-Tak?- zapytałam, wywołując tym krótką falę śmiechu w sali.
-Odpowiedz na moje pytanie- powiedział chłodno.
-Jakbym wiedziała jakie było to pytanie- wyszeptałam pod nosem. Rozejrzałam się po klasie w poszukiwaniu pomocy. Nagle mnie olśniło.
Przecież za dwa dni mnie tu już nie będzie. Mogę robić co mi się żywnie podoba!
-A jakie było pytanie?-kulturalnie zapytałam spoglądając nonszalancko za okno.
-Ciebie nie było przy tym, jak je zadałem?- zaironizował nauczyciel
-Jak widać, jestem tu, więc sądzę, iż byłam- uśmiechnęłam się słodko.
Pan O'Connel zmrużył groźnie oczy podchodząc bliżej mojej szkolnej ławki.
-Przepraszam, co?
-Nie było pana przy tym jak to powiedziałam?- podrobiłam jego styl mowy. Teraz dopiero zaczęła się zabawa.
-Czy ja się przesłyszałem?- ponownie zapytał nauczyciel.
-Może tak, może nie. Nie wiem co pan usłyszał- znów wyszczerzyłam ząbki. Klasa wręcz gapiła się na mnie z szeroko otwartymi ustami.
-Co ty sobie w ogóle wyobrażasz?! Tak to możesz się odzywać do koleżanki, a nie do nauczyciela. Trochę szacunku!- pan Patrick już poczerwieniał ze złości. Był jednym z najbardziej surowych, czepliwych i wymagających nauczycieli. Traktowałam go tak, jak on mnie przez wcześniejsze lata- jak nic.
-Ja tylko kulturalnie odpowiadam- tym razem starałam się nie uśmiechnąć i sprawić wrażenie skruchy.
-Kulturalnie?! Ja nie widzę tu za grosz kultury!
-Proszę pana, nie chciałabym przerywać tej jakże miłej pogawędki, ale tracimy lekcje, a ja miałam tylko odpowiedzieć na pytanie, więc grzecznie proszę o powtórzenie jego treści- sama byłam zaskoczona odpowiednim doborem słów jaki w tak szybkim tempie wykonałam. 
Pan Patrick chyba nadal miał ochotę na kłótnie, bo nie wykazywał najmniejszej ochoty na powtórzenie pytania.
-To może ty, powtórzysz jak zwracałaś się do nauczyciela na lekcji, ale pani dyrektor, co?- w oczach belfra pojawił się błysk zwycięstwa, ale ja nie miałam zamiaru tak łatwo odpuścić.
-Ale mogę też jej powiedzieć, że pan się sam zdenerwował, gdy tylko usłyszał moją najzwyklejszą prośbę o powtórzenie pytania- uśmiechnęłam się nonszalancko.
Nauczyciel lekko się zdezorientował, po czym znów na jego twarz powrócił przebiegły wyraz.
-Ale mogłaś uważać, wtedy byś je usłyszała. Ja tutaj tylko wykonuje swoją pracę, moja droga. Jak nie znasz pytania, to znaczy, że nie uważałaś. Proszę o odpowiedź- nalegał.
-Taak? A jak ja pana o coś proszę, to albo odsyła mnie pan z kwitkiem, albo po prostu ignoruje. Klasa jest świadkiem- rozejrzałam się wokół i zauważyłam, jak niektóre osoby kręcą głowami z dezaprobatą.
Na twarzy nauczyciela pojawiło się zakłopotanie i wkroczyły rumieńce.
-Jaa...może...właśnie....-tutaj wzdychnął ciężko- Przejdźmy do lekcji....-rzekł zrezygnowany.
Danielle: 1  Nauczyciel: 0
Z natury nie jestem mściwa, ale to był mój nauczyciel i do tego wyjątkowo wredny wobec mnie. Chciałam mu tylko pokazać, że ze mną nie tak łatwo jest wygrać.  
-Cieszę się- rzekłam tylko, tym samym kończąc naszą wymianę zdań.
Po skończonej lekcji, wyszłam na przerwę w celu udania się pod klasę, gdzie miały odbywać się następne zajęcia, ale ktoś mi w tym przeszkodził wpadając prosto na mnie.
-Ałć- powiedziałam łapiąc się za głowę, tuż po tym jak runęłam niczym kłoda, na ziemię.
-Danielle, przepraszam. Nie widziałem cię- okazało się, że osobą, która postanowiła na mnie wpaść, był mój chłopak.
David podał mi rękę i pomógł wstać, a ja otrzepałam delikatnie swój obolały tyłek.
-Nic się nie dzieje- uśmiechnęłam się delikatnie wtulając się w tors mojego chłopaka. Był zimny... nie powinien. W szkole było ciepło. 
-David, gdzie byłeś?- odsunęłam się od niego delikatnie, próbując spojrzeć w jego oczy, ale on spuścił wzrok.
-Przewietrzyć się- sądził, że jestem taka głupia i nie wyczuje kłamstwa.
-Dopiero przyszedłeś, prawda?- wiedziałam już o co chodzi. Albo zaspał i przyszedł dwie godziny później, albo po prostu ominął te trudniejsze lekcje.
-Nie! No coś ty. Nie okłamałbym cię.
-Jak tam chcesz- kolejna kłótnia była już nie na miejscu. Tym bardziej nie w szkole.
-Po szkole, gdzieś się razem wybierzemy?- zaproponował David. To nie był zły pomysł. Musiałam mu przecież wreszcie powiedzieć, że wyjeżdżam.
-Świetny pomysł. Muszę ci coś powiedzieć- uśmiechnęłam się blado, ciężko przełykając ślinę.
Nie wierzę, że za dwa dni zostawię to wszystko...
-Co takiego?- David objął mnie w talii, delikatnie przyciągając do siebie-Coś się stało?- zapytał po chwili. Prawdopodobnie zauważył, że moje oczy, nienaturalnie błyszczały.
-Nie. Nic. Skąd ten pomysł- przywdziałam maskę, przywołując na twarz sztuczny uśmiech.
-To dobrze- rzekł David i w tym samym momencie zadzwonił dzwonek. 
-Muszę iść...- powiedziałam czując, że dłużej nie powstrzymam łez i wyswobodziłam się z objęć chłopaka.
-Nie wypuszczę cię ot tak- powiedział po czym wpił się w moje usta. David zawsze całował łapczywie, z pasją. Nie przeszkadzało mi to, do tej pory, ale z czasem zaczęłam zauważać, że w jego pocałunkach brakuje namiętności... miłości. Mimo to byłam z nim naprawdę szczęśliwa. Bo tutaj nie liczyły się pocałunki, czy drogie prezenty, tylko to, że tak jak Vicky był przy mnie, kiedy tego potrzebowałam, wspierał mnie.
Dopiero po chwili ocknęłam się ze swojego transu i oddałam pocałunek.
-Teraz naprawdę muszę iść- powiedziałam zauważając, że mój nauczyciel zmierza już ku klasie. Tym razem szczerze się uśmiechnęłam i powoli oddaliłam od chłopaka.


________________________________________________________________________
TADAAAM i oto rozdział 3. W głowie mam miliony pomysłów na dalsze rozdziały i aż rozsadza mnie od środka na myśl, że jeszcze przez dłuższy czas muszę męczyć wszystkich tymi nudnymi "wstępami" do życia Danielle....a trochę to jeszcze potrwa, co postaram się jak najbardziej przyspieszyć. Następny rozdział pojawi się szybciej, obiecuję :*
KOMENTUJCIE



LoLa

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz