niedziela, 22 grudnia 2013

Rozdział 4

Po skończonych lekcjach wyszłam trzymając się za ręce z Davidem. Naprawdę nie wiedziałam jak przekazać mu wiadomość. To wszystko, co nas łączy...miałam to zostawić. Po prostu.
Nie wytrzymam tego psychicznie. Co ja zrobię bez niego, bez Vicky w Londynie? To jedyne osoby, którym bezgranicznie ufam, a tam? Tam nie będę miała nikogo. Tak owszem są telefony, Twitter, Skype, ale przecież to nie to samo. Nie będę mogła go dotknąć przytulić...pocałować.  Moim zdaniem związki na odległość nie mają sensu, a teraz sama mam czegoś takiego doświadczyć. Muszę coś wymyślić...
Z początku spacerowaliśmy w ciszy, ale wreszcie David podjął rozmowę.
-Kotku, coś się dzieje?-zapytał- Ostatnio dziwnie się zachowujesz. Jesteś taka nieobecna.
-Kochanie...muszę ci coś powiedzieć- głos mi się łamał, a w gardle pojawiła się wielka gula. Spuściłam wzrok.
To ta chwila.
-Słucham. Co się dzieje?- na twarzy mojego chłopaka malował się niepokój.
-David, ja...wyjeżdżam- podniosłam wzrok próbując rozszyfrować o czym myśli.
-Jak to? Kiedy? Gdzie? Co?!- zadał serię pytań puszczając moją rękę i gromiąc mnie wzrokiem.
-W czwartek. Do Londynu- odpowiedziałam zagryzając zęby, tym samym próbując powstrzymać łzy.
-Dlaczego? Po co?- nadal pytał, jakby nie mogąc uwierzyć w to co słyszy. Podobnie jak ja.
-Mój ojciec znalazł tam lepiej płatną pracę. Nie mam nic do gadania, już próbowałam- zacisnęłam ponownie wargi, lecz tym razem po moim policzku potoczyła się samotna łza.
David jej nie wytarł jak robił to zawsze. Po prostu patrzył się w przestrzeń za mną, nieobecnym wzrokiem.
-Powiedz coś...- powiedziałam błagalnym tonem.
-Co mam powiedzieć? Moja dziewczyna tak sobie wyjeżdża.
-Też mnie to boli. Myślisz, że tak łatwo mi to wszystko zostawić? Nie, nie jest...- chciałam mu powiedzieć, co leży mi na sercu, ale postanowiłam się zamknąć, bo mogłabym się jeszcze bardziej rozkleić.
-Danielle, to nie tak jak myślisz. Po prostu ja nie mogę w to uwierzyć. Co ja bez ciebie zrobię?- w jego głosie dało się wyczuć ból, ale nie w oczach. Oczy nie wyrażały niczego. 
-Sama nie wiem, jak to będzie. Muszę...my musimy coś wymyślić. Nie zostawię was. Ciebie. Vicky- ponownie spuściłam wzrok. Wytarłam koniuszkiem dłoni kolejne łzy spływające swobodnie po mojej twarzy.
-Nie płacz, tylko nie płacz. Damy radę. Razem- David pokonał dzielącą nas odległość i mocno mnie przytulił.
-Stoimy tu ja te dwa kołki na środku drogi. Może usiądziemy?- z czyjejś perspektywy musiało to wyglądać naprawdę dziwnie.
-Dobrze- uśmiechnął się pokrzepiająco.
Siedliśmy na ławce. Delikatnie oparłam głowę o ramię Davida, a on oplótł mnie rękami w talii. Nie zwracałam uwagi na to, że moje gorzkie łzy moczą jego bluzę. Wszystko mnie przytłoczyło i nie chciałam się nigdzie ruszać, więc trwaliśmy tak dłuższą chwilę. Musiałam choć trochę pomyśleć. W pewnym momencie chłopak wyjął telefon sprawdzając godzinę.
-Muszę wracać- zadeklarował Dave.
-Jasne. Rozumiem- uśmiechnęłam się. Poczułam na twarzy strużki, które zostały po zachniętych już łzach.
David przytulił mnie na pożegnanie, szepcząc, że wszystko będzie dobrze. Odwróciłam się i powędrowałam ku swojemu domowi po drodze starając się opanować swoje emocje.

