czwartek, 13 lutego 2014

Rozdział 9

-Danielle, znasz adres?- zapytał Luke kiedy powoli dreptaliśmy ulicami Londynu. Zamyślona nie odpowiedziałam -Danielle?
-Co?- otrząsnęłam się z transu.
-Pytałem czy znasz adres.
-Tak... Rodzice tuż przed wyjazdem coś gadali o tym, ale nic nie mogę sobie przypomnieć... Jak to było?- zapytałam sama siebie -Wolley... Will... Woll Street! Osiem? Tak! Woll Street 8!- klasnęłam w dłonie, ale po chwili bardziej naciągnęłam rękawy mojej kurtki. Było przeraźliwie zimno.
-Dobra, więc idziemy na Woll Street 8. Tędy.- chłopak puścił mi oczko wskazując ręką na lewo.
Co z Erickiem? Otóż to. Mięliśmy naprawdę wiele komplikacji, ale wreszcie udało się przekonać kobietę z Domu Dziecka, że jest on moim bratem i chcę go po prostu zabrać do domu. W efekcie prowadziłam go za rękę szukając mojego przyszłego domu. Na mojej głowie jedynym zmartwieniem pozostało to, że nie miałam kompletnie pieniędzy, nie wiedziałam gdzie mieszkam i od dłuższego czasu łaził ze mną jakiś totalnie obcy mi facet, a ja nawet nie wiedziałam dlaczego. Właściwie to nie był już taki obcy. Spędziłam z nim kilka dni w szpitalu. Nic się nie stało. Wydawał się być naprawdę w porządku. Wszystko było takie... nierealne. Nadal nie dochodziło do mnie to co się działo. Starałam się przyjmować do wiadomości wszystkie wydarzenia i jakoś racjonalnie je sobie tłumaczyć, ale powoli traciłam cierpliwość, ponieważ tak naprawdę nic z tego nie rozumiałam. Czułam się jak dziecko we mgle. Wszystko robiłam machinalnie i bez większej świadomości tego co robię.
-Too... chyba tutaj.- Luke podniósł głowę i spojrzał na ogromny dom.
Wooow...
Poprawka- na wille. To nie był dom, TO MARZENIE!

-Co? To niemożliwe. Coś musiałam pomylić...- zmarszczyłam czoło. Niemożliwe było żeby moich rodziców było stać na coś takiego. Stałam jak słup soli i patrzyłam na coś, co prawdopodobnie było moim przyszłym miejscem zamieszkania.
-Zaraz, zaraz. Spójrz.- Luke podszedł do bramy ogromnego domu. Przy furtce zamieszczona była skrzynka na listy. Widniał przy niej napis- "Caroline and Conor Black". Była tam również jakaś karteczka. Delikatnie wyciągnęłam ją paznokciami ze skrzynki i odczytałam.

Wasze rzeczy są u mnie w domu. Odbierzcie je przy najbliższej okazji. Holley Street 54
                                                                                                        Don.

To niemożliwe. To naprawdę mój dom...
-To twoi rodzice?- niepewnie zapytał chłopak.
-T-tak.- odpowiedziałam nadal podziwiając dom i zgniatając w dłoni karteczkę, którą po chwili schowałam do kieszeni spodni. Byłam tak oczarowana, że nawet, gdy Luke wspomniał o moich nieżyjących rodzicach nie ruszyło mnie to... tylko czy na pewno dlatego? Może ja wcale nie byłam załamana ich śmiercią...- Zaaaraz. Jak niby mam dostać się do środka? Przecież nie mam klucza.
Zrezygnowana weszłam na podwórko i zlustrowałam ostrożnie cały zapewne idealnie przycięty trawnik, który obecnie przykryty był warstwą śniegu.
-Erick, kochanie chodź.- wyciągnęłam rękę do chłopca, a on po chwili mnie za nią złapał. Podeszłam do drzwi i zauważyłam, że na ganku stoi piękny, rzeźbiony słonik, prawdopodobnie z marmuru. Zignorowałam go tuż po tym jak go obejrzałam. Nacisnęłam dużą mosiężną klamkę.
Zamknięte... No a czego się spodziewałaś idiotko?
Już chciałam odwrócić się i iść zobaczyć co znajduje się po drugiej stronie podwórza, ale coś mi na to nie pozwoliło. Słonik, któremu się wcześniej przyglądałam zaczął delikatnie odsuwać się w tył. Odskoczyłam jak oparzona od drzwi, ciągnąć za sobą Erica. Pod figurką był...
Klucz?
-Danielle? Co się dzieje?- zapytał ze spokojem w głosie Luke, który pomimo zaistniałego zdarzenia nie cofnął się nawet o krok.
-Skąd ja mam to wiedzieć?- puściłam rękę mojego braciszka i wysłałam go do Luke'a, który stał kilka metrów od drzwi, a sama podeszłam do klucza -To się odsunęło, a to było pod spodem.- wymachiwałam rękami jak psychopatka.
-Weź do. Co ci szkodzi?- zaproponował Luke.
W sumie... Co się może stać?
Szybkim i zdecydowanym ruchem wzięłam przedmiot i wycofałam się.
Nic...
Obejrzałam się za siebie, a Luke kiwnął głową wskazując drzwi. Przytaknęłam i włożyłam klucz do dziurki. Zamknęłam oczy, wzięłam głęboki oddech i przekręciłam przedmiot w zamku.
Nadal nic.
Pchnęłam drzwi i ujrzałam wnętrze domu.
-O. Mój. Boże.- powiedziałam dość głośno i otworzyłam usta ze zdziwienia -Chodźcie!- zawołałam nadal stojąc plecami do moich towarzyszy i machnęłam na nich ręką. Po chwili oboje stanęli obok mnie. Luke trzymał małego na rękach.
-Jak bardzo jesteś dziana?- zapytał chłopak marszcząc czoło i wchodząc w głąb domu.
-Wcześniej: w ogóle. Teraz: tym bardziej w ogóle.- odpowiedziałam nadal przyglądając się jak zaczarowana.

*
Po obejrzeniu całego wnętrza domu chodziłam jak w transie. Nie dochodziło do mnie, że coś takiego może być moje, a tym bardziej ile to wszystko mogło kosztować.
Wchodząc, po prawej stronie był dosłownie kawałek ściany, który miał około dwóch, może trzech metrów długości, a po lewej była normalna ściana, na której wisiało spore lustro, kilka haczyków i stała półeczka, być może na buty. Wychodząc z przedsionka zaraz po prawej zaczynał się ogromny salon. Na środku stała odwrócona tyłem sofa i szklany stoliczek. W ścianę wbudowany był kominek, a na nim było miejsce gdzie można było postawić zdjęcia. Sporo nad kominkiem wisiał plazmowy telewizor. Widok z okazałej wielkości okna wychodził na ulicę. Tuż przed nim, przy ścianie stała duża biblioteczka z książkami. Wszystko się dopełniało i tworzyło spójną, śliczną całość.
Z kolei na lewo od przedsionka znajdowała się kuchnia. Pierwsze co rzucało się w oczy to duża dwudrzwiowa, grafitowa lodówka. Obok niej była deska do krojenia, kuchenka gazowa, zlew, w rogu wysoko zamieszczony piekarnik, a na końcu mikrofalówka. Było też sporo szafeczek i szufladek. Później już tylko blat, na którym to wszystko stało. W głąb pomieszczenia na lewo, znajdowało się coś w rodzaju jadalni. Właściwie to stał tam stół i sześć krzeseł, a przy jednej ścianie ustawiony był regał z zastawą oraz oczywiście okno z widokiem na podwórko i ulicę.
Tuż na wprost wejścia były spore, drewniane schody. Wyglądało to dość dziwnie, ale równocześnie elegancko, ponieważ były one tak jakby "wbudowane" w ścianę. I po lewej i po prawej stronie była zwykła, płaska ściana. Za schodami, ani po ich bokach nie znajdowało się już nic. Za to stojąc przed nimi, można było zauważyć, że po lewej stronie jest mały korytarzyk. Prowadził on do wyjścia na taras. Po drodze, na prawo była mała łazienka... to znaczy mniejsza od tej na górze, bo bądź co bądź mała to ona nie była. Był tam sedes, umywalka i lustro. Płytki zachowane były w kolorach zielonego i czerni.
Wchodząc po schodach mijało się kilkanaście rodzinnych zdjęć zawieszonych dość wysoko. Na piętrze znajdował się wąski korytarz rozchodzący się obie strony i wiele pomieszczeń- prawdopodobnie mój pokój, sypialnia rodziców, pokój gościnny i drugi mniejszy salon oraz pokój Ericka. Właśnie tam zostawiłam małego, który zasnął podczas zwiedzania na rękach u Luke'a. Do jednego z pomieszczeń, być może mojego pokoju, nie wchodziłam. Podobnie do innego: tam najprawdopodobniej znajdowała się sypialnia. Idąc kawałek dalej zauważyłam jeszcze jedne drzwi. Otworzyłam je i ujrzałam najzwyklejszy w świecie pokój. Z tym że z łóżeczkiem dla małego dziecka.
Co? Ale że jak to? Moja mama była... w ciąży? Nieee. To niemożliwe!
Podeszłam do łóżeczka i delikatnie przejechałam ręką po poręczy. Wszystko urządzone było tak, aby maluch nie mógł zrobić sobie krzywdy.
To miała być chyba dziewczynka. Kurde, nie! Stop! Żadnej ciąży nie było!
Ściany w kolorze łososiowym z odrobiną białego. Różowe, malutkie ciuszki w szafie. Przejechałam ręką po ścianie. Były wypełnione gąbeczką, zapewne dla większego bezpieczeństwa.  
Mogłabym mieć... siostrę? W sumie fajnie. Szkoda...
-Danielle? Wszystko w porządku?- zapytał Luke stając w progu drzwi.
Faktycznie. Zapewne moja mimika twarzy nie wyrażała nic pozytywnego.
-Jasne. Jest ok.- rzuciłam jeszcze jedno spojrzenie na pomieszczenie i zamknęłam drzwi przemieszczając się w dalszą część domu.
Salon urządzony był w nowoczesnym stylu. Bardziej można by nazwać go salą do gier. Był tam xbox, telewizor plazmowy, większy od tego na parterze, mini barek i stół do bilarda. Wszystko było ustawione z taką precyzją i dopasowaniem, że zajmowało niewiele miejsca, jednak z tak odpowiednimi odstępami, aby można swobodnie np. grać w bilarda.
Wychodząc z ostatniego pokoju natknęłam się na kręte, strome schody, prowadzące jak się później okazało, do garażu. Moje oczy po prostu chciały wyjść z orbit kiedy wchodząc do niego zobaczyłam białe Lamborghini. 
Skąd?! Ja się pytam SKĄD moi starzy wzięli na to kasę?! Bank obrabowali czy co?
Podbiegłam do samochodu i z oczami na wierzchu obejrzałam maszynę z każdej strony.
-Matko jakie cudo!- Luke był chyba jeszcze bardziej zachwycony, niż ja. No tak, w końcu to facet.

W garażu tuż za Lamborghini zauważyłam schodki i drzwi, więc udałam się tam. Okazało się, że prowadziły one za dom. Idąc jeszcze kawałek dalej trafiłam na tyły domu, gdzie był spory basen z jaccuzi... w sumie nawet nie wiem, ale chyba z jaccuzi. Zimą to była tylko duża dziura w ziemi wyłożona płytkami. Na zadaszonym tarasie stało kilka mięciutko wyściełanych krzeseł i stolik. Tam właśnie zakończyła się moja podróż.
Po drodze natknęliśmy się na dokumenty. Mój dowód osobisty, prawo jazdy i te sprawy. To było prze ogromnie dziwne.
Przecież ja nie wyrabiałam jeszcze dowodu.
Niestety czekało mnie jeszcze wiele wydarzeń, których nie dało się rozsądnie wytłumaczyć.
Kiedy chciałam odwrócić się i ponownie obejrzeć dom z zewnątrz w dalszej części podwórka dostrzegłam dwie małe postacie, które coraz bardziej się do nas zbliżały.
-Luke? Luke spójrz. Co to jest?- zapytałam mojego towarzysza.
-To... psy?- odpowiedział mi pytaniem na pytanie.
-Champion!
-Lexie!
Wykrzyczęliśmy równocześnie i kiedy tylko szczeniaki znalazły się w naszym zasięgu, rozpostarliśmy ramiona i już po chwili tuliliśmy do piersi dwa kłębki sierści.
Odstawiliśmy naszych podobiecznych w powrotem na ziemię.
-Ale jak to? Przecież to... tak się nie da! To tylko psy!- niedowierzałam całej tej chorej sytuacji, a moje nerwy już nie wytrzymywały.
-Powiedz mi czy którekolwiek z wydarzeń, które ostatnio nas spotkały mają jakieś racjonalne wytłumaczenie?- milczałam -No właśnie... To wszystko jest chore.
-Myślisz, że co JA czuję?! Że podoba mi się to? Że jestem zadowolona, bo mam spokój?! Bo moi rodzice nie żyją?! Bo zostałam totalnie sama bez jakiegokolwiek wsparcia?! Bo jakiś świr czyta mi w myślach?! Luke to jest jakiś pojebany sen, z którego mam ochotę jak najszybciej się obudzić! Z moimi patologicznymi rodzicami i Erickiem obok! Bez ciebie!- wypłynął ze mnie potok słów. O kilka za dużo. Wewnątrz naprawdę już się we mnie gotowało. Wszystko przyprawiało mnie o "ból uzębienia". Nic nie rozumiałam, a z każdą chwilą powiększała się liczba rzeczy z nalepką "niezrozumiałe, do przetrawienia i puszczenia w zapomnienie". Spojrzałam w oczy Luke'a. Może i z początku był w nich strach i wściekłość, ale później już tylko ból i rozczarowanie.
-Jasne. Rozumiem...- wysyczał przez zęby i zaczął się oddalać.
-Luke! Luke przepraszam!- zaczęłam zrobiłam krok w stronę chłopaka.
-Ja chciałem TYLKO ci pomóc!- wykrzyczał na sekundę odwracając się, ale podążając dalej przed siebie. Jedyne co mogłam zrobić, to patrzeć jak odchodzi. Po prostu odchodzi... Lexie zaskomlała cichutko poraz ostatni spoglądając na mojego psiaka i pobiegła za swoim panem.

Chciałam się zmienić i zapomnieć o przeszłości, ale nadal trwałam w przekonaniu, że zrażenie do siebie ludzi będzie dobrym rozwiązaniem. Chciałam samotności, tylko nie byłam świadoma konsekwencji swoich czynów.
Wszystko w co wierzyłam. Wszystkie moje marzenia i nadzieje wylały się ze mnie niczym łzy, które od kilku godzin nie przestawały płynąć po moich policzkach. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie co tak naprawdę się stało. Moi rodzice byli nieboszczykami, mój chłopak zdradził mnie z najlepszą przyjaciółką, zraniłam Luke'a, a w efekcie zostałam całkiem sama z pięcioletnim dzieckiem na głowie. Przez cały czas próbowałam pozbyć się Luke'a, ale tak naprawdę, w głębi duszy za wszelką cenę chciałam mieć go jako wsparcie u boku. Wokół mnie działy się jakieś... magiczne rzeczy, których nikt nie mógłby wytłumaczyć. Ten dowód osobisty, prawo jazdy, które za pierwszym razem oblałam przez irytującego egzaminatora. Teraz je miałam. Miałam również pieniądze, nawet kartę kredytową! Wszystko co byłoby w przyszłości mi potrzebne było w domu. Nie wiadomo skąd, nie wiadomo po co, ale tam było.
Leżałam na kanapie w salonie wylewając gorzkie łzy i starając się jakoś ogrzać. W domu nie paliło się ani w kominku, ani w piecu przez co było równie zimno, co na dworze. Powoli wstałam do pozycji siedzącej delikatnie ocierając łzy i zapatrzyłam się w kominek.
Gdybym tylko miała zapałki...
W moim jedynym możliwym źródle ciepła było drewno, ale nie miałam jak go rozpalić. Wstałam niezdarnie z łóżka i potknęłam się o własne nogi przez co wyciągnęłam ręce przed siebie w akcie desperacji. Nagle w kominku zapłonął ogień. Upadłam jak kłoda na podłogę i po prostu na niej leżałam. Sparaliżowana strachem.
-Kto tu jest?! Kto to zrobił?!- krzyknęłam w pustkę.
W tamtym momencie ktoś zadzwonił do drzwi. Powoli nadal przerażona wstałam, otrzepałam się i podreptałam z wielkim znakiem zapytania na twarzy ku drzwiom. Po drodze minęłam lustro, które pokazało odbicie nie mnie. Pokazał się tam wrak człowieka. Kogoś kto wiele razy targał się na swoje życie, ale nie mogąc ze sobą skończyć, chodził jak obłąkany po tym świecie i cierpiał z każdym kolejnym krokiem coraz bardziej. Miałam podpuchnięte zaczerwienione oczy, istną szopę na głowie i moim ciałem co jakiś czas targały dreszcze.
Otworzyłam zamek w drzwiach i lekko za nie pociągnęłam chcąc zobaczyć, kto złożył mi wizytę.
-Dzień... Łooo.- zszokowany, wąsaty mężczyzna nie dokończył gestu grzecznościowego jakim były słowa "dzień dobry" -Coś się stało?
-Dzień dobry.- dokończyłam za niego -W czymś mogę panu pomóc?- zapytałam ignorując jego pytanie.
-Mógłbym zapytać o to samo.- nie dawał za wygraną.
-Pytałam czy w czymś mogę panu pomóc.- ja również starałam się nie odpuszczać.
-Eeee...- człowiek odrobinę się zmieszał -Tak, właściwie to tak. Pani to?
-Danielle Black. O co chodzi?- nie bardzo rozumiałam całą sytuację.
-Jestem kurierem. Mam dla pani list i paczkę.- mężczyzna uśmiechnął się z dumą. Był chyba aż tak zadowolony z tego, że dostarczył przesyłkę... albo z tego, że jest kurierem.
-Aha. Oczywiście.- wąsaty podał należne mi rzeczy i wyciągnął podkładkę z wieloma kartkami -Gdzie mam podpisać?
-Tutaj... i tutaj.- powiedział wskazując na odpowiednie miejsca, a ja sumiennie wykonałam polecenie -Dziękuję i miłego dzionka życzę!- oznajmił powoli schodząc ze schodków, a ja tylko beznamiętnie zatrzasnęłam drzwi.
Co to jest?
Obejrzałam paczkę ze wszystkich stron, ale postanowiłam najpierw otworzyć list. Poszłam do kuchni i zaczęłam szukać nożyczek.
-Są! No nareszcie!- po kilku minutach w końcu je znalazłam.
Ze wszystkimi rzeczami postanowiłam udać się do swojego pokoju.
Gdzie to było?
Powędrowałam na piętro i zaczęłam poszukiwania. Pierwsze drzwi- sypialnia rodziców, drugie- pokój Ericka, trzecie- JEST!
Mój pokój! Chyba...
Otworzyłam drzwi i wypuściłam wszystko co uprzednio miałam w rękach prosto na podłogę.
-O Matko...- wyszeptałam.

 Czy to raj? Czy ja umarłam?
Coś wspaniałego. Zawsze marzyłam o takim pokoju. Nie za pstrokaty, nie za banalny. Po prostu ideał. Jeszcze jaki wielki! Jak trzy moje poprzednie sypialnie! 
Weszłam w głąb pomieszczenia i delikatnie usiadłam na łóżku, jakby w obawie, że zniszczę to, jak pięknie jest zaścielone. Wstałam i podeszłam do ogromnej przeszklonej szyby. Otworzyłam jedno skrzydło i wyszłam na taras. Od razu w oczy zawiał mi zimny wiatr, przez co znów poleciało z nich kilka łez. Przez ciało przeszedł mi zimny dreszcz, wiec szybko wycofałam się i zamknęłam drzwi.
Niewiele lepiej...
Wewnątrz domu nadal było zimno, przecież paliło się tylko w kominku. Od początku byłam bez butów, bo nie chciałam zabrudzić choć milimetra tego arcydzieła, jakim był mój dom, więc porządnie zmarzły mi stopy.
Od tarasu powędrowałam do... tak jakby drugiego pokoju. Był tam mój osobisty salon. Obok 'przejścia' do tego salonu, znajdowała się łazienka. Niedość, że była duża, to do tego elegancka.
Podeszłam do drzwi, gdzie nadal leżały upuszczone przeze mnie rzeczy, podniosłam je i ponownie usiadłam na łóżku. Ostrożnie rozcięłam kopertę i wyjęłam jej zawartość. Oprócz listu była tam również jakaś malutka kartka, która przez przypadek mi wyleciała i wylądowała gdzieś na podłodze.
-D.?-  usłyszałam zaspany głos, a po chwili zza drzwi wychyliła się malutka główka.
Erick...
-Tak skarbie?- z powrotem schowałam list do koperty, a położyłam paczkę pod łóżko. Tylko kartka nadal gdzieś leżała. 
-Wlescie. Sukaaałem cię.- mały ziewnął i powoli podszedł do mnie -Cio to za fajowy pokój tam tam, gdzie spałem?
-To twój pokój kochanie, a to nasz dom.- chciałam się uśmiechnąć, ale wyszedł mi z tego pewnie tylko grymas.
-Jeeeej. On jeśt taki fajny! Chodź ziobaczyś!- mój braciszek zeskoczył z łóżka i zaczął ciągnąć mnie za rękę w stronę swojego pokoju.
-Oczywiście. Tylko wolniej, bo mnie przewrócisz.
-Chodź! Chodź! Chodź!- jak tylko przekroczyliśmy próg pomieszczenia, mały zaczął latać po nim jak opętany. Radość jaką okazywał przy pokazywaniu na poszczególne meble i przedmioty, była nie do opisania.
____________________________________________________________________
Tadadadaaamm! Rozdział 9 jest! Mam nadzieję, że choć troszkę lepszy od tego poprzedniego.
Widzę moi drodzy, że się postaraliście i są nie tylko dwa, ale aż cztery komentarze! Wow! Kochani jesteście. Również pojawiły się głosy w ankiecie. BARDZO WAM DZIĘKUJE! Tak ma być zawsze.
Niestety nikt chyba nie przeczytał notki pod rozdziałem :/ Nadal nie wiem, co mam zrobić. Muszę sama podjąć decyzję, a jest ona następująca: rozdziały będę dodawać co 1,5/2 tygodnie (jeżeli go napiszę to troszkę wcześniej). Myślę, że taki układ powinien was zadowolić ^^
Troszkę zmieniłam wygląd bloga. Piszcie czy wam to odpowiada :)
Do następnego! :) Liczę na wasze opinie, w postaci komentarzy.
CZYTASZ=KOMENTUJESZ...



LoLa

4 komentarze: