sobota, 12 kwietnia 2014

Nowy blog

Ten blog jest ZAWIESZONY, ale nie usunięty. Może kiedyś do niego wrócę :)
Kto może niech wpada tutaj ------>

czwartek, 13 marca 2014

Wiadomość

Przychodzę to was z nową wiadomością. Po kilkudniowych przemyśleniach, doszłam do wniosku, że brakuje mi pisania i mam pomysł. Wiem już, że ten blog miał być caaałkiem inny, lecz moje pomysły ciągle zmieniały się podczas pisania i wyszło z tego niestety coś całkiem innego, niż miało wyjść. Nie jestem w ogóle zadowolona. Nie czerpię z niego żadnej radości. Mam taki plan, żeby na razie tego blogaska zostawić w spokoju i go usunąć. Za to ja zaczęłabym pisać coś bardziej... lekkiego. Coś, przy czym nie musiałabym co chwila rozmyślać, że mogłam dodać to i tamto w tym i tamtym rozdziale, tylko żeby to faktycznie się tam znalazło. Mam naprawdę chęć zacząć prowadzić nowego bloga i zacząć wszystko od początku.
Pytanie tylko- kto by czytał nowe opowiadanie? Założę ankietę i proszę, zagłosujcie. Jeżeli nie będzie chętnych, kończę z blogowaniem... Macie dwa/trzy tygodnie.




LoLa

wtorek, 11 marca 2014

ZAWIESZAM!

Przychodzę do was z wiadomością. Uwaga, uwaga. Zawieszam bloga na czas nieokreślony. Dlaczego? Nie mam czasu nic pisać. Chcę więcej czasu poświęcić nauce, którą zaniedbałam. Mam kiepskie oceny, a nie chcę żeby było jeszcze gorzej. Muszę wszystko ogarnąć. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie i mnie nie zostawicie, pod moją nieobecność. Wyczekujcie mojego powrotu, bo mam zamiar powrócić ze zdwojoną siłą. Pytanie tylko: czy się uda? Miejmy nadzieję, że tak. Do zobaczenia kochani :)



LoLa

piątek, 28 lutego 2014

Rozdział 10

Usiadłam po turecku na swoim nowym łóżku i rozejrzałam się. Wszystko było... nierealne? Takie, nienormalne. Naprawdę zachowywałam się jak dziecko we mgle i nie miałam najmniejszego pojęcia co robię. Postanowiłam nie zadawać więcej pytań i tyle. Przestać się zastanawiać, przestać kalkulować. Wszystko się dzieje jak chce i po co chce. Ja nie zawsze mam na to wpływu. Czas najwyższy się pogodzić, że nigdy więcej nie zobaczę moich rodziców, nigdy więcej nie usłyszę jak mnie bezpodstawnie za coś ochrzaniają, co może i jest plusem tego wszystkiego, ale co z tego, sporo ja nie mam pojęcia jak żyć? Oni tylko narzekali, że robię coś źle, ale nigdy nie pokazali mi jak zrobić to dobrze. Nie nauczyli mnie życia, sama musiałam się go nauczyć. Kiedy popełniałam jakiś błąd to owszem, nie popełniłam go ponownie, ale nikt nie pokazał mi jak żyć poprawnie. Tak właściwie to nikt nigdy nie powiedział mi, że zrobiłam coś dobrze, zawsze słyszałam tylko słowa obelgi, kiedy robiłam coś źle. Sama musiałam oceniać i panować nad tym co robię. Pewnie nie zawsze mi to wychodziło, ale starałam się. Sprawiało mi to radość. Taka świadomość, że robię co w mojej mocy by być jak najlepsza.
Jednak najwidoczniej nic wtedy dobrze nie zrobiłam, że jestem sama...
Chciałam zostawić wszystko za sobą i zacząć żyć przyszłością. Przestać przejmować się ludźmi, którzy mnie zranili, przestać myśleć o moich nieżyjących rodzicach. Chciałam zacząć normalnie funkcjonować i nie miałam innego wyjścia jak wziąć los w swoje ręce i zapanować nad nim. Zacząć się uśmiechać i żyć pełnią życia. W końcu mamy je tylko jedno i trzeba je jak najlepiej wykorzystać, a nie tracić czas na użalanie się nad sobą.
Wstań i zacznij walczyć. Zacznij sobie ufać, zacznij wierzyć w swoje możliwości i przestań mówić, że nie dasz rady! 
-Dasz radę. 
-A jak nie?
-Dam.
-A jak nie?
-Dam.
-A jak upadnę?
-To się podniosę.
-A jak się nie podniosę?
-To sobie poleżę...
Nie chciałam być tą egoistką, którą bycie obrałam za cel jakiś czas wcześniej. Naprawdę nie chciałam. To była najwyższy czas zapomnieć o tym co było i rozpocząć pisanie nowej książki- na moich regułach. Nie nowego rozdziału, to za mało, ja chciałam napisać nową książkę, której główną bohaterką, szczęśliwą, tętniącą życiem i emanującą szczęściem będę ja.


~***~
Biegłam wczesnym wieczorem  ulicami Los Angeles. Po mojej twarzy spływały strugi deszczu, który 
zastał mnie kiedy wracałam od przyjaciółki. Rozejrzałam się. Wokół mnie świat wręcz zwariował. Wszyscy biegali i trwożyli się, złośliwie mrucząc do siebie pod nosem, że przemokną, że gdzieś nie zdążą. Nikogo ten deszcz nie cieszył. Kiedy jest słońce, również każdy narzeka, że jest za gorąco i dostaną bólu głowy, że będzie susza. Nic im nie odpowiada. Każdego coś nie zadowala. Osobiście deszcz był mi obojętny. Mógł padać i nie padać. W obu sytuacjach, było w porządku.
Z ludźmi było tak w każdej sytuacji. Tak źle i tak niedobrze. 
Jeszcze wszystko oceniają po okładce. Ze świecą szukać kogoś kogo interesuje czyjeś wnętrze, a nie wygląd zewnętrzny. Przecież liczy się charakter, a pozory mylą.
"Gruba- nie dba o siebie
 Chuda- na prochach
 Homo- chora
 Bi- zagubiona
 Żywa- przeszkadza
 Martwa- była taka dobra" 
Kiedy tak rozmyślałam, zorientowałam się, że dotarłam już pod mój dom. Powoli złapałam za klamkę i popchnęłam drzwi do wewnątrz.
-Co ty sobie wyobrażasz w ogóle?!
-Nie krzycz na mnie! Nic nie zrobiłam!
-Masz czelność jeszcze kłamać?! Przecież dobrze wiem, że to ty!
Usłyszałam strzępki kłótni. Znowu się kłócą. Zawsze kiedy tylko coś jest nie tak, oni się kłócą. Tylko u nas to nie jest zwykła kłótnia małżeńska. Oni nie stopują się. Co by się nie działo, oni wypominają sobie wszystko. Dosłownie. Zaklinają, na czym świat stoi. Począwszy od pierwszego dnia ich znajomości, skończywszy na dniu obecnym. Wyzwiska... rękoczyny...
-Jak ja bym... zresztą nieważne, takiej suce jak ty, to nikt nie przegada!
-Jak mnie nazwałeś?
-Tak jak kurwa słyszałaś!
Powoli weszłam w głąb domu i starając zachowywać się jak najciszej, przemieszczałam się w stronę mojego pokoju.
-A ty co? Nie potrafisz wrócić o normalnej godzinie?!- tym razem ojciec zwrócił się do mnie. Odwróciłam się zdejmując stopę ze stopnia, na którym uprzednio ją postawiłam.
-Jest lato. O 19 jest jasno, a do tego to wcale nie jest późno.- poirytowana starałam się jak najszybciej skończyć rozmowę i wykorzystać wszystkie porządne argumenty, aby wreszcie trafić do swojego pokoju, a następnie do łazienki. Marzę tylko o gorącej kąpieli... mimo że przed chwilą zostałam zlana wodą, a do tego jest lato. Prze okropnie zmarzłam.
-Co z tego, że jest wcześnie?! Wyszłaś z samego rana! Powinnaś być kurwa w domu o 15 i koniec!- kontynuował, a moja matka tylko stała obok i w ciszy przyglądała się sytuacji.
-Ta jasne. Coś jeszcze? Chcę iść do siebie.- wywróciłam oczami i delikatnie potarłam rękami swoje ramiona.
-Jak ty się do mnie odzywasz?! Kim ty jesteś?! Gówniarz z ciebie i tyle!- matka naprawdę go zdenerwowała, a ja tylko pogarszam sytuację.
-Nie wyzywaj mnie!- syknęłam przez zaciśnięte zęby i ponownie stojąc tyłem do schodów postawiłam jedną stopę na stopniu w celu ewentualnej jak najszybszej ucieczki.
-C-coś ty powiedziała? Może szacunku trochę?!- mój ojciec groźnie na mnie spojrzał i zrobił krok w moją stronę, a ja automatycznie postawiłam drugą stopę na schodku.
-To co słyszałeś. Nie pozwalaj sobie.
-Czy ciebie to...? Ty taki skurwysynek, nic nie robisz, nie pomagasz, a dostajesz ode mnie wszystko, śmiesz jeszcze tak mi się odwdzięczać?!- ryknął znów się do mnie zbliżając, ale ja tym razem sparaliżowa strachem stałam w miejscu spoglądając na mamę w poszukiwaniu pomocy, ale jej nie było tam gdzie stała wcześniej. Ona po prostu poszła do salonu i włączyła telewizję. Ze łzami w oczach rzuciłam gniewne spojrzenie mojemu ojcu. Czas to skończyć. Nie będzie mnie poniżał. Nabrałam odwagi i postanowiłam wreszcie powiedzieć co o nim myślę.
-Dostaje wszystko?! Dostaje wszystko?! O co bym cię nie poprosiła, zawsze mówisz "nie"! Zawsze musiałam robić wszystko żeby uzbierać pieniądze i kupić sobie choćby buty, których już nie miałam! Nigdy nie dostałam od ciebie czegoś na urodziny! Nigdy nie dostałam od ciebie żadnej pochwały! NIGDY!- naprawdę podobało mi się to, że wreszcie wyrzuciłam z siebie to czego nie miałam odwagi powiedzieć nawet wczoraj. Chcę wreszcie normalnie żyć. Może coś do niego dotrze. -Czasami padałam na twarz, a ty potrafiłeś mi powiedzieć, że nic nie robię! Na twoich oczach sprzątałam, a ty pytałeś się mnie czy coś robiłam! Rujnujesz mnie! Do kurwy nędzy, moja psychika już nie wytrzymuje! Nienawidzę cię! Daj mi już spokój!- wreszcie mu się postawiłam! Tak! Jestem z siebie dumna!
Wtedy nastąpił wybuch. Mój rodziciel pokonał dzielący nas dystans kilku metrów, ściągnął mnie ze stopnia, tak żeby mógł nade mną gotować i wymierzył mi siarczysty policzek. Złapałam się za pulsujące bólem miejsce i spojrzałam na niego z rozczarowaniem. Kiedy nasze spojrzenia się skrzyżowały, on otwartą dłonią zadał mi kolejny cios- w plecy, doprawiajac całość, pięścią uderzył w to samo miejsce co sekundę wcześniej. Zgięłam się w pół i upadłam uderzając głową o schodek, na którym wcześniej stałam.
Wtedy do pomieszczenia gdzie byliśmy przyszedł Erick.
-Co się dzieje?- zapytał przecierając oczy. Zapewne spał, ale nasze krzyki go obudziły. 
-Nic! Wyjdź stąd bachorze!
-Nie krzycz na niego...- wyszeptałam powoli próbując podnieść się z podłogi, ale wszystko mi się rozmazywało.
-Jeszcze ci mało gówniaro?- zapewne już chciał wymierzyć mi kolejny cios, lecz ja w geście obronnym wyciągnęłam przed siebie rękę z otwartą dłonią. Wtedy stało się coś niezwykłego. Jego dłoń zatrzymała się "w locie". Kiedy próbował dalej mnie uderzyć, ja ciągle trzymałam dłoń wyciągniętą przed siebie, dzięki czemu nic mi nie zrobił. Jakby jakaś siła go zatrzymywała. Delikatnie podniosłam się i zaczęłam chwiejnym krokiem powoli wchodzić po schodach. Mój braciszek swoimi malutkimi rączkami próbował mnie podtrzymywać. Wreszcie dotarłam do swojego pokoju i szybko zatrzasnęłam drzwi, zamykając je na klucz. Ufff... już jest w porządku. Tuż po tym jak to pomyślałam, gwałtownie upadłam. Ostatnie co czułam to pulsujący ból czaszki. Dotarł do mnie jeszcze krzyk Ericka i  po prostu spowiła mnie ciemność... Zemdlałam.

-Aaaaaaa!- gwałtownie zerwałam się z łóżka krzycząc w niebogłosy. Byłam cała zlana potem i drżałam ciężko oddychając. -To sen. To był tylko sen...
Tylko, że to było naprawdę...
Tak owszem, tamta sytuacja miała miejsce. Nie wiem dlaczego mi się to śniło. To chyba przez to, że tyle myślałam o tym co było kiedyś, tuż przed zaśnięciem. Powoli opanowałam oddech i starłam kropelki potu z czoła. Po moim pokoju jak oszalały biegał Champion. Jakby wyczuł, że coś jest nie tak. Tamtego pamiętnego dnia pierwszy raz pokazały się moje... moce. Lub coś coś co po prostu było naprawdę dziwne. Więcej się coś takiego nie powtórzyło, więc nie przywiązywałam do tego wagi.
Wstałam i ostrożnie podeszłam do szafy. Jakby z przyzwyczajenia, przecież nie mogło być tam moich ubrań. Jednak kiedy ją otworzyłam leżały tam.
-Co jest?- zmarszczyłam czoło.
Wczoraj znalazłam kartkę z adresem domu jakiegoś Dona, do którego miałam iść po nasze rzeczy.
Były tam też ubrania, których posiadaczką na pewno nie byłam ja. Otrząsnęłam się i nie drążyłam dłużej tematu. Działo się tyle rzeczy, których nie umiałam wytłumaczyć, nie miało sensu dalsze "zadawanie pytań". Wybrałam jakiś wygodny zestaw ubrań i powędrowałam do łazienki. Zimny prysznic od razu orzeźwił moje ciało. Zrelaksowałam się choć na chwilę. Przez te wydarzenia, które miały ostatnio miejsce byłam naprawdę spięta. Zrobiło mi się odrobinkę zimno od wody która stała się lodowata, więc postanowiłam się rozgrzać puszczając cieplejszą. Moje drżące ciało zostało zlane ciepłą cieczą. Zamknęłam oczy i oczyściłam głowę z wszelkich myśli. Nie myślałam o niczym. Kompletnie. Spłukałam swoje ciało z delikatnej piany, którą wytworzył ślicznie pachnący żel pod prysznic, znajdujący się w łazience, osuszyłam je i przebrałam się. Kolejna rzecz do listy dziwnych- w półeczce z kosmetykami, znajdował się mój ulubiony tusz, podkład i puder. Pytanie: skąd one się tam wzięły? Odpowiedź: brak. Nie miałam najmniejszej ochoty się malować, przecież nigdzie się nie wybierałam, tym bardziej, że nie miałam dla kogo się stroić.
Poszłam do pokoju Ericka sprawdzić co robi. Oczywiście krok w krok chodził za mną Champion. Uchyliłam ostrożnie drzwi jego pokoju i po cichutku weszłam. Mały jeszcze spał.
A która to jest godzina?
Spojrzałam na zegar z samochodzikami wiszący na ścianie pomieszczenia. Wskazywał 11.07.
Ehh późno dość.
Nachyliłam się nad chłopcem i przyjrzałam się jego twarzy. Uśmiechał się przez sen. Tak słodko to wyglądało. Niestety, niech żyje niezdarność, z moich mokrych włosów zaczęła kapać woda. Przez to mój braciszek niespokojnie się poruszył. Następnie otworzył oczy, kilkukrotnie zamrugał i szeroko się uśmiechnął.
-Ceść D.
-Przepraszam. Nie chciałam cię obudzić, kochanie.- było mi troszkę głupio.
-Nic się nie dzieje Dani. Kiedyś musiałem wstać.- tylko się uśmiechnęłam. Dość sztucznie, ale miałam nadzieje, że dobrze wypadłam. -Zgłodniałem. Cio na śniadanie?
-Ahh... zapewne muszę iść na zakupy. Lodówka jest pusta. Tylko powiedz mi teraz, gdzie tu jest jakiś sklep, co?- mój żołądek także dał we znaki, że również potrzebuje jedzenia. Dość śmiesznie to zabrzmiało. Mały wybuchnął niepohamowanym śmiechem.
No, właśnie o to mi chodziło. Śmieszek kochany.
-Ejejej, czy ty się ze mnie śmiejesz?
-Tak.- odpowiedział dość niewyraźnie przez śmiech.
-Ooo, nieładnie tak.- zaczęłam go łaskotać po brzuszku, przez co zaczął śmiać się jeszcze bardziej.
-Psestań! D.! Psestaaaań!
-Nooo dobrze, ale nie śmiej się ze mnie!- wywinęłam dolną wargę na zewnątrz udając (lub nie) smutek.
-Dobze, dobze! Ale psestań!- Erick był już na skraju wytrzymałości, więc spełniłam jego prośbę a wręcz błaganie i ustąpiłam -Więc... ja idę się przebrać, znowu. Na razie się pobaw, a ja zaraz wracam i idzie...- przerwałam słysząc dźwięk dzwonka. Odruchowo obejrzałam się za siebie i ponownie zwróciłam głowę ku Erickowi robiąc przy tym zdziwioną minę i wzruszyłam ramionami.
Czego ktoś może ode mnie chcieć?
Wstałam z łóżka wyciągając rękę do mojego braciszka i kiwnęłam na niego zachęcająco głową. Powoli wyczołgał się z warstw pościeli i mnie za nią złapał. Zeszliśmy po schodach i zostawiłam Ericka na kanapie w salonie, a sama udałam się w stronę drzwi.
Normalnie scena niczym z horroru. Żałosne...
Ogarnęłam swój umysł, który bardzo, a nawet bardzo fiksował i delikatnie przekręciłam zamek uchylając drzwi. Jedyne co zobaczyłam, to czyjeś nogi i ręce, które trzymały trzy, albo nawet cztery torby papierowe.
-Cześć... -usłyszałam niepewny głos, a po chwili zza jednej z torebek wyłoniła się głowa.
Luke...
-Co ty tutaj robisz?- wyszeptałam. Starałam się jak mogłam, aby mój głos nie zabrzmiał, jakbym się bała.
-Ja... my musimy porozmawiać.
 -Zgadzam się...- nie wytrzymałam i delikatnie załamał mi się głos.
-Mogę wejść?- zapytał trochę zagubiony. No bo ja idiotka nie pomyślałam, że pogadać przydałoby się w środku, a nie w progu.
Nic nie odpowiedziałam tylko odsunęłam się od drzwi. Chłopak dość chwiejnym krokiem wszedł do domu i od razu skierował się ku kuchni.
Tak... przecież już tu był.
-Luke? Po co ci tyle tych torebek?- naprawdę nie wiedziałam.
Robił poranne zakupy i postanowił przyjść do mnie? A może zapomniał gdzie mieszka?
-Nie, nie zapomniałem gdzie mieszkam. To zakupy dla ciebie, dla was.- spojrzał mi przez ramię na Ericka oglądającego telewizję.
Przecież on czyta ci w myślach idiotko!
Przybiłam piątkę ze swoim czołem, a chłopak tylko delikatnie się uśmiechnął.
-Jak to? Dla nas?- nie mogło dojść do mnie, po tym jak wcześniejszego dnia go zraniłam, on nadal się o mnie troszczył. Nadal pamiętał. To było... naprawdę wspaniałe. Niestety jego zachowanie tylko spotęgowało moje wyrzuty sumienia. Naprawdę głupio się zachowałam.
-Pomyślałem, że dzisiaj rano pewnie będziecie głodni, a lodówka jest pusta. Tak jakoś wyszło.- odstawił zakupy i z zakłopotaniem podrapał się po głowie.
Matko, jakie to seksowne!
Chłopak zaśmiał się, a ja poczułam jak moje policzki oblewa rumieniec. Spuściłam wzrok i jak najbardziej się da, zakryłam twarz włosami. Niestety nie mogło to za dużo dać, ponieważ nadal były mokre i jedyne co zrobiły to oblepiły ją.
-Przepraszam...
-Nie, nie. Właściwie to to miłe.- Luke rzucił mi pocieszające spojrzenie.
-Dobra, nieważne już. Mieliśmy porozmawiać. Może ja zacznę, co?- musiałam go przeprosić, wytłumaczyć całą sytuację i już na spokojnie powiedzieć co czuję. Zero stresu. Zero wybuchów. Grunt to opanowanie.
-Em... w sumie to może będzie lepiej jak ty zaczniesz.- wyraźnie było widać, że był podenerwowany.
-Przede wszystkim chciałam cię przeprosić...- nigdy nie umiałam mówić otwarcie o moich uczuciach, więc musiałam się czymś zając; w trakcie mówienia zaczęłam rozpakowywać zakupy -Strasznie mi głupio za to co wczoraj powiedziałam. Tak naprawdę tak nie myślę. Po prostu to wszystko jest dla mnie nowe i gubię się. Boję się, że sobie nie poradzę, a ode mnie teraz zależy przyszłość Ericka, to on się teraz liczy.- delikatnie ściszyłam głos i odstawiłam do byle której szafki słoiczek Nutelli.
-Wiem. Wkurzyłem się, bo ja chcę dla ciebie ja najlepiej, chcę ci pomóc, a ty tą pomoc odrzucasz, ale dopiero później zrozumiałem jakie to dla ciebie trudne.
-Tak, ale nie powinnam tak wybuchać. Przepraszam...- zrezygnowałam z rozpakowywania produktów, bo wcale mnie to nie uspokajało, a tylko zaczęłam odnosić wrażenie, że Luke patrzy się na mnie, jak na największą idiotkę.
-Nic się nie dzieje. Po prostu zapomnijmy o tym, dobrze?- o Matko jaką czułam ulgę. Nie myślałam, że on mnie zrozumie. Na szczęście myliłam się.
-Tak. Jasne. Oczywiście.- odrobinę plątał mi się język -Dziękuję.- podeszłam do chłopaka i go przytuliłam. Dopiero po fakcie dotarło do mnie, co tak naprawdę zrobiłam. Jednak najdziwniejsze było to, że kiedy już chciałam się odsuwać i ponownie przepraszać, za moje szczeniackie zachowanie, Luke odwzajemnił uścisk. Troszkę mnie to zmieszało, ale nie protestowałam.
-Teraz może ja powiem to wszystko co usiłujesz zrozumieć od dłuższego czasu. Nie wiem czy coś ci to rozjaśni, ale musisz to wiedzieć. - odsunęliśmy się od siebie. -Szykuj się na długą rozmowę.
-W takim wypadku, niestety to musi poczekać. Mam priorytety.- wskazałam głową na mojego braciszka, który oglądał Spongebob'a.
-No tak. Pewnie jest głodny. Jeszcze nie wiadomo czym go tam karmili w tym sierocińcu. Może razem upichcimy coś dobrego?- zaproponował.
W sumie dobry pomysł.
-Jak dla mnie w porządku. Kucharz ze mnie nie za specjalny. Jedyne co umiem zrobić, to... naleśniki i spagetti. Kiedyś nawet spaliłam rondelek z ziemniakami.- uśmiechnęłam się szczerze, słysząc śmiech Luke'a.
-Uśmiechnęłaś się! Chyba jeszcze nigdy nie widziałem jak się uśmiechasz!- radośnie oznajmił.
-Tak, tak. Napiszmy o tym w gazecie. Teraz chodź. On wreszcie musi coś zjeść. Zresztą ja też.- poirytowana spojrzałam na swój brzuch, ciągnąc za rękę chłopaka w stronę Ericka.


 *
Byłam naprawdę pod wrażeniem zdolności kulinarnych jakich przedstawicielem był Luke. Niestety jedyne co mi pozostało do tylko mu pozazdrościć. Ja nie umiałam praktycznie nic. Nawet nie byłam w stanie czegokolwiek się nauczyć.
Zrobiliśmy na śniadanio-obiad purée ziemniaczane z pulpecikami, do tego jakiś sos i mizeria z ogórków. Brzmi banalnie, ale jak świetnie smakuje! Luke miał jakiś inny przepis niż moja mama czy coś. Naprawdę niebiańskie.
-Niebo w gębie. Świetnie gotujesz!- powiedziałam po czym nabiłam kolejnego ogórka. Byłam naprawdę głodna, więc wcinałam jak opętana.
-Dziękuję, ale to nic takiego. Kiedyś muszę zrobić ci moje popisowe danie.-odparł.
-Z pewnością. Muszę spróbować. Naprawdę bosko gotujesz.- ponownie go pochwaliłam -A tobie smakuje, Erick?
-Taak. Pysne! Mama tak nie gotuje.-przyznał.
O oł...
-D.? Gdzie mama?- zapytał. Po prostu wiedziałam. Wiedziałam że wreszcie będzie chciał wiedzieć, dlaczego rano nie przywitała go mama? Dlaczego rano tata nie wyszedł do pracy? Dlaczego był w domu dziecka? Tylko że chciałam przygotować odpowiedzi na te wszystkie pytania. Wtedy, byłam bezradna.
-Kochanie... mama... tata... oni...- płątałam się i nie miałam najmniejszego pojęcia co mam mu powiedzieć.
Wyznać prawdę czy skłamać?
-Erick, ja powiem ci gdzie są rodzice, dobrze?- zaproponował Luke odsuwając delikatnie swój talerz i powoli wstając.
Co ty robisz?!
Wiedziałam, że Luke to usłyszy.
-Zaufaj mi, proszę.- chłopak nachylił się do mojego ucha i cichutko wyszeptał.
Rzuciłam mu przerażone spojrzenie i pozostało mi tylko patrzenie jak wychodzi z kuchni trzymając za rękę Ericka i razem udają się w stronę salonu.
-Co on kurde kombinuje?- powiedziałam sama do siebie.
Kiedy po jakieś minucie, która dłużyła mi się w nieskończoność, nie wracali, palce już bolały mnie od nerwowego stukania w blat stołu. Postanowiłam wkroczyć do akcji. Cichutko podreptałam stronę salonu.
-Widzisz, twoja mama i tata są tam wysoko w niebie.- wskazał palcem przez okno na niebieskie niebo -Wiesz, kiedyś przychodzi taki dzień, kiedy taki jeden gość, którego nazywamy Bogiem, postanawia, że jacyś ludzie są mu potrzebni i zabiera ich z tego świata i przenosi do swojego. Oni sobie tam są ze wszystkimi, których ten gość zapragnął do siebie zabrać i są szczęśliwi. Nie muszą się o nic martwić i jest im dobrze.
-To znacy, ze jus ich nie zobace?- zapytał Erick.
Widocznie Luke lekko się zakłopotał.
-Emm... Kiedyś ich zobaczysz, ale na razie nie będziecie się widywać. Oni teraz patrzą na ciebie z góry i się uśmiechają. Będą nad tobą czuwać, zawsze i wszędzie i będą ci pomagać.- wyjaśnił odzyskując pewność.
-A mnie kiedyś tes ten gość zabieze do siebie?-z jaką fascynacją mały patrzył na Luke'a. Był naprawdę zaciekawiony tym co mówił ten starszy. 
-Tak. Kiedyś przyjdzie i na ciebie czas. Ale na to jeszcze przyjdzie pora. Teraz musisz pożyć tutaj, na Ziemi.- delikatnie się zaśmiał.
Jesteś wspaniały.
Luke odwrócił się od okna i spojrzał na mnie. Jednak to całe czytanie w myślach na coś się przydało. Zaczęłam używać tego, jak czegoś najnormalniejszego w świecie i było mi z tym dobrze. Szłam w naprawdę dobrą stronę.
Podeszłam do chłopaka i najzwyczajniej w świecie go przytuliłam. Potrzebowałam tego. Potrzebowałam czyjejś bliskości, czyjegoś ciepła. On dawał mi poczucie bezpieczeństwa. W tamtej chwili nie liczyło się to, że miałam do nikogo się nie zbliżać, miałam zostać sama. Chciałam zmienić moje życie i właśnie to robiłam. Wszystko na nowo i od samego początku.
-Dziękuję. Dziękuję, że jesteś.- wyszeptałam do jego ucha, nadal wtulona w jego rozgrzany tors.
-I zawsze będę, czy będziesz tego chciała, czy nie. 

___________________________________________________________________
Hej misie! Wiem, że rozdział jest naprawdę późno, ale jak już wiecie- miałam sporo przeróżnych problemów.
Mam nadzieję, że ten rozdział coś wam przybliżył, ale jednak nic specjalnego się w nim nie dzieje. Za to przygotujcie się na następny, bo będzie się działo, oj będzie. Tamten myślę, że dodam już wcześniej i muszę się do niego porządnie przyłożyć.
Proszę również o podpisywanie się jakkolwiek osób, które anonimowo komentują, byłabym wdzięczna :)
BARDZO SERDECZNIE DZIĘKUJĘ ZA WSZYSTKIE KOMENTARZE I GŁOSY, TO OGROMNA MOTYWACJA DO DALSZEJ PRACY! :)
I wracam znów z warunkiem- 3 komentarze mają być moi drodzy :)



LoLa

wtorek, 18 lutego 2014

Przepraszam...

Kochani mam problemy z internetem i nie mam pojęcia co ile pojawiały się będą rozdziały. Będę je musiała pisać na telefonie i dodawać wtedy, kiedy znajdę jakąś otwartą sieć Wi-Fi czy coś. Niestety wtedy bez linków i zdjęć (chyba że jakoś to wykombinuje). Okaże się co i jak.
W ankiecie pojawiły się dwa negatywne głosy, ale pozytywnych są trzy. Jeszcze dwa negatywne i blog zostanie zawieszony.
Przykro mi...

Serdecznie polecam wam bloga mojej stałej czytelniczki i obserwatorki --->
Julliet Sharp - >klik<




LoLa

czwartek, 13 lutego 2014

Rozdział 9

-Danielle, znasz adres?- zapytał Luke kiedy powoli dreptaliśmy ulicami Londynu. Zamyślona nie odpowiedziałam -Danielle?
-Co?- otrząsnęłam się z transu.
-Pytałem czy znasz adres.
-Tak... Rodzice tuż przed wyjazdem coś gadali o tym, ale nic nie mogę sobie przypomnieć... Jak to było?- zapytałam sama siebie -Wolley... Will... Woll Street! Osiem? Tak! Woll Street 8!- klasnęłam w dłonie, ale po chwili bardziej naciągnęłam rękawy mojej kurtki. Było przeraźliwie zimno.
-Dobra, więc idziemy na Woll Street 8. Tędy.- chłopak puścił mi oczko wskazując ręką na lewo.
Co z Erickiem? Otóż to. Mięliśmy naprawdę wiele komplikacji, ale wreszcie udało się przekonać kobietę z Domu Dziecka, że jest on moim bratem i chcę go po prostu zabrać do domu. W efekcie prowadziłam go za rękę szukając mojego przyszłego domu. Na mojej głowie jedynym zmartwieniem pozostało to, że nie miałam kompletnie pieniędzy, nie wiedziałam gdzie mieszkam i od dłuższego czasu łaził ze mną jakiś totalnie obcy mi facet, a ja nawet nie wiedziałam dlaczego. Właściwie to nie był już taki obcy. Spędziłam z nim kilka dni w szpitalu. Nic się nie stało. Wydawał się być naprawdę w porządku. Wszystko było takie... nierealne. Nadal nie dochodziło do mnie to co się działo. Starałam się przyjmować do wiadomości wszystkie wydarzenia i jakoś racjonalnie je sobie tłumaczyć, ale powoli traciłam cierpliwość, ponieważ tak naprawdę nic z tego nie rozumiałam. Czułam się jak dziecko we mgle. Wszystko robiłam machinalnie i bez większej świadomości tego co robię.
-Too... chyba tutaj.- Luke podniósł głowę i spojrzał na ogromny dom.
Wooow...
Poprawka- na wille. To nie był dom, TO MARZENIE!

-Co? To niemożliwe. Coś musiałam pomylić...- zmarszczyłam czoło. Niemożliwe było żeby moich rodziców było stać na coś takiego. Stałam jak słup soli i patrzyłam na coś, co prawdopodobnie było moim przyszłym miejscem zamieszkania.
-Zaraz, zaraz. Spójrz.- Luke podszedł do bramy ogromnego domu. Przy furtce zamieszczona była skrzynka na listy. Widniał przy niej napis- "Caroline and Conor Black". Była tam również jakaś karteczka. Delikatnie wyciągnęłam ją paznokciami ze skrzynki i odczytałam.

Wasze rzeczy są u mnie w domu. Odbierzcie je przy najbliższej okazji. Holley Street 54
                                                                                                        Don.

To niemożliwe. To naprawdę mój dom...
-To twoi rodzice?- niepewnie zapytał chłopak.
-T-tak.- odpowiedziałam nadal podziwiając dom i zgniatając w dłoni karteczkę, którą po chwili schowałam do kieszeni spodni. Byłam tak oczarowana, że nawet, gdy Luke wspomniał o moich nieżyjących rodzicach nie ruszyło mnie to... tylko czy na pewno dlatego? Może ja wcale nie byłam załamana ich śmiercią...- Zaaaraz. Jak niby mam dostać się do środka? Przecież nie mam klucza.
Zrezygnowana weszłam na podwórko i zlustrowałam ostrożnie cały zapewne idealnie przycięty trawnik, który obecnie przykryty był warstwą śniegu.
-Erick, kochanie chodź.- wyciągnęłam rękę do chłopca, a on po chwili mnie za nią złapał. Podeszłam do drzwi i zauważyłam, że na ganku stoi piękny, rzeźbiony słonik, prawdopodobnie z marmuru. Zignorowałam go tuż po tym jak go obejrzałam. Nacisnęłam dużą mosiężną klamkę.
Zamknięte... No a czego się spodziewałaś idiotko?
Już chciałam odwrócić się i iść zobaczyć co znajduje się po drugiej stronie podwórza, ale coś mi na to nie pozwoliło. Słonik, któremu się wcześniej przyglądałam zaczął delikatnie odsuwać się w tył. Odskoczyłam jak oparzona od drzwi, ciągnąć za sobą Erica. Pod figurką był...
Klucz?
-Danielle? Co się dzieje?- zapytał ze spokojem w głosie Luke, który pomimo zaistniałego zdarzenia nie cofnął się nawet o krok.
-Skąd ja mam to wiedzieć?- puściłam rękę mojego braciszka i wysłałam go do Luke'a, który stał kilka metrów od drzwi, a sama podeszłam do klucza -To się odsunęło, a to było pod spodem.- wymachiwałam rękami jak psychopatka.
-Weź do. Co ci szkodzi?- zaproponował Luke.
W sumie... Co się może stać?
Szybkim i zdecydowanym ruchem wzięłam przedmiot i wycofałam się.
Nic...
Obejrzałam się za siebie, a Luke kiwnął głową wskazując drzwi. Przytaknęłam i włożyłam klucz do dziurki. Zamknęłam oczy, wzięłam głęboki oddech i przekręciłam przedmiot w zamku.
Nadal nic.
Pchnęłam drzwi i ujrzałam wnętrze domu.
-O. Mój. Boże.- powiedziałam dość głośno i otworzyłam usta ze zdziwienia -Chodźcie!- zawołałam nadal stojąc plecami do moich towarzyszy i machnęłam na nich ręką. Po chwili oboje stanęli obok mnie. Luke trzymał małego na rękach.
-Jak bardzo jesteś dziana?- zapytał chłopak marszcząc czoło i wchodząc w głąb domu.
-Wcześniej: w ogóle. Teraz: tym bardziej w ogóle.- odpowiedziałam nadal przyglądając się jak zaczarowana.

*
Po obejrzeniu całego wnętrza domu chodziłam jak w transie. Nie dochodziło do mnie, że coś takiego może być moje, a tym bardziej ile to wszystko mogło kosztować.
Wchodząc, po prawej stronie był dosłownie kawałek ściany, który miał około dwóch, może trzech metrów długości, a po lewej była normalna ściana, na której wisiało spore lustro, kilka haczyków i stała półeczka, być może na buty. Wychodząc z przedsionka zaraz po prawej zaczynał się ogromny salon. Na środku stała odwrócona tyłem sofa i szklany stoliczek. W ścianę wbudowany był kominek, a na nim było miejsce gdzie można było postawić zdjęcia. Sporo nad kominkiem wisiał plazmowy telewizor. Widok z okazałej wielkości okna wychodził na ulicę. Tuż przed nim, przy ścianie stała duża biblioteczka z książkami. Wszystko się dopełniało i tworzyło spójną, śliczną całość.
Z kolei na lewo od przedsionka znajdowała się kuchnia. Pierwsze co rzucało się w oczy to duża dwudrzwiowa, grafitowa lodówka. Obok niej była deska do krojenia, kuchenka gazowa, zlew, w rogu wysoko zamieszczony piekarnik, a na końcu mikrofalówka. Było też sporo szafeczek i szufladek. Później już tylko blat, na którym to wszystko stało. W głąb pomieszczenia na lewo, znajdowało się coś w rodzaju jadalni. Właściwie to stał tam stół i sześć krzeseł, a przy jednej ścianie ustawiony był regał z zastawą oraz oczywiście okno z widokiem na podwórko i ulicę.
Tuż na wprost wejścia były spore, drewniane schody. Wyglądało to dość dziwnie, ale równocześnie elegancko, ponieważ były one tak jakby "wbudowane" w ścianę. I po lewej i po prawej stronie była zwykła, płaska ściana. Za schodami, ani po ich bokach nie znajdowało się już nic. Za to stojąc przed nimi, można było zauważyć, że po lewej stronie jest mały korytarzyk. Prowadził on do wyjścia na taras. Po drodze, na prawo była mała łazienka... to znaczy mniejsza od tej na górze, bo bądź co bądź mała to ona nie była. Był tam sedes, umywalka i lustro. Płytki zachowane były w kolorach zielonego i czerni.
Wchodząc po schodach mijało się kilkanaście rodzinnych zdjęć zawieszonych dość wysoko. Na piętrze znajdował się wąski korytarz rozchodzący się obie strony i wiele pomieszczeń- prawdopodobnie mój pokój, sypialnia rodziców, pokój gościnny i drugi mniejszy salon oraz pokój Ericka. Właśnie tam zostawiłam małego, który zasnął podczas zwiedzania na rękach u Luke'a. Do jednego z pomieszczeń, być może mojego pokoju, nie wchodziłam. Podobnie do innego: tam najprawdopodobniej znajdowała się sypialnia. Idąc kawałek dalej zauważyłam jeszcze jedne drzwi. Otworzyłam je i ujrzałam najzwyklejszy w świecie pokój. Z tym że z łóżeczkiem dla małego dziecka.
Co? Ale że jak to? Moja mama była... w ciąży? Nieee. To niemożliwe!
Podeszłam do łóżeczka i delikatnie przejechałam ręką po poręczy. Wszystko urządzone było tak, aby maluch nie mógł zrobić sobie krzywdy.
To miała być chyba dziewczynka. Kurde, nie! Stop! Żadnej ciąży nie było!
Ściany w kolorze łososiowym z odrobiną białego. Różowe, malutkie ciuszki w szafie. Przejechałam ręką po ścianie. Były wypełnione gąbeczką, zapewne dla większego bezpieczeństwa.  
Mogłabym mieć... siostrę? W sumie fajnie. Szkoda...
-Danielle? Wszystko w porządku?- zapytał Luke stając w progu drzwi.
Faktycznie. Zapewne moja mimika twarzy nie wyrażała nic pozytywnego.
-Jasne. Jest ok.- rzuciłam jeszcze jedno spojrzenie na pomieszczenie i zamknęłam drzwi przemieszczając się w dalszą część domu.
Salon urządzony był w nowoczesnym stylu. Bardziej można by nazwać go salą do gier. Był tam xbox, telewizor plazmowy, większy od tego na parterze, mini barek i stół do bilarda. Wszystko było ustawione z taką precyzją i dopasowaniem, że zajmowało niewiele miejsca, jednak z tak odpowiednimi odstępami, aby można swobodnie np. grać w bilarda.
Wychodząc z ostatniego pokoju natknęłam się na kręte, strome schody, prowadzące jak się później okazało, do garażu. Moje oczy po prostu chciały wyjść z orbit kiedy wchodząc do niego zobaczyłam białe Lamborghini. 
Skąd?! Ja się pytam SKĄD moi starzy wzięli na to kasę?! Bank obrabowali czy co?
Podbiegłam do samochodu i z oczami na wierzchu obejrzałam maszynę z każdej strony.
-Matko jakie cudo!- Luke był chyba jeszcze bardziej zachwycony, niż ja. No tak, w końcu to facet.

W garażu tuż za Lamborghini zauważyłam schodki i drzwi, więc udałam się tam. Okazało się, że prowadziły one za dom. Idąc jeszcze kawałek dalej trafiłam na tyły domu, gdzie był spory basen z jaccuzi... w sumie nawet nie wiem, ale chyba z jaccuzi. Zimą to była tylko duża dziura w ziemi wyłożona płytkami. Na zadaszonym tarasie stało kilka mięciutko wyściełanych krzeseł i stolik. Tam właśnie zakończyła się moja podróż.
Po drodze natknęliśmy się na dokumenty. Mój dowód osobisty, prawo jazdy i te sprawy. To było prze ogromnie dziwne.
Przecież ja nie wyrabiałam jeszcze dowodu.
Niestety czekało mnie jeszcze wiele wydarzeń, których nie dało się rozsądnie wytłumaczyć.
Kiedy chciałam odwrócić się i ponownie obejrzeć dom z zewnątrz w dalszej części podwórka dostrzegłam dwie małe postacie, które coraz bardziej się do nas zbliżały.
-Luke? Luke spójrz. Co to jest?- zapytałam mojego towarzysza.
-To... psy?- odpowiedział mi pytaniem na pytanie.
-Champion!
-Lexie!
Wykrzyczęliśmy równocześnie i kiedy tylko szczeniaki znalazły się w naszym zasięgu, rozpostarliśmy ramiona i już po chwili tuliliśmy do piersi dwa kłębki sierści.
Odstawiliśmy naszych podobiecznych w powrotem na ziemię.
-Ale jak to? Przecież to... tak się nie da! To tylko psy!- niedowierzałam całej tej chorej sytuacji, a moje nerwy już nie wytrzymywały.
-Powiedz mi czy którekolwiek z wydarzeń, które ostatnio nas spotkały mają jakieś racjonalne wytłumaczenie?- milczałam -No właśnie... To wszystko jest chore.
-Myślisz, że co JA czuję?! Że podoba mi się to? Że jestem zadowolona, bo mam spokój?! Bo moi rodzice nie żyją?! Bo zostałam totalnie sama bez jakiegokolwiek wsparcia?! Bo jakiś świr czyta mi w myślach?! Luke to jest jakiś pojebany sen, z którego mam ochotę jak najszybciej się obudzić! Z moimi patologicznymi rodzicami i Erickiem obok! Bez ciebie!- wypłynął ze mnie potok słów. O kilka za dużo. Wewnątrz naprawdę już się we mnie gotowało. Wszystko przyprawiało mnie o "ból uzębienia". Nic nie rozumiałam, a z każdą chwilą powiększała się liczba rzeczy z nalepką "niezrozumiałe, do przetrawienia i puszczenia w zapomnienie". Spojrzałam w oczy Luke'a. Może i z początku był w nich strach i wściekłość, ale później już tylko ból i rozczarowanie.
-Jasne. Rozumiem...- wysyczał przez zęby i zaczął się oddalać.
-Luke! Luke przepraszam!- zaczęłam zrobiłam krok w stronę chłopaka.
-Ja chciałem TYLKO ci pomóc!- wykrzyczał na sekundę odwracając się, ale podążając dalej przed siebie. Jedyne co mogłam zrobić, to patrzeć jak odchodzi. Po prostu odchodzi... Lexie zaskomlała cichutko poraz ostatni spoglądając na mojego psiaka i pobiegła za swoim panem.

Chciałam się zmienić i zapomnieć o przeszłości, ale nadal trwałam w przekonaniu, że zrażenie do siebie ludzi będzie dobrym rozwiązaniem. Chciałam samotności, tylko nie byłam świadoma konsekwencji swoich czynów.
Wszystko w co wierzyłam. Wszystkie moje marzenia i nadzieje wylały się ze mnie niczym łzy, które od kilku godzin nie przestawały płynąć po moich policzkach. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie co tak naprawdę się stało. Moi rodzice byli nieboszczykami, mój chłopak zdradził mnie z najlepszą przyjaciółką, zraniłam Luke'a, a w efekcie zostałam całkiem sama z pięcioletnim dzieckiem na głowie. Przez cały czas próbowałam pozbyć się Luke'a, ale tak naprawdę, w głębi duszy za wszelką cenę chciałam mieć go jako wsparcie u boku. Wokół mnie działy się jakieś... magiczne rzeczy, których nikt nie mógłby wytłumaczyć. Ten dowód osobisty, prawo jazdy, które za pierwszym razem oblałam przez irytującego egzaminatora. Teraz je miałam. Miałam również pieniądze, nawet kartę kredytową! Wszystko co byłoby w przyszłości mi potrzebne było w domu. Nie wiadomo skąd, nie wiadomo po co, ale tam było.
Leżałam na kanapie w salonie wylewając gorzkie łzy i starając się jakoś ogrzać. W domu nie paliło się ani w kominku, ani w piecu przez co było równie zimno, co na dworze. Powoli wstałam do pozycji siedzącej delikatnie ocierając łzy i zapatrzyłam się w kominek.
Gdybym tylko miała zapałki...
W moim jedynym możliwym źródle ciepła było drewno, ale nie miałam jak go rozpalić. Wstałam niezdarnie z łóżka i potknęłam się o własne nogi przez co wyciągnęłam ręce przed siebie w akcie desperacji. Nagle w kominku zapłonął ogień. Upadłam jak kłoda na podłogę i po prostu na niej leżałam. Sparaliżowana strachem.
-Kto tu jest?! Kto to zrobił?!- krzyknęłam w pustkę.
W tamtym momencie ktoś zadzwonił do drzwi. Powoli nadal przerażona wstałam, otrzepałam się i podreptałam z wielkim znakiem zapytania na twarzy ku drzwiom. Po drodze minęłam lustro, które pokazało odbicie nie mnie. Pokazał się tam wrak człowieka. Kogoś kto wiele razy targał się na swoje życie, ale nie mogąc ze sobą skończyć, chodził jak obłąkany po tym świecie i cierpiał z każdym kolejnym krokiem coraz bardziej. Miałam podpuchnięte zaczerwienione oczy, istną szopę na głowie i moim ciałem co jakiś czas targały dreszcze.
Otworzyłam zamek w drzwiach i lekko za nie pociągnęłam chcąc zobaczyć, kto złożył mi wizytę.
-Dzień... Łooo.- zszokowany, wąsaty mężczyzna nie dokończył gestu grzecznościowego jakim były słowa "dzień dobry" -Coś się stało?
-Dzień dobry.- dokończyłam za niego -W czymś mogę panu pomóc?- zapytałam ignorując jego pytanie.
-Mógłbym zapytać o to samo.- nie dawał za wygraną.
-Pytałam czy w czymś mogę panu pomóc.- ja również starałam się nie odpuszczać.
-Eeee...- człowiek odrobinę się zmieszał -Tak, właściwie to tak. Pani to?
-Danielle Black. O co chodzi?- nie bardzo rozumiałam całą sytuację.
-Jestem kurierem. Mam dla pani list i paczkę.- mężczyzna uśmiechnął się z dumą. Był chyba aż tak zadowolony z tego, że dostarczył przesyłkę... albo z tego, że jest kurierem.
-Aha. Oczywiście.- wąsaty podał należne mi rzeczy i wyciągnął podkładkę z wieloma kartkami -Gdzie mam podpisać?
-Tutaj... i tutaj.- powiedział wskazując na odpowiednie miejsca, a ja sumiennie wykonałam polecenie -Dziękuję i miłego dzionka życzę!- oznajmił powoli schodząc ze schodków, a ja tylko beznamiętnie zatrzasnęłam drzwi.
Co to jest?
Obejrzałam paczkę ze wszystkich stron, ale postanowiłam najpierw otworzyć list. Poszłam do kuchni i zaczęłam szukać nożyczek.
-Są! No nareszcie!- po kilku minutach w końcu je znalazłam.
Ze wszystkimi rzeczami postanowiłam udać się do swojego pokoju.
Gdzie to było?
Powędrowałam na piętro i zaczęłam poszukiwania. Pierwsze drzwi- sypialnia rodziców, drugie- pokój Ericka, trzecie- JEST!
Mój pokój! Chyba...
Otworzyłam drzwi i wypuściłam wszystko co uprzednio miałam w rękach prosto na podłogę.
-O Matko...- wyszeptałam.

 Czy to raj? Czy ja umarłam?
Coś wspaniałego. Zawsze marzyłam o takim pokoju. Nie za pstrokaty, nie za banalny. Po prostu ideał. Jeszcze jaki wielki! Jak trzy moje poprzednie sypialnie! 
Weszłam w głąb pomieszczenia i delikatnie usiadłam na łóżku, jakby w obawie, że zniszczę to, jak pięknie jest zaścielone. Wstałam i podeszłam do ogromnej przeszklonej szyby. Otworzyłam jedno skrzydło i wyszłam na taras. Od razu w oczy zawiał mi zimny wiatr, przez co znów poleciało z nich kilka łez. Przez ciało przeszedł mi zimny dreszcz, wiec szybko wycofałam się i zamknęłam drzwi.
Niewiele lepiej...
Wewnątrz domu nadal było zimno, przecież paliło się tylko w kominku. Od początku byłam bez butów, bo nie chciałam zabrudzić choć milimetra tego arcydzieła, jakim był mój dom, więc porządnie zmarzły mi stopy.
Od tarasu powędrowałam do... tak jakby drugiego pokoju. Był tam mój osobisty salon. Obok 'przejścia' do tego salonu, znajdowała się łazienka. Niedość, że była duża, to do tego elegancka.
Podeszłam do drzwi, gdzie nadal leżały upuszczone przeze mnie rzeczy, podniosłam je i ponownie usiadłam na łóżku. Ostrożnie rozcięłam kopertę i wyjęłam jej zawartość. Oprócz listu była tam również jakaś malutka kartka, która przez przypadek mi wyleciała i wylądowała gdzieś na podłodze.
-D.?-  usłyszałam zaspany głos, a po chwili zza drzwi wychyliła się malutka główka.
Erick...
-Tak skarbie?- z powrotem schowałam list do koperty, a położyłam paczkę pod łóżko. Tylko kartka nadal gdzieś leżała. 
-Wlescie. Sukaaałem cię.- mały ziewnął i powoli podszedł do mnie -Cio to za fajowy pokój tam tam, gdzie spałem?
-To twój pokój kochanie, a to nasz dom.- chciałam się uśmiechnąć, ale wyszedł mi z tego pewnie tylko grymas.
-Jeeeej. On jeśt taki fajny! Chodź ziobaczyś!- mój braciszek zeskoczył z łóżka i zaczął ciągnąć mnie za rękę w stronę swojego pokoju.
-Oczywiście. Tylko wolniej, bo mnie przewrócisz.
-Chodź! Chodź! Chodź!- jak tylko przekroczyliśmy próg pomieszczenia, mały zaczął latać po nim jak opętany. Radość jaką okazywał przy pokazywaniu na poszczególne meble i przedmioty, była nie do opisania.
____________________________________________________________________
Tadadadaaamm! Rozdział 9 jest! Mam nadzieję, że choć troszkę lepszy od tego poprzedniego.
Widzę moi drodzy, że się postaraliście i są nie tylko dwa, ale aż cztery komentarze! Wow! Kochani jesteście. Również pojawiły się głosy w ankiecie. BARDZO WAM DZIĘKUJE! Tak ma być zawsze.
Niestety nikt chyba nie przeczytał notki pod rozdziałem :/ Nadal nie wiem, co mam zrobić. Muszę sama podjąć decyzję, a jest ona następująca: rozdziały będę dodawać co 1,5/2 tygodnie (jeżeli go napiszę to troszkę wcześniej). Myślę, że taki układ powinien was zadowolić ^^
Troszkę zmieniłam wygląd bloga. Piszcie czy wam to odpowiada :)
Do następnego! :) Liczę na wasze opinie, w postaci komentarzy.
CZYTASZ=KOMENTUJESZ...



LoLa

czwartek, 6 lutego 2014

Informacja!

Moi drodzy kochani ludziowie!
Niestety tak nie może być :/// Jeżeli pod ostatnim rozdziałem nie będzie przynajmniej dwóch komentarzy, nie dodam nowego rozdziału. Nie zabijajcie mnie xD
Przepraszam, ale nie wiem czy komukolwiek się to podoba, a może ktoś chce coś zmienić. Zastanawiam się nad zawieszeniem bloga, ale jeszcze poczekam...



LoLa

środa, 5 lutego 2014

Rozdział 8

 Przeczytaj notkę pod rozdziałem. TO WAŻNE.
--------------------------------------------------------------------------------------------
*

-Myślę, że teraz wszystko powinno być w porządku.
-A co było nie tak?
-Niech mi pan powie, kim pan jest dla pacjentki?
-Już mówiłem. Jestem jej chłopakiem.
-Nie powinienem, ale czuje że pan i tak postawi na swoim... Więc podczas wypadku, do jej organizmu dostało się bardzo dużo dymu, który z czasem zaczął wypalać maleńkie dziury w płucach. Zrobił ich kilka. Większość z nim udało nam się zaszyć, ale niektóre, te mikroskopijne, dobrze się zamaskowały. Wiedzieliśmy, że pominięte wybrakowania z czasem dadzą się we znaki. Na szczęście nastąpiło to jeszcze w szpitalu.
-Za ile będzie mogła wyjść?
-Dziś mamy 19-sty, to jeżeli dziś i jutro wszystko będzie w porządku, wypiszemy ją 21-ego. Muszę iść. Może pan zostać, ale musi również dać jej odpocząć.
Chciałam posłuchać co ma do powiedzenia osoba, która rozmawiała z Luke'm, więc nie otwierałam oczu, starałam się też nie ruszać.
-Moim chłopakiem...?- otworzyłam oczy i delikatnie wyszeptałam, tuż po wyjściu osoby, która wcześniej znajdowała się w pomieszczeniu.
-Dani! Dobrze się czujesz?- chłopak spojrzał na mnie z troską w oczach.
-Tak, ale strasznie chce mi się pić.- wyczułam suchość w gardle. Luke podał mi szklankę wody, a ja upiłam łyk.
-Chcesz coś jeszcze? Może jesteś głodna? - ponownie zapytał chłopak.
-Nie, nic mi nie potrzeba.- delikatnie uniosłam się na łokciach spoglądając na chłopaka. Ten posłał mi uśmiech, którego nie odwzajemniłam.
-Dlaczego tutaj jesteś? Powinieneś przecież być w domu.- nadal nie rozumiałam, dlaczego jakiś totalnie obcy mi chłopak, dzień w dzień trzymał piecze nade mną, mimo że również mnie nie znał. 
-Muszę ci coś powiedzieć... ale to jest rozmowa, którą musimy przeprowadzić później. Na pewno nie tutaj, ściany mają uszy.- końcówkę wyszeptał.
-Nie musisz mi nic mówić. Idź do domu. Pewnie wszyscy się o ciebie martwią.- poleciłam.
Nie był mi potrzebny, nie znałam go, nie wiedziałam czego ode mnie chce. To mógł być jakiś kryminalista!
-Nie ma się kto o mnie martwić. Moi rodzice wiedzą, że tutaj jestem. Poza tym, jestem pełnoletni. Naprawdę mam ci coś ważnego do powiedzenia, więc proszę, nie każ mi iść.- wręcz błagał mnie chłopak.
Jejku, ale on jest natrętny!
Chłopak niespodziewanie zaśmiał się.
-Jasne, jasne. Tylko obiecaj mi jedno: nie waż się mieć nadziei na choć przyjaźń ze mną. Moje marzenie, to zostać sama. Po moim wyjściu ze szpitala, udajemy, że się nie znamy... co w pewnym sensie jest prawdą. Tyle.- nie wiedziałam chyba nawet co mówię. Tak naprawdę pragnęłam, żeby ktoś mnie przytulił i powiedział, że wszystko będzie dobrze. Został ze mną na zawsze.
-Nie mogę ci obiecać czegoś takiego.
-Czemu?- sądziłam, że chłopak zrobi wszystko byle by, przekazać mi tą jakąś głupią wiadomość. Myliłam się.
-Dla mnie obietnica, to coś naprawdę ważnego, więc nie chce składać ci takiej, której nie mogę dotrzymać.- w tamtym momencie zmiękłam.
No dobra, wygrał.
-Przecież wiem.- wypalił nagle.
-Co?
-Nie, nie. Nic nic...- chłopak zachichotał.
-Dobra. Niech już ci będzie. W każdym razie 21-ego mają mnie wypisać, tak?- zapytałam dla pewności opadając na łóżko i podsuwając się pod ścianę, opierając o nią plecami w pozycji siedzącej.
-Tak, a co?- zainteresował się Luke.
-Jeżeli chcesz już tak strasznie ze mną siedzieć, to tego samego dnia jedziemy do domu dziecka, gdzie zapewne jest Eric.- oświadczyłam stanowczo.
-Skąd wiesz, że jest w domu dziecka?- zapytał Luke marszcząc czoło.
No tak, przecież nikt o tym nie wspomniał...
-No pomyśl, gdzie mogli wysłać DZIECKO, które nie ma DOMU, ani rodziny?- zadałam retoryczne pytanie. Facetom trzeba wszystko dokładnie objaśniać.
-No właściwie...- przyznał mi rację Luke.
-Dobra, generalnie czuję się świetnie. Zawołaj lekarza, niech przyniesie mi karty tych wszystkich pacjentów, czy coś tam. Muszę znaleźć kartki moich rodziców i zobaczyć, gdzie teraz są.-byłam święcie przekonana, że moi rodzice, tak jak Eric, żyją.
-Danielle... Skąd wiesz, że oni żyją?- niepewnie podjął rozmowę.
-Oczywiście, że żyją. Muszą żyć... nie poradzę sobie bez nich.- moje oczy delikatnie zaszły łzami.
-Kochasz ich, prawda?
-To ciężki temat... nie chcę o tym rozmawiać.- chciałam jak najszybciej uciąć konwersację. Ten typ zaczynał mnie denerwować.
-Mogę ci jakoś pomóc?
-Przestań się nade mną litować! Nie znasz mnie, nie mam pojęcia co ty tutaj w ogóle robisz. Zrozum: IDŹ SOBIE! Nie chcę cię tutaj! Poradzę sobie sama. Nie znam cię, ty nie znasz mnie. Dlaczego się mnie tak uczepiłeś?!- w tamtej chwili rozsadzało mnie od środka. Chyba strach przed tym, że jeżeli moi rodzice mogą nie żyć i to, że nie poradzę sobie, przełożył się na moje lekkie zdenerwowanie, wywołując wybuch.
-Dobra, dobra. Wyluzuj. Po prostu...- wzdychnął ciężko -Jeżeli ci to powiem, to uznasz mnie za wariata.
-Gadaj. Zaczynam się ciebie bać. Chcę tylko wiedzieć, dlaczego i po co tu ze mną siedzisz.
-Jesteś pewna?- Luke spuścił wzrok i zaczął bawić się palcami.
-Tak! Do cholery, mów o co chodzi!
-Słyszę twoje myśli!- krzyknął chłopak -Chyba...- dopowiedział szeptem po chwili. Spojrzałam się na niego jak na największego psychopatę, po czym zmrużyłam groźnie oczy.
-Ale z ciebie kretyn.- wysyczałam -Dobra, nie chcesz to nie mów, ale... Hmmm krótko zwięźle i na temat: WYPIERDALAJ!
-Nie żartuje! Nie wierzysz mi, prawda?- chłopak rzucił mi zawiedzione spojrzenie.
-Oczywiście, że nie! Co za idiota by ci uwierzył w takie brednie?!
-No to zrobimy tak, pomysł o czymś, a ja ci powiem o czym.
-Okej, pokaż jakie z ciebie "medium"- narysowałam w powietrzu cudzysłów.
Kretynie!
-Pomyślałaś "kretynie". Proszę, masz dowód.- energicznie pokręciłam głową na znak, że to jest niemożliwe.
-To było do przewidzenia. Jeszcze raz.- nakazałam.
Jeżeli niby słyszysz co myślę , to złap mnie za rękę.
Luke podszedł i wykonał polecenie. Przerażona zabrałam dłoń, a maszyna, która jak do tej pory wykonywała "pipnięcia" w określonej, równej odległości czasowej, przyspieszyła.
-Nie wiem, dlaczego, po co i kiedy to się zaczęło. Nigdy czegoś takiego nie miałem. Jeszcze te tatuaże.- wskazał na moją dłoń -Właśnie dlatego tutaj jestem: bo coś jest nie tak. Rozumiesz wreszcie?
-J-ja... t-ty... t-to.- cholernie się jąkałam. Właśnie dowiedziałam się, że jakiś psychol, którego w ogóle nie znam czyta mi w myślach, przecież to było niemożliwe!
-Czekaj... to jeszcze nie wszystko, ale uwierz mi, lepiej żebyś reszty dowiedziała się później...

~***~

Kilka dni później...

Przez te kilka dni, Luke próbował zawiązać ze mną jakąś więź, dotrzeć jakoś do mnie, ale ja starannie i dobitnie za każdym razem odpychałam go. Kiedy tylko prosił mnie o to, żebym coś mu o sobie opowiedziała, zbywałam go słowami, że jestem zmęczona czy, że chce odpocząć, mimo że już od dawna wszystko było w porządku. On z początku mówił, że rozumie i po prostu wychodził. Później znikał na kilka godzin i znów wracał. Ciągle był przy mnie, co może i było słodkie i naprawdę miłe z jego strony, ale ja nie chciałam się do niego przywiązywać. Po następnych dwóch dniach mojego pobytu w szpitalu, lekarze stwierdzili, że zostanę jeszcze dzień na obserwacji. Luke po swoich nieudanych próbach rozmowy ze mną, poddał się, a ja zostałam sama z wyrzutami sumienia i okropnym bólem serca. Przestał ze mną rozmawiać, po prostu był przy mnie. Zaczęłam się zastanawiać czy właśnie tego chciałam? Czy przez te moje zagrywki, właśnie to chciałam osiągnąć? Samotność? Chyba nie byłam świadoma co ta samotność oznaczała. Byłam na siebie zła, że tak go potraktowałam. Miałam zacząć nowe życie, a nadal ciągnęłam to wszystko, ten mój żal do ludzi, uraz. Niepotrzebnie to odgrywało się na Luke'u. Nic mi przecież nie zrobił... jeszcze.
Kiedy wreszcie nadszedł upragniony dzień wyjścia ze szpitala, czułam się zagubiona. Nie wiedziałam gdzie iść, co robić. Na szczęście rodzice podali mi adres naszego nowego domu, ale nie wiedziałam jak tam trafić. Nie miałam pieniędzy. Byłam kompletnym zerem.
-Pani...- lekarz spojrzał na moją kartę pacjenta umieszczoną przy łóżku -Danielle Black. Pan to...?- zwrócił się do chłopaka.
-Luke, Luke Williams.-przestawił się.
-Dobrze się pani czuje?
-Tak, tak. Wszystko w porządku.- wstałam z łóżka ubrana wreszcie w normalnie ciuchy, które dostałam od rodziny Luke'a. Byłam im za to ogromnie wdzięczna. Nie dość, że były nawet ładne to do tego wygodne, no ale nie oto, przecież chodziło. Przynajmniej miałam się w co ubrać. Poczułam, że coś delikatnie połaskotało mnie w tyłek. Obróciłam się i zorientowałam, że to tylko moje włosy, które osiągnęły już taką długość.
Trzeba je przyciąć...
-Jest pani pewna co do tych kart?- ponownie zapytał lekarz. Do tej pory lekarze, dlatego nie mogli ustalić którzy z pasażerów byli moją rodziną, ponieważ nie wiedzieli nawet jak ja miałam na nazwisko. Imię podał im Luke. Pewnego dnia ktoś przyszedł, aby ustalić moje dane.
-Tak. Długo na to czekałam. Jestem zdecydowanie pewna i gotowa.
Lekarz niepewnie podał mi karty. Zaczęłam je przeglądać zachowując jak największy spokój. Luke obserwował mnie bacznie z rękami splecionymi na piersi. Pierwsza... druga... trzecia... kolejna... NIC. Nic nie było. Ponownie znalazłam tylko karty Luke'a i Erica. Reszty nie poznawałam.
-Nie, nie, nie, nie, nie! Tutaj musi być jakaś pomyłka. Oni na pewno żyją! Muszą żyć!- krzyczałam jak opętana nie wiedząc co ze sobą zrobić. Wstałam z łóżka, na którym uprzednio usiadłam i nagle zakręciło mi się w głowie. Luke złapał mnie w ostatniej chwili. Inaczej już leżałabym na zimnej posadzce. Próbowałam za wszelką cenę mu się wyrwać, ale on kurczowo mnie trzymał.
-Puść mnie! Puść mnie idioto! Nie chce cię więcej widzieć! PUŚĆ MNIE!- szamotałam się.
-Shhhh... Uspokój się. Wszystko będzie dobrze. Słyszysz? Wszystko będzie dobrze. Jestem tutaj...- Luke za wszelką cenę starał się mnie udobruchać, ale ja nadal histerycznie krzyczałam i wyrywałam się.
-Podamy jej coś na uspokojenie. Zaraz wracam.- powiedział przerażony lekarz.
-Nie! W ostatnim czasie już wystarczająco została nafaszerowana lekami. Będzie tego.- odmówił chłopak, a ja poddałam się i przestałam z nim walczyć. Osunęłam się na ziemię wraz z trzymającym mnie Luke'iem -Niech pan idzie. Ja ją uspokoję i przyjdziemy do gabinetu.
Trwaliśmy tak przez chwilę. Ja nadal miałam ochotę krzyczeć w niebogłosy, przeklinać cały świat, ale nie chciało mi się płakać. Może i rozsadzało mnie od środka, ale nie płakałam. To było najdziwniejsze. Nie uroniłam nawet łzy.
To nie dzieje się naprawdę! Czemu mnie kurwa zawsze spotyka to co najgorsze?!?!
-Pamiętaj. Zawsze będę przy tobie. Rozumiesz? Zawsze. Będzie dobrze.
-Nie! Nie chce cię! Wszyscy mieli być na zawsze, a nikt nie był! Nie chcę tak!- ponownie próbowałam wyrwać się z żelaznego uścisku chłopaka.
-Ja nie jestem jak wszyscy i nigdy cię nie zostawię... chyba, że ty będziesz tego naprawdę chciała.
Nie odpowiedziałam. Nie chciałam zranić go tak jak wcześniej.
-Chodźmy już stąd. Chcę iść po Erica.- wysyczałam przez zaciśnięte zęby.
-Ale już wszystko w porządku?- Luke rozluźnił uścisk i zapytał niepewnie.
-Tak. Chcę się stąd jak najszybciej wynieść.- fuknełam.
Właśnie dlatego od zawsze nienawidzę szpitali. Tutaj wiecznie dzieje się coś niedobrego. Chciałam wtedy po prostu znaleźć się w domu.
-Jasne. Chodźmy.- Luke wstał podając mi rękę, ale ja zignorowałam ten gest i podniosłam się sama.
Powędrowaliśmy do gabinetu lekarza, który podał mi jakiś świstek o wypisanie i zapytał się czy wszystko w porządku.
Tuż po wyjściu ze szpitala prosto w twarz buchnęło mi lodowate powietrze. Przeszyło całe moje ciało, od głowy, aż do stóp nieprzyjemnie mrowiąc. Czekała mnie wycieczka po totalnie obcym mi mieście. Nie znałam tam nawet choć uliczki, choć sklepu. Czułam się jak intruz. Ktoś, kto tam nie pasował, nie był potrzebny. Niepewnie rozglądałam się na we wszystkie strony, czekając na jakąkolwiek reakcję ze strony Luke'a. Było zimno, wietrznie i do tego padał śnieg.
-Chodź. Tędy.- chłopak wskazał mi drogę pokazując ręką w prawo.
Powoli dreptaliśmy prawdopodobnie w stronę Domu Dziecka. Dopiero po chwili zorientowałam się, który budynek Luke obrał za cel. Była to stara, obskurna kamienica, totalnie niezdatna do mieszkania. Jednak najwidoczniej ktoś tam mieszkał. Kiedy zbliżyliśmy się jeszcze trochę zauważyłam, że przed wejściem do budynku mieścił się plac zabaw. Również doszczętnie zniszczony. Kolejne pokonane przez nas metry pozwoliły zaobserwować mi bawiące się tam kilkoro dzieci. Poubierane były w stare szmaty. Zastanawiałam się czy jest im choć trochę ciepło... Wśród nich nie zauważyłam Erica. To, że stoję jak kołek na środku podwórka i przyglądam się sierotom, uświadomił mi Luke, dopiero wtedy, gdy szturchnął mnie delikatnie w ramię.
-Idziemy dalej.- wskazał wydreptaną ścieżkę głową, dookoła budynku.
Ciekawiło mnie, skąd on tak dobrze znał drogę, ale postanowiłam nie pytać.
-Luke? Co z psami?- zapytałam przypominając sobie o zwierzakach.
-Nic...- odpowiedział bezdusznie nie zaszczycając mnie nawet spojrzeniem. Postanowiłam nie drążyć tematu. Wiedziałam, że już nigdy nie zobaczymy swoich podopiecznych. Niemożliwe było, to by przeżyły coś takiego. Nawet nie miałam pojęcia jak ja przeżyłam. Weszliśmy do kamienicy. Wszędzie panował gwar. Dzieci radośnie krzyczały, a gdzieniegdzie zdawało się słyszeć polecenia wydawane przez opiekunki. Na końcu korytarza ujrzałam niską brunetkę, przy kości. Wyglądała na dość starszawą.
-Przepraszam!- krzyknęłam orientując się, że pani zaczyna znikać za rogiem -Przepraszam...- powtórzyłam ciszej podbiegając powoli do kobiety.
-Słucham dziecinko. Czego potrzebujesz?- uprzejmie odpowiedziała.
-Mam na imię Danielle... Danielle Black. Jakiś czas temu... może...- jąkałam się nie mogąc dobrze dobrać słów.
-Powoli, powoli.
-Oczywiście... Jakiś miesiąc temu, była katastrofa lotnicza. Nie trafił tutaj w tym czasie może... mały chłopiec?- zapytałam z nadzieją w głosie.
-Tak, owszem, ale trafiło ich tutaj wielu. Nie wiem kogo szukasz.
Spuściłam wzrok.
Wiedziałam...
-Nie, nie. Nie martw się. Chodź.- kobieta wzięła mnie pod ramię- Przejdziemy się i zobaczymy czy jest tutaj twoja zguba.- uśmiechnęła się ciepło.
Przeszliśmy przez kilka pokoi dzieci, później przez stołówkę. Na koniec trafiliśmy do czegoś w rodzaju bawialni. Stanęłam w progu i rozejrzałam się po pomieszczeniu... wtedy go dostrzegłam.
Stał w kącie, tuż koło regału z zabawkami. Miał zapadnięte policzki i podkrążone, zaczerwienione oczy.
-Mój Boże...- zatkałam usta dłonią, żeby nie wybuchnąć płaczem. Na ciele dziecka dało się gdzieniegdzie odnaleźć głębokie blizny. Było mi go tak szkoda.
Dzieciak będzie miał traumę na całe życie...
W tamtym momencie Eric podniósł wzrok, który spoczął na mnie.
-Dani...?- wychrypiał.
-Eric...- wyszeptałam ledwo dosłyszalnie. Mały podbiegł do mnie i wtulił się w moje nogi, a ja pogłaskałam go po plecach.
-Gdzie mama... i tata?- chłopiec podniósł wzrok i spojrzał na mnie swoimi pięknymi, dużymi niebieskimi oczami.
-Kochanie... porozmawiamy o tym później.- uświadomiłam sobie, że mały będzie miała za zadanie stanąć twarzą w twarz z okrutną prawdą.
-To jest pani dziecko?- uprzejmie zapytała staruszka.
-Nie, nie! To mój młodszy brat.- szybko zaprzeczyłam.
-Ah tak. Rozumiem.
-Czy ja... mogę go zabrać?- zapytałam cichutko. Wiedziałam, że tak łatwo nie będzie.
-Dobrze. Wydajesz się sympatyczną dziewczynką, a do tego chłopiec cię rozpoznał. Możesz go zabrać, jak tylko podpiszemy stosowne papiery. Do tego potrzebni będą rodzice dziecka.- kobieta odwróciła się z zamierem udania się ku prawdopodobnie swojemu gabinetowi. Jednak nie pozwoliłam jej na to.
-Zaraz...- delikatnie złapałam ją za ramię.
-Tak? Jakiś problem?
-On... my... nasi rodzice...- plątał mi się język.
-Ich rodzice zginęli z katastrofie lotniczej.- szeptem wyręczył mnie Luke.  Byłam mu za to ogromnie wdzięczna. Nie wiem czy ja byłabym w stanie cokolwiek z siebie jeszcze wydusić. Wyszeptałam nieme "dziękuje" w stronę chłopaka, a on kiwnął głową.
-Ooo w taki razie potrzebny nam opiekun prawny chłopca.- oznajmiła.
No to sytuacja się komplikuje...

___________________________________________________________________
JEDNE WIELKIE PRZEPROSINY!
No więc moje miśki sprawy mają się tak.
Przepraaaszam, że rozdział nie pojawił się tak długo, ale miałam dość sporo problemów na głowie. Moje życie wywróciło się do góry nogami... na szczęście wreszcie w sposób pozytywny :) <3
Chciałabym wam obiecać, że następny rozdział pojawi się szybciej, ale teraz są ferie i mimo że mogłoby się powiedzieć, że mamy czas wolny, to jednak ja dość często mam jakieś plany i po prostu nie jestem w stanie nic napisać. Moje myśli krążą cały czas wokół jednego