Gdy wchodziłam już po schodach do domu, przypomniałam sobie, że przecież rano zostawiłam w altanie psa. Puściłam się biegiem w jej stronę, za dom. Wchodząc do altanki nie zauważyłam go nigdzie. Rozejrzałam się ponownie i z nadzieją, że zwiał zaczęłam zmierzać ku wyjściu. Nagle usłyszałam huk i po chwili uderzyło we mnie...coś. Okazało się, że to zwykłe kartonowe pudło. Nie zdążyłam się przed nim obronić, ale na szczęście okazało się, że było puste. Wtedy zza pułki z jakimiś gratami wyleciał ucieszony szczeniak. Jakby nie mógł doczekać się, kiedy do niego przyjdę. Ukucnęłam przy nim i delikatnie pogłaskałam jego malutką główkę, następnie drapiąc go za uchem.
To chyba on.
-I co ja mam z tobą zrobić, co?- zapytałam nie przerywając głaskania. Nie mogłam go zabrać, przecież wyjeżdżaliśmy, a w podróż go nie mogłam wziąć. Powolnie drapałam po brzuszku pieska, któremu już zdążyły pojawić się znaki. Pokrywały tylko jego łapki. Nadal mnie przerażały, ale wiedziałam, że się pojawią, więc ich widok przynajmniej mnie nie zdziwił. Zamyślona nawet nie poczułam kiedy maluch zaczął lizać mnie po dłoni. Takie maleństwo, a tak cieszy. Mimowolnie uśmiechnęłam się. Po rozmyślaniach postanowiłam przemycić szczeniaka o domu. Wpakowałam go do torby szkolnej, która na szczęście była na tyle duża, iż go pomieściła i nakazałam cicho siedzieć. Powoli wyszłam z altany starając zachowywać się naturalnie. Wchodząc do domu, powitały mnie krzyki i jeden wielki chaos.
-Co ty robisz?! Postaw to pudło pod tamtą ścianą!
-Jasne, jasne. Jak chcesz.
-Wyjmijmy następne walizki!
Słyszałam strzępki rozmowy.
Co to za bałagan? Wszytko jest spakowane. Co jest, do cholery?
-Czemu wszystko jest już spakowane?- zapytałam się mamy, a na mojej twarzy wymalowany był wielki znak zapytania. Rozejrzałam się. Nawet nic nie wyolbrzymiłam. Dosłownie WSZYSTKO było spakowane.
-Niech ci ojciec powie- odpowiedziała.
-Tato...?- odwróciłam się.
-Powiem ci potem. Jesteśmy zajęci, jak widzisz!- chamsko odszczekał się mój ojciec.
Nie odpowiedziałam nic, bo wiedziałam, że i tak nic z nich teraz nie wyciągnę.
Leniwie powędrowałam na górę. Było dopiero po 16, ale ja poczułam się senna, a tym bardziej nie chciało mi się odrabiać lekcji. Na szczęście nie musiałam już tego robić. Usiadłam na niepościelanym łóżku, delikatnie wyjmując pieska z torby.
-I co teraz?- kucnęłam rozglądając się po pokoju. Nie było gdzie go ulokować, nawet na te ostatnie dni. Mój pokój był dość mały zważając na to, że inne ogromne. Zostawiłam sprawę w spokoju, pozwalając szczeniakowi biegać po pomieszczeniu, ponieważ robił to wyjątkowo cicho. Pamiętałam jednak, aby zamknąć dokładnie drzwi, na ewentualne, ewentualności. Położyłam się na łóżku, lecz po chwili wstałam orientując się, że w sypialni było za cicho, nawet pomimo krzyków dobiegających z dołu, więc podeszłam do wieży i włączyłam radio. Ponownie rzuciłam się na łóżko, pozwalając moim nogom troszkę odpocząć i wsłuchując się w bit. W głowie znów pojawiły się najczarniejsze scenariusze całej sytuacji.
Co jeżeli David nie będzie chciał związku na odległość i mnie zostawi? Co jeżeli nie znajdę nikogo takiego jak Vicky? Co jeżeli nikt w Londynie mnie nie zaakceptuje?
Po wpływem wszystkich dziennych wrażeń, odpłynęłam w krainę snu...

