środa, 5 lutego 2014

Rozdział 8

 Przeczytaj notkę pod rozdziałem. TO WAŻNE.
--------------------------------------------------------------------------------------------
*

-Myślę, że teraz wszystko powinno być w porządku.
-A co było nie tak?
-Niech mi pan powie, kim pan jest dla pacjentki?
-Już mówiłem. Jestem jej chłopakiem.
-Nie powinienem, ale czuje że pan i tak postawi na swoim... Więc podczas wypadku, do jej organizmu dostało się bardzo dużo dymu, który z czasem zaczął wypalać maleńkie dziury w płucach. Zrobił ich kilka. Większość z nim udało nam się zaszyć, ale niektóre, te mikroskopijne, dobrze się zamaskowały. Wiedzieliśmy, że pominięte wybrakowania z czasem dadzą się we znaki. Na szczęście nastąpiło to jeszcze w szpitalu.
-Za ile będzie mogła wyjść?
-Dziś mamy 19-sty, to jeżeli dziś i jutro wszystko będzie w porządku, wypiszemy ją 21-ego. Muszę iść. Może pan zostać, ale musi również dać jej odpocząć.
Chciałam posłuchać co ma do powiedzenia osoba, która rozmawiała z Luke'm, więc nie otwierałam oczu, starałam się też nie ruszać.
-Moim chłopakiem...?- otworzyłam oczy i delikatnie wyszeptałam, tuż po wyjściu osoby, która wcześniej znajdowała się w pomieszczeniu.
-Dani! Dobrze się czujesz?- chłopak spojrzał na mnie z troską w oczach.
-Tak, ale strasznie chce mi się pić.- wyczułam suchość w gardle. Luke podał mi szklankę wody, a ja upiłam łyk.
-Chcesz coś jeszcze? Może jesteś głodna? - ponownie zapytał chłopak.
-Nie, nic mi nie potrzeba.- delikatnie uniosłam się na łokciach spoglądając na chłopaka. Ten posłał mi uśmiech, którego nie odwzajemniłam.
-Dlaczego tutaj jesteś? Powinieneś przecież być w domu.- nadal nie rozumiałam, dlaczego jakiś totalnie obcy mi chłopak, dzień w dzień trzymał piecze nade mną, mimo że również mnie nie znał. 
-Muszę ci coś powiedzieć... ale to jest rozmowa, którą musimy przeprowadzić później. Na pewno nie tutaj, ściany mają uszy.- końcówkę wyszeptał.
-Nie musisz mi nic mówić. Idź do domu. Pewnie wszyscy się o ciebie martwią.- poleciłam.
Nie był mi potrzebny, nie znałam go, nie wiedziałam czego ode mnie chce. To mógł być jakiś kryminalista!
-Nie ma się kto o mnie martwić. Moi rodzice wiedzą, że tutaj jestem. Poza tym, jestem pełnoletni. Naprawdę mam ci coś ważnego do powiedzenia, więc proszę, nie każ mi iść.- wręcz błagał mnie chłopak.
Jejku, ale on jest natrętny!
Chłopak niespodziewanie zaśmiał się.
-Jasne, jasne. Tylko obiecaj mi jedno: nie waż się mieć nadziei na choć przyjaźń ze mną. Moje marzenie, to zostać sama. Po moim wyjściu ze szpitala, udajemy, że się nie znamy... co w pewnym sensie jest prawdą. Tyle.- nie wiedziałam chyba nawet co mówię. Tak naprawdę pragnęłam, żeby ktoś mnie przytulił i powiedział, że wszystko będzie dobrze. Został ze mną na zawsze.
-Nie mogę ci obiecać czegoś takiego.
-Czemu?- sądziłam, że chłopak zrobi wszystko byle by, przekazać mi tą jakąś głupią wiadomość. Myliłam się.
-Dla mnie obietnica, to coś naprawdę ważnego, więc nie chce składać ci takiej, której nie mogę dotrzymać.- w tamtym momencie zmiękłam.
No dobra, wygrał.
-Przecież wiem.- wypalił nagle.
-Co?
-Nie, nie. Nic nic...- chłopak zachichotał.
-Dobra. Niech już ci będzie. W każdym razie 21-ego mają mnie wypisać, tak?- zapytałam dla pewności opadając na łóżko i podsuwając się pod ścianę, opierając o nią plecami w pozycji siedzącej.
-Tak, a co?- zainteresował się Luke.
-Jeżeli chcesz już tak strasznie ze mną siedzieć, to tego samego dnia jedziemy do domu dziecka, gdzie zapewne jest Eric.- oświadczyłam stanowczo.
-Skąd wiesz, że jest w domu dziecka?- zapytał Luke marszcząc czoło.
No tak, przecież nikt o tym nie wspomniał...
-No pomyśl, gdzie mogli wysłać DZIECKO, które nie ma DOMU, ani rodziny?- zadałam retoryczne pytanie. Facetom trzeba wszystko dokładnie objaśniać.
-No właściwie...- przyznał mi rację Luke.
-Dobra, generalnie czuję się świetnie. Zawołaj lekarza, niech przyniesie mi karty tych wszystkich pacjentów, czy coś tam. Muszę znaleźć kartki moich rodziców i zobaczyć, gdzie teraz są.-byłam święcie przekonana, że moi rodzice, tak jak Eric, żyją.
-Danielle... Skąd wiesz, że oni żyją?- niepewnie podjął rozmowę.
-Oczywiście, że żyją. Muszą żyć... nie poradzę sobie bez nich.- moje oczy delikatnie zaszły łzami.
-Kochasz ich, prawda?
-To ciężki temat... nie chcę o tym rozmawiać.- chciałam jak najszybciej uciąć konwersację. Ten typ zaczynał mnie denerwować.
-Mogę ci jakoś pomóc?
-Przestań się nade mną litować! Nie znasz mnie, nie mam pojęcia co ty tutaj w ogóle robisz. Zrozum: IDŹ SOBIE! Nie chcę cię tutaj! Poradzę sobie sama. Nie znam cię, ty nie znasz mnie. Dlaczego się mnie tak uczepiłeś?!- w tamtej chwili rozsadzało mnie od środka. Chyba strach przed tym, że jeżeli moi rodzice mogą nie żyć i to, że nie poradzę sobie, przełożył się na moje lekkie zdenerwowanie, wywołując wybuch.
-Dobra, dobra. Wyluzuj. Po prostu...- wzdychnął ciężko -Jeżeli ci to powiem, to uznasz mnie za wariata.
-Gadaj. Zaczynam się ciebie bać. Chcę tylko wiedzieć, dlaczego i po co tu ze mną siedzisz.
-Jesteś pewna?- Luke spuścił wzrok i zaczął bawić się palcami.
-Tak! Do cholery, mów o co chodzi!
-Słyszę twoje myśli!- krzyknął chłopak -Chyba...- dopowiedział szeptem po chwili. Spojrzałam się na niego jak na największego psychopatę, po czym zmrużyłam groźnie oczy.
-Ale z ciebie kretyn.- wysyczałam -Dobra, nie chcesz to nie mów, ale... Hmmm krótko zwięźle i na temat: WYPIERDALAJ!
-Nie żartuje! Nie wierzysz mi, prawda?- chłopak rzucił mi zawiedzione spojrzenie.
-Oczywiście, że nie! Co za idiota by ci uwierzył w takie brednie?!
-No to zrobimy tak, pomysł o czymś, a ja ci powiem o czym.
-Okej, pokaż jakie z ciebie "medium"- narysowałam w powietrzu cudzysłów.
Kretynie!
-Pomyślałaś "kretynie". Proszę, masz dowód.- energicznie pokręciłam głową na znak, że to jest niemożliwe.
-To było do przewidzenia. Jeszcze raz.- nakazałam.
Jeżeli niby słyszysz co myślę , to złap mnie za rękę.
Luke podszedł i wykonał polecenie. Przerażona zabrałam dłoń, a maszyna, która jak do tej pory wykonywała "pipnięcia" w określonej, równej odległości czasowej, przyspieszyła.
-Nie wiem, dlaczego, po co i kiedy to się zaczęło. Nigdy czegoś takiego nie miałem. Jeszcze te tatuaże.- wskazał na moją dłoń -Właśnie dlatego tutaj jestem: bo coś jest nie tak. Rozumiesz wreszcie?
-J-ja... t-ty... t-to.- cholernie się jąkałam. Właśnie dowiedziałam się, że jakiś psychol, którego w ogóle nie znam czyta mi w myślach, przecież to było niemożliwe!
-Czekaj... to jeszcze nie wszystko, ale uwierz mi, lepiej żebyś reszty dowiedziała się później...

~***~

Kilka dni później...

Przez te kilka dni, Luke próbował zawiązać ze mną jakąś więź, dotrzeć jakoś do mnie, ale ja starannie i dobitnie za każdym razem odpychałam go. Kiedy tylko prosił mnie o to, żebym coś mu o sobie opowiedziała, zbywałam go słowami, że jestem zmęczona czy, że chce odpocząć, mimo że już od dawna wszystko było w porządku. On z początku mówił, że rozumie i po prostu wychodził. Później znikał na kilka godzin i znów wracał. Ciągle był przy mnie, co może i było słodkie i naprawdę miłe z jego strony, ale ja nie chciałam się do niego przywiązywać. Po następnych dwóch dniach mojego pobytu w szpitalu, lekarze stwierdzili, że zostanę jeszcze dzień na obserwacji. Luke po swoich nieudanych próbach rozmowy ze mną, poddał się, a ja zostałam sama z wyrzutami sumienia i okropnym bólem serca. Przestał ze mną rozmawiać, po prostu był przy mnie. Zaczęłam się zastanawiać czy właśnie tego chciałam? Czy przez te moje zagrywki, właśnie to chciałam osiągnąć? Samotność? Chyba nie byłam świadoma co ta samotność oznaczała. Byłam na siebie zła, że tak go potraktowałam. Miałam zacząć nowe życie, a nadal ciągnęłam to wszystko, ten mój żal do ludzi, uraz. Niepotrzebnie to odgrywało się na Luke'u. Nic mi przecież nie zrobił... jeszcze.
Kiedy wreszcie nadszedł upragniony dzień wyjścia ze szpitala, czułam się zagubiona. Nie wiedziałam gdzie iść, co robić. Na szczęście rodzice podali mi adres naszego nowego domu, ale nie wiedziałam jak tam trafić. Nie miałam pieniędzy. Byłam kompletnym zerem.
-Pani...- lekarz spojrzał na moją kartę pacjenta umieszczoną przy łóżku -Danielle Black. Pan to...?- zwrócił się do chłopaka.
-Luke, Luke Williams.-przestawił się.
-Dobrze się pani czuje?
-Tak, tak. Wszystko w porządku.- wstałam z łóżka ubrana wreszcie w normalnie ciuchy, które dostałam od rodziny Luke'a. Byłam im za to ogromnie wdzięczna. Nie dość, że były nawet ładne to do tego wygodne, no ale nie oto, przecież chodziło. Przynajmniej miałam się w co ubrać. Poczułam, że coś delikatnie połaskotało mnie w tyłek. Obróciłam się i zorientowałam, że to tylko moje włosy, które osiągnęły już taką długość.
Trzeba je przyciąć...
-Jest pani pewna co do tych kart?- ponownie zapytał lekarz. Do tej pory lekarze, dlatego nie mogli ustalić którzy z pasażerów byli moją rodziną, ponieważ nie wiedzieli nawet jak ja miałam na nazwisko. Imię podał im Luke. Pewnego dnia ktoś przyszedł, aby ustalić moje dane.
-Tak. Długo na to czekałam. Jestem zdecydowanie pewna i gotowa.
Lekarz niepewnie podał mi karty. Zaczęłam je przeglądać zachowując jak największy spokój. Luke obserwował mnie bacznie z rękami splecionymi na piersi. Pierwsza... druga... trzecia... kolejna... NIC. Nic nie było. Ponownie znalazłam tylko karty Luke'a i Erica. Reszty nie poznawałam.
-Nie, nie, nie, nie, nie! Tutaj musi być jakaś pomyłka. Oni na pewno żyją! Muszą żyć!- krzyczałam jak opętana nie wiedząc co ze sobą zrobić. Wstałam z łóżka, na którym uprzednio usiadłam i nagle zakręciło mi się w głowie. Luke złapał mnie w ostatniej chwili. Inaczej już leżałabym na zimnej posadzce. Próbowałam za wszelką cenę mu się wyrwać, ale on kurczowo mnie trzymał.
-Puść mnie! Puść mnie idioto! Nie chce cię więcej widzieć! PUŚĆ MNIE!- szamotałam się.
-Shhhh... Uspokój się. Wszystko będzie dobrze. Słyszysz? Wszystko będzie dobrze. Jestem tutaj...- Luke za wszelką cenę starał się mnie udobruchać, ale ja nadal histerycznie krzyczałam i wyrywałam się.
-Podamy jej coś na uspokojenie. Zaraz wracam.- powiedział przerażony lekarz.
-Nie! W ostatnim czasie już wystarczająco została nafaszerowana lekami. Będzie tego.- odmówił chłopak, a ja poddałam się i przestałam z nim walczyć. Osunęłam się na ziemię wraz z trzymającym mnie Luke'iem -Niech pan idzie. Ja ją uspokoję i przyjdziemy do gabinetu.
Trwaliśmy tak przez chwilę. Ja nadal miałam ochotę krzyczeć w niebogłosy, przeklinać cały świat, ale nie chciało mi się płakać. Może i rozsadzało mnie od środka, ale nie płakałam. To było najdziwniejsze. Nie uroniłam nawet łzy.
To nie dzieje się naprawdę! Czemu mnie kurwa zawsze spotyka to co najgorsze?!?!
-Pamiętaj. Zawsze będę przy tobie. Rozumiesz? Zawsze. Będzie dobrze.
-Nie! Nie chce cię! Wszyscy mieli być na zawsze, a nikt nie był! Nie chcę tak!- ponownie próbowałam wyrwać się z żelaznego uścisku chłopaka.
-Ja nie jestem jak wszyscy i nigdy cię nie zostawię... chyba, że ty będziesz tego naprawdę chciała.
Nie odpowiedziałam. Nie chciałam zranić go tak jak wcześniej.
-Chodźmy już stąd. Chcę iść po Erica.- wysyczałam przez zaciśnięte zęby.
-Ale już wszystko w porządku?- Luke rozluźnił uścisk i zapytał niepewnie.
-Tak. Chcę się stąd jak najszybciej wynieść.- fuknełam.
Właśnie dlatego od zawsze nienawidzę szpitali. Tutaj wiecznie dzieje się coś niedobrego. Chciałam wtedy po prostu znaleźć się w domu.
-Jasne. Chodźmy.- Luke wstał podając mi rękę, ale ja zignorowałam ten gest i podniosłam się sama.
Powędrowaliśmy do gabinetu lekarza, który podał mi jakiś świstek o wypisanie i zapytał się czy wszystko w porządku.
Tuż po wyjściu ze szpitala prosto w twarz buchnęło mi lodowate powietrze. Przeszyło całe moje ciało, od głowy, aż do stóp nieprzyjemnie mrowiąc. Czekała mnie wycieczka po totalnie obcym mi mieście. Nie znałam tam nawet choć uliczki, choć sklepu. Czułam się jak intruz. Ktoś, kto tam nie pasował, nie był potrzebny. Niepewnie rozglądałam się na we wszystkie strony, czekając na jakąkolwiek reakcję ze strony Luke'a. Było zimno, wietrznie i do tego padał śnieg.
-Chodź. Tędy.- chłopak wskazał mi drogę pokazując ręką w prawo.
Powoli dreptaliśmy prawdopodobnie w stronę Domu Dziecka. Dopiero po chwili zorientowałam się, który budynek Luke obrał za cel. Była to stara, obskurna kamienica, totalnie niezdatna do mieszkania. Jednak najwidoczniej ktoś tam mieszkał. Kiedy zbliżyliśmy się jeszcze trochę zauważyłam, że przed wejściem do budynku mieścił się plac zabaw. Również doszczętnie zniszczony. Kolejne pokonane przez nas metry pozwoliły zaobserwować mi bawiące się tam kilkoro dzieci. Poubierane były w stare szmaty. Zastanawiałam się czy jest im choć trochę ciepło... Wśród nich nie zauważyłam Erica. To, że stoję jak kołek na środku podwórka i przyglądam się sierotom, uświadomił mi Luke, dopiero wtedy, gdy szturchnął mnie delikatnie w ramię.
-Idziemy dalej.- wskazał wydreptaną ścieżkę głową, dookoła budynku.
Ciekawiło mnie, skąd on tak dobrze znał drogę, ale postanowiłam nie pytać.
-Luke? Co z psami?- zapytałam przypominając sobie o zwierzakach.
-Nic...- odpowiedział bezdusznie nie zaszczycając mnie nawet spojrzeniem. Postanowiłam nie drążyć tematu. Wiedziałam, że już nigdy nie zobaczymy swoich podopiecznych. Niemożliwe było, to by przeżyły coś takiego. Nawet nie miałam pojęcia jak ja przeżyłam. Weszliśmy do kamienicy. Wszędzie panował gwar. Dzieci radośnie krzyczały, a gdzieniegdzie zdawało się słyszeć polecenia wydawane przez opiekunki. Na końcu korytarza ujrzałam niską brunetkę, przy kości. Wyglądała na dość starszawą.
-Przepraszam!- krzyknęłam orientując się, że pani zaczyna znikać za rogiem -Przepraszam...- powtórzyłam ciszej podbiegając powoli do kobiety.
-Słucham dziecinko. Czego potrzebujesz?- uprzejmie odpowiedziała.
-Mam na imię Danielle... Danielle Black. Jakiś czas temu... może...- jąkałam się nie mogąc dobrze dobrać słów.
-Powoli, powoli.
-Oczywiście... Jakiś miesiąc temu, była katastrofa lotnicza. Nie trafił tutaj w tym czasie może... mały chłopiec?- zapytałam z nadzieją w głosie.
-Tak, owszem, ale trafiło ich tutaj wielu. Nie wiem kogo szukasz.
Spuściłam wzrok.
Wiedziałam...
-Nie, nie. Nie martw się. Chodź.- kobieta wzięła mnie pod ramię- Przejdziemy się i zobaczymy czy jest tutaj twoja zguba.- uśmiechnęła się ciepło.
Przeszliśmy przez kilka pokoi dzieci, później przez stołówkę. Na koniec trafiliśmy do czegoś w rodzaju bawialni. Stanęłam w progu i rozejrzałam się po pomieszczeniu... wtedy go dostrzegłam.
Stał w kącie, tuż koło regału z zabawkami. Miał zapadnięte policzki i podkrążone, zaczerwienione oczy.
-Mój Boże...- zatkałam usta dłonią, żeby nie wybuchnąć płaczem. Na ciele dziecka dało się gdzieniegdzie odnaleźć głębokie blizny. Było mi go tak szkoda.
Dzieciak będzie miał traumę na całe życie...
W tamtym momencie Eric podniósł wzrok, który spoczął na mnie.
-Dani...?- wychrypiał.
-Eric...- wyszeptałam ledwo dosłyszalnie. Mały podbiegł do mnie i wtulił się w moje nogi, a ja pogłaskałam go po plecach.
-Gdzie mama... i tata?- chłopiec podniósł wzrok i spojrzał na mnie swoimi pięknymi, dużymi niebieskimi oczami.
-Kochanie... porozmawiamy o tym później.- uświadomiłam sobie, że mały będzie miała za zadanie stanąć twarzą w twarz z okrutną prawdą.
-To jest pani dziecko?- uprzejmie zapytała staruszka.
-Nie, nie! To mój młodszy brat.- szybko zaprzeczyłam.
-Ah tak. Rozumiem.
-Czy ja... mogę go zabrać?- zapytałam cichutko. Wiedziałam, że tak łatwo nie będzie.
-Dobrze. Wydajesz się sympatyczną dziewczynką, a do tego chłopiec cię rozpoznał. Możesz go zabrać, jak tylko podpiszemy stosowne papiery. Do tego potrzebni będą rodzice dziecka.- kobieta odwróciła się z zamierem udania się ku prawdopodobnie swojemu gabinetowi. Jednak nie pozwoliłam jej na to.
-Zaraz...- delikatnie złapałam ją za ramię.
-Tak? Jakiś problem?
-On... my... nasi rodzice...- plątał mi się język.
-Ich rodzice zginęli z katastrofie lotniczej.- szeptem wyręczył mnie Luke.  Byłam mu za to ogromnie wdzięczna. Nie wiem czy ja byłabym w stanie cokolwiek z siebie jeszcze wydusić. Wyszeptałam nieme "dziękuje" w stronę chłopaka, a on kiwnął głową.
-Ooo w taki razie potrzebny nam opiekun prawny chłopca.- oznajmiła.
No to sytuacja się komplikuje...

___________________________________________________________________
JEDNE WIELKIE PRZEPROSINY!
No więc moje miśki sprawy mają się tak.
Przepraaaszam, że rozdział nie pojawił się tak długo, ale miałam dość sporo problemów na głowie. Moje życie wywróciło się do góry nogami... na szczęście wreszcie w sposób pozytywny :) <3
Chciałabym wam obiecać, że następny rozdział pojawi się szybciej, ale teraz są ferie i mimo że mogłoby się powiedzieć, że mamy czas wolny, to jednak ja dość często mam jakieś plany i po prostu nie jestem w stanie nic napisać. Moje myśli krążą cały czas wokół jednego i przez to nie mogę się skupić.
Mam nadzieję, że mi wybaczycie :)
Zrobię wszystko co w mojej mocy, aby następny wpis był dłuższy i przede wszystkim LEPSZY od tego, ponieważ nie mogę powiedzieć, że z tego jestem choć troszkę zadowolona.
Zrobiłam już jedną malutką, niezapowiedzianą przerwę i mam ciągłe wyrzuty sumienia, że każę wam tak długo czekać na następne rozdziały, więc daję wam ultimatum:
a) albo będę dodawać krótkie rozdziały co tydzień (będę was denerwować i kończyć w najciekawszych momentach xD)
b) albo będę dodawała długie rozdziały co 1,5/2 tygodnie (troszkę wcześniej, jeżeli się wyrobię)
Piszcie w komentarzach co wybieracie. Mam dwóch obserwatorów od czasu rozdziału 6, ale żaden z nich nie skomentował nic :( Proszę, napiszcie COKOLWIEK, żebym wiedziała, że piszę nie tylko dla siebie. To tyczy się nie tylko obserwatorów kochani ^^

Co do rozdziału.
Nie znam się na medycynie i nie mam pojęcia czy coś takie jest w ogóle możliwe, ale tak jest... bo ja chcę xD Proszę, więc was o wyrozumiałość, że niektóre rzeczy (nawet te niewykonalne, niemożliwe, nieprawdopodobne itd.) będą zmieniane, przekształcane itp. na rzecz opowiadania :)
Przepraszam za wszelkie błędy, ale pisałam to na telefonie :///
Do następnego. Pamiętajcie o ankiecie --------------->
KOMENTUJCIE...


LoLa

4 komentarze: