-Danielle! C-co ty tu robisz?- David gwałtownie zerwał się z łóżka i stanął koło niego w samych bokserkach patrząc na mnie przerażonym wzrokiem. Dziewczyna, która uprzednio leżała na chłopaku, teraz upokorzona skryła się pod warstwą cienkiego koca.
-Co ja tu robię? Co ty tu robisz?!- krzyknęłam zdenerwowana.
-T-to nie...to nie co myślisz. My tylko...- tutaj przestał mówić jakby myśląc, że mu przerwę, nie dając skończyć. Ale ja chciałam posłuchać co ciekawego ma do powiedzenia.
-No słucham!- krzyknęłam z całej siły. Byłam jednym, wielkim kłębkiem emocji. Budowały we mnie złość, żal, smutek i przygnębienie.
-Ja...- zaczął David, ale nie mając co powiedzieć, zaczął równocześnie kończąc.
-No właśnie, tak myślałam- prychnęłam kpiąco i spojrzałam na chłopaka z niesmakiem. Zrezygnowałam z dalszego śledztwa i powoli wycofywałam z pokoju- Zaraz, zaraz...- rzuciłam przelotne spojrzenie na łóżko-Kto to jest?- zapytałam, ale po nieotrzymaniu odpowiedzi podeszłam do łóżka i gwałtownie ściągnęłam koc z dziewczyny.
-Co...?- wyszeptałam. Leżała tam Vicky. Nagle w głowie pojawiła mi się scena z minionego dnia.
-Przeprowadzam się- odpowiedziałam podnosząc głowę,
patrząc na jej twarz i próbując cokolwiek z niej wyczytać.
Zauważyłam w jej oczach jakby błysk. Zignorowałam go,
bo może mi się wydawało.
Nie wydawało mi się! Ona naprawdę wtedy tylko grała. Udawała, że nie chce żebym wyjeżdżała.
-Ty szmato!- krzyknęłam z całej siły, aż zabolało mnie gardło.
Wybiegłam z pokoju, jak i z domu. Usłyszałam tylko przelotny krzyk Davida.
-Danielle! Daj mi to wytłumaczyć!
Uciekłam. Nie uciekałam, bo było mi przykro. Nie uciekałam, bo byłam zła. Nie uciekałam, bo czułam się upokorzona. Uciekłam, bo straciłam wiarę w ludzi. W ludzi, którzy są coś jeszcze warci, i dla których warto budzić się co rano.
Stałam przed swoim domem zdyszana, zaziębiona i zrozpaczona. Na dodatek zaczął padać deszcz.
Świetnie...
Już prawie otworzyłam drzwi, kiedy przypomniałam sobie o całej sytuacji sprzed mojego wyjścia.
Przecież jeżeli teraz wejdę, moi rodzice mnie zniszczą.
Spojrzałam na telefon. Była 22.07 Powędrowałam do altany. Od razu przywitał mnie tam piesek.
-Nie mam najmniejszej ochoty się z tobą bawić- szepnęłam. Szczeniak cichutko zaskomlał. Podreptał za szafki z różnymi gratami. Kiedy już myślałam, że się obraził, ten, w pyszczku przyciągnął do mnie kartonowe pudło i wytargał z niego koc.Wzięłam go, wstałam, położyłam się na ławce wyściełanej mięciutkim puchem i szczelnie przykryłam. Szczeniak wskoczył do mnie i zwinął się w kłębek w zagłębieniu mojego brzucha. Mimo, że już zdążyłam się uspokoić i dostatecznie ogarnąć psychicznie, to gdy tylko ułożyłam się wygodnie wybuchnęłam płaczem.
Tego dnia wszystko się ZMIENIŁO...
***
Obudziłam się następnego dnia, dość wcześnie. Przespałam wtedy może kilka godzin. Ciągle krążący mi po głowie widok Davida i Vicky uprawiających seks, się nie dawał mi zasnąć. Spojrzałam na telefon, którego wyświetlacz wskazywał godzinę 07.15 Nie miałam NAJMNIEJSZEJ ochoty wybierać się do szkoły...ani gdziekolwiek indziej. Niestety musiałam iść. W dodatku z moją matką, podpisać papiery o przeniesienie. Spojrzałam na pieska. Nadal leżał tam, gdzie położył się wczoraj. Uśmiechnęłam się przed łzy. Dochodziło do mnie to, że mogę go nie zabrać do Londynu, ale byłam w stanie zrobić wszystko, aby go zabrać. Jakoś tak się do niego przywiązałam.
-Nazwę cię Champion...takie uniwersalne imię. Nie mam pewności "kim" jesteś, ale mam nadzieje, że nim- wyszeptałam. Szczeniak na dźwięk mojego głosu, uniósł delikatnie główkę, by po chwili została ona poddana pieszczotom. Spazmastycznie wciągnęłam powietrze, jakby dławiąc się nim. Resztki wczorajszych wrażeń nadal nie mogły wyjść z mojej głowy i kotłowały się z niej, obijając o ścianki niczym młot. Wstałam z ławki otrzepując się. Kiedy tylko wykonałam tę czynność zgięłam się w pół łapiąc z przerażeniem za obolały nadgarstek.
-Aaaaa!!- krzyknęłam z bólu. Mój głos obił się echem po pomieszczeniu. Pies nawet nie zapiszczał. Tylko ze spokojem mi się przyglądał. Jakby wiedział, że to się zdarzy.
Dokładnie w miejscu, do którego w nocy przytulony był łapką szczeniak, widniał tatuaż. Był zaczerwieniony. Ból pulsował mi po całej ręce. Delikatnie przejechałam opuszkiem palca po obolałym miejscu i syknęłam zaciskając zęby- Co tu się do cholery dzieje, co?! Od czasu kiedy tu jesteś wszystko się sypie! Wynoś się! WYPAD!- wydarłam się na Championa, ale ten nic sobie z tego nie robił i nadal stał przede mną nieruchomo. Byłam niewyobrażalnie wściekła. Rzuciłam ostatnie przelotne spojrzenie na tatuaż, a następnie zabrałam telefon i powędrowałam powoli w stronę domu. Rękę, na której znajdowało się znamię trzymałam sztywno i starałam się ignorować nieustającą boleść. Choć nieskutecznie. Tuż po wejściu przywitał mnie Eric.
-D*...gdzie byłaś?- zapytał ospale przecierając oczy.
Wzięłam małego na ręce, sycząc z bólu i dając buziaka. Ten objął malutkimi rączkami moją twarz i wytarł z niej resztki łez.
-Pakałaś?- ponownie zapytał Eric swoim cieniutkim, dziecięcym głosikiem.
Tak.
-Nie. Wydaje ci się słoneczko-uśmiechnęłam się- W nocy padał deszcz i jestem jeszcze trochę mokra- skłamałam.
-Wiem, ze pakałaś. Nie powiem mamie- mały wtulił się we mnie, a w moich oczach ponownie pojawiły się łzy.
-Dziękuję...
-D.?- zapytał po chwili ciszy.
-Tak skarbie?- nadal się tuliliśmy
-Dlacego wyjezdzamy?- oddalił się troszkę ode mnie, dając w ten sposób znać, abym już postawiła go na ziemi. Nie wiedziałam co mam mu powiedzieć. Wyznać prawdę, powiedzieć co o tym myślę, czy tylko wspomnieć o pracy?
-To trudne pytanie. Chodzi o to, że ostatnio rodzice mają problem z pieniążkami, a tam gdzie się przeprowadzamy będą więcej płacić tatusiowi, za pracę. Rozumiesz?- kłamstwo nigdy nie przychodziło mi z łatwością, ale życie nauczyło mnie, że nie zawsze prawda jest najlepszym wyjściem.
-D.? Ale psecies ty zawse mi powtazałaś, ze pieniąski nie są najwazniejse- zaśmiałam się delikatnie. Dziecko mądrzejsze od dorosłego. Ten dzieciak będzie dużo lepszym rodzicem od tych naszych...dużo lepszym.
-Tak skarbie. Masz rację- poczochrałam małemu, jego blond, kręconą czuprynę- Ale pieniądze też są w życiu potrzebne, rodzice...
-Danielle! Co ty chcesz mu tłumaczyć?! To tylko dziecko! On nic nie rozumie! Daj sobie spokój!- nagle do kuchni wkroczyła zdenerwowana moja matka. Najwidoczniej przysłuchiwała się naszej rozmowie.
-Jasne...
-I gdzieś ty była całą noc?! Co ty sobie wyobrażasz w ogóle?! Myślisz...
-Skończ!- wybuchnęłam. Nie chciałam stać tam bezczynnie i wysłuchiwać jak prawdopodobnie będzie mnie obrażać. Miałam tego po dziurki w nosie- Nie mam ochoty cię słuchać, ok? Daruj sobie tą gadkę i przejdźmy do rzeczy. Idziesz dzisiaj ze mną do szkoły, podpisać papiery. Dziękuję, do widzenia- moja matka stała jak wryta nie odzywając się ani słowem. Po wczorajszym zdarzeniu, nabrałam pewności siebie i być może też odwagi.
-Chodź mały. Zrobimy śniadanie. Na co masz ochotę?- złapałam Erica za rękę prowadząc ku kuchni.
-Na naleśniki...z dzemem! I-i bitą śmietaną!- pisnął podekscytowany.
-Dobrze...ale myślałam, że może zjesz moje specjalne śniadanie...- udałam zasmuconą. Chodź właściwie nie musiałam udawać.
-Tak! Tak! Tak!
Moje "specjalne śniadanie" składało się z naleśnika z Nutellą, bitą śmietaną i ćwiartką brzoskwini. Do tego miseczka mieszanki świeżych owoców oraz szklanka soku arbuzowego. Nic specjalnego, ale smakuje naprawdę dobrze, a to już coś jak na moje możliwości.
-No to do roboty!- potarłam ręce.
Eric usiadł na wysokim, "barowym" krześle, a ja wyciągnęłam z szafki wszystkie potrzebne składniki i naczynia.
-O nie, nie, nie! Moja droga! Nie będziesz mi faszerować dziecka słodkościami z samego rana! I jeszcze za pyskowanie zostajesz...- szykowała się kolejna kara, ale jakoś zwisało mi to co ma do "zaoferowania" moja matka. Żadna kara nie mogła równać się z tym, co do tej pory mi się przytrafiło.
-No co takiego? Dostanę karę na komputer? Zabierzesz mi telefon? Nie masz prawo na nic z tych rzeczy, bo za wszystko płacę sama, a ty masz głęboko...-opamiętałam się w porę, przypominając sobie, że w pomieszczeniu jest też Eric- Gdzieś, że te pieniądze miały iść na studia!- kontynuowałam.
-Co ci się stało?! Aaaa już rozumiem. To ma być bunt, za tą wyprowadzkę, tak? To jeszcze zobaczymy, kto się będzie śmiał ostatni!- roześmiała się szyderczo.
-Co? Nie wiesz gdzie podziała się ta grzeczna dziewczynka, która była na każde twoje dyktando, która robiła wszystko żeby było ci dobrze, a w zamian dostawała jedno wielkie NIC?! No to patrz! Zniknęła- pstryknęłam palcami. Podeszłam do Erica.
-Chodź, ubierzemy się.
-Suuupel- krzyknął. Zawsze kiedy razem się ubieraliśmy, było dużo zabawy.
-A ty jak już się tak rządzisz, to zrób mu te śniadanie.
Poszłam z małym na piętro do jego pokoju i zaczęłam przebierać wszystkie ubrania, wyglądając przedtem przez okno, sprawdzając jaka jest pogoda.
-Mały?
-Taaa?
-Jesteś już gotowy, tak?- wstałam z dywanu i spenetrowałam wygląd mojego braciszka.
-Chyba tak- uśmiechnął się.
-To teraz ty zejdź na śniadanko, a ja pójdę się umyć i...chcesz też coś dla mnie wybrać?- puściłam mu zachęcające oczko.
-Taaak! Będziesz slicnie wyglądać!- zaczął skakać z radości.
-No to leć już, a ja cię zawołam kiedy będzie trzeba- popędziłam go.
Powoli powędrowałam do mojego pokoju, a następnie do łazienki, zabierając ze sobą tylko jakieś dresy. W końcu ubrać miał mnie Eric.
Ściągnęłam z siebie wczorajsze, pechowe ubrania. Weszłam pod prysznic i rozkoszowałam się ciepłem, rozpływającym się szybko po moim ciele. Tego właśnie było mi trzeba: spokoju i samotności.
Po wyjściu już chciałam wysuszyć swoje włosy, ale zorientowałam się, że pewnie chciałby to zrobić Eric. Uwielbiał bawić się moimi włosami. Ubrałam wiec tylko dres i wyszłam z łazienki.
-Ooo. A ty co tu robisz, hę?- zaśmiałam się. Tuż po wyjściu przywitał mnie widok mojego braciszka siedzącego na łóżku.
-Cekam na ciebie. Sssstrasnie długo się myjes- zamarudził wstając- Danielle! Mogę ci wysusyć włosy? Plose! Plose! Plose!
-Oczywiście, że możesz. Czy jakbyś nie mógł to sama wcześniej bym ich nie wysuszyła? Kierunek: ŁAZIENKA!- odwróciłam się ciągnąc za sobą Erica.
Po wysuszeniu włosów, przy czym było niemało zabawy, powędrowaliśmy w stronę szafy. Uświadomiłam sobie, że możliwe jest, że spotkam się z Davidem...a z Vicky to już na 100%. Chciałam pokazać mu, co stracił ubierając się dość seksownie i wyzywająco, ale również stosownie. Niestety moja szafa była dość... ograniczona. Nigdy nie ubierałam się jakoś specjalnie. Stawiałam na wygodę.
Eric wybrał dla mnie taką stylizację.
Ma dzieciak gust!
Byłam niewyobrażalnie zadziwiona tym, co zobaczyłam. Nawet nie wiedziałam, że mam takie ciuchy! Po raz chyba ósmy obracałam się przed lustrem, oglądając się ze wszystkich stron. Wszystko współgrało ze sobą tak idealnie. Nic się nie zlewało, nic się nie gryzło. Tego dnia było niewyobrażalnie gorąco, więc co to miałam na sobie było idealne!
-Gotowa!- krzyknęłam uradowana i niebywale zadowolona efektu.
-Niee- świadczył Eric.
-Jak to "nie"? Coś jest nie tak?- spojrzałam zaniepokojona w lustro.
-A włosyyy?- mały wskazał na moją fryzurę.
Zapomniałam!
Miał rację! Tak zajęłam się strojem, że zapomniałam o fryzurze i makijażu. Rzuciłam przelotne spojrzenie na godzinę. Była 09.03. Szykowanie zajęło nam dość sporo czasu, ale miałam jeszcze chwilę dla siebie. Zaczęłam zastanawiać się co robić włosami. Miałam takie cholerne szczęście (nawiasem mówiąc to chyba jedyne), że rosły one wyjątkowo szybko. Aż nienormalnie. Moje wizyty u fryzjera były bardzo często- dwa razy w miesiącu na podcinanie końcówek. Moje włosy sięgały wtedy ponad połowę pleców- do talii. Najrozsądniejszą opcją było pozostawienie ich rozpuszczonych. Mimo, że z natury miałam delikatnie falowane włosy, postanowiłam je podkręcić mniej więcej tak.
Delikatnie pomalowałam rzęsy maskarą, zakryłam niedoskonałości i musnęłam szminką usta.
-TERAZ jestem gotowa- zaśmiałam się.
-Łaaaa- mały zaniemówił.
-Co? Gdzieś się ubrudziłam? Mam szminkę na zębach?- od razu pobiegłam do łazienki sprawdzając czy wszystko jest w porządku.
-Nieee. Jesteś taka ślicna!- Eric podbiegł do mnie i wtulił się w moje nogi.
-Dziękuję. Kocham cię, wiesz?
-Tes cię kocham- kiedy tylko się od siebie "odkleiliśmy", złapałam mojego braciszka za rękę i zeszliśmy na dół.
-Możemy iść- oświadczyłam matce, która wylegiwała się na kanapie w salonie.
-Ooo. Księżniczka przyszła!- wstała i spojrzała na mnie. Z początku miałam wrażenie, że zabije mnie wzrokiem, ale potem jej spojrzenie stało się łagodniejsze.
No cholera! Coś musi być nie tak!
Kolejna osoba, która zaniemówiła na mój widok. Eric twierdził, że wszystko jest okej, więc chciałam się nie martwić, ale sytuacja mi na to nie pozwalała
-Idziemy, czy będziesz się tak gapiła do jutra?- przerwałam ciszę- Czekamy w samochodzie. Zabrałam małego i powędrowaliśmy do garażu.
Może i byłam wredna...chamska...egoistyczna i w ogóle, ale dlaczego miałabym być miła? Przecież każdy pokazywał mi, że nie warto być miłym, uprzejmym ani nic z tych rzeczy. Traktowali mnie jak zwykłą zabawkę, jak służącą, a ja nie miałam zamiaru za to wszystko być dla nich w dupę uprzejma.
*D- skrótowiec, zdrobnienie, którego używa tylko brat Danielle
_______________________________________________________________________
O Matko no... każdy kolejny rozdział jest coraz bardziej beznadziejny... Ehhh nie wiem czy kontynuować bloga, ponieważ nikt nie komentuje, ani nic. Wejść jest coraz mniej... Proszę, jeżeli ktoś to czyta, niech zostawi po sobie komentarz, dla Was to sekunda, a dla mnie ogromna motywacja.
Malutka przerwa będzie, rozdział POWINIEN (ale niekoniecznie) pojawić się przez nowym rokiem.
LoLa