*

Obudziło mnie głośne tupanie na schodach. Delikatnie starałam się otworzyć oczy, ale ktoś kto postanowił mnie obudzić, postanowił również zapalić światło, które mocno mnie raziło, utrudniając tą czynność.
-Danielle! Ty jeszcze nie spakowana?!- usłyszałam krzyk. Strasznie dzwoniło mi w głowie. Gdyby nie to, że mieszkaliśmy tylko we czwórkę, nie wiedziałabym do kogo należał głos. Tylko po tym, że był męski stwierdziłam, że do mojego ojca.
-Czemu? Wyjazd w czwartek, jeszcze zdążę...- ociężale podniosłam się na łokcie, ospale przecierając dłonią twarz.
Boże! PIES!
Rozejrzałam się nerwowo po pokoju w poszukiwaniu zwierzaka. Ku mojej radości- nigdzie go nie było.
-Jak to w czwartek?! Jutro lecimy! O 18.30 mamy lot do Londynu! Dotarło?! To teraz się pakuj, chyba że chcesz zabrać tylko to co masz na sobie- oświadczył tylko mój rodziciel od razu wychodząc trzaskając przy tym drzwiami.
-Co?- niemo wyszeptałam.
Ale, że jak to? Przecież ja...co?!
Gwałtownie poderwałam się z z łóżka i zbiegłam na dół, chcąc jak najszybciej pokonać schody, przeskakiwałam co dwa.
-Kiedy?!- krzyknęłam widząc postać mojej matki przy ogromnym pudle.
-Co "kiedy"?- zapytała.
Nie odpowiedziałam. Przecież dobrze wiedziała o co mi chodzi.
-Aaaa pewnie chodzi ci to to, że jutro wyjeżdżamy?- zapytała, nadal nie otrzymując ode mnie odpowiedzi. Przewróciła oczami i kontynuowała- Tak, owszem. Jutro jest wylot do Londynu. Inaczej nie wyjechalibyśmy stąd aż do nowego roku. Wszystkie loty, w grudniu zostały odwołane, bo mają być jakieś tam śnieżyce w Londynie. Jutro jest ostateczna data. Nawet ludzie, który chcą polecieć gdzieś na święta, będą musieli to zrobić albo tak jak my- na początku listopada, albo w ogóle. No chyba, że mają prywatne odrzutowce- roześmiała się.
Słyszałam moją matkę, tak jakby stała gdzieś daleko. Setki metrów ode mnie, a mimo to jej głos docierał do moich uszu, tym samym coraz bardziej raniąc moje uczucia.
-Kpisz sobie, prawda?
-Nie. Czemu miałabym sobie kpić?- zadała retoryczne pytanie.
Mimowolnie mój wzrok powędrował na zegar wiszący na ścianie. Wskazywał godzinę 21.13 Stałam tam jak słup soli. Nie ruszając się, nic nie mówiąc. Po prostu stałam, próbując przekalkulować wszystko co usłyszałam.
Nie udało się. Rzuciłam moim rodzicom ostatnie mściwe spojrzenie i wybiegłam z domu. Znowu uciekłam przed problemem. Tylko tym razem wiedziałam gdzie biegnę- do Davida. Po głowie krążyły mi tysiące myśli, jak ja mam zdążyć. To było wręcz niewykonalne. Odebrać świadectwa, pożegnać się ze wszystkimi, spakować... wymyślić jak zabrać psa.
Biegłam ulicami Los Angeles najszybciej jak umiałam. Już prawie minęłam dom Vicky, kiedy zatrzymałam się. Podeszłam do drzwi i moja ręka powędrowała na dzwonek. Milimetry dzieliły skórę od zimnego metalu. Wycofałam się.
 Ostatnio zaprzątałam jej głowę swoimi problemami. Tym razem pójdę do Davida, ale to idiotycznie brzmi...
Ogarnęłam się i pobiegłam dalej, co chwilę wycierając łzy cieknące mi po policzkach. Było ciemno. Przeraźliwie ciemno. Niebezpiecznie...

***

Stałam już pod domem Davida. W głowie pojawiła się myśl "Co ja mu powiem?!". To miał być prawdopodobnie nasz ostatni wieczór razem, nasze ostatnie zbliżenie, nasz ostatni pocałunek... Nie miałam pewności co do tego czy przyjdzie do szkoły następnego dnia. Moje emocje już nieco opadły. Przynajmniej nie płakałam. Chciałam mu jakoś przekazać wiadomość. Gdybym nadal płakała, pewnie nie byłabym w stanie wykrzesać z siebie choć słowa.
Zapukałam do drzwi. Czekałam kilkanaście sekund, ale nikt nie otwierał. Powtórzyłam czynność. Nadal brak reakcji. Niemożliwe było, że nikogo nie było w domu, bo w salonie świeciło się światło. Postanowiłam wejść. W końcu byłam dziewczyną Davida jak i również częstym gościem w jego domu. Niepewnie przekroczyłam próg i weszłam w głąb domu
-David?- zawołałam, ale odpowiedziała mi głucha cisza.
Weszłam na piętro. Drzwi od jednego z pokoi były zamknięte, ale jednak delikatnie uchylone. Ostrożnie zajrzałam przez szparę.
Czuję się jak złodziej.
To, co zobaczyłam, przeszło moje najśmielsze oczekiwania...
____________________________________________________________________________
Badum tsss. A i oto rozdział 4. Od teraz wreszcie zacznie się coś dziać :D
WESOŁYCH ŚWIĄT kotki <3 Życzę Wam, żeby spełniły się Wasze najskrytsze marzenia, te wielkie, jak i te najdrobniejsze. Żeby ten przyszły rok był jak najlepszy, jak najszczęśliwszy. Pijanego sylwestra ^^ Szalejcie i cieszcie się życiem z nowym roku. Zmieńcie to, co macie zmienić, walcie o to co kochacie i spełniajcie marzenia. Kocham <3
CZYTASZ=KOMENTUJESZ


LoLa

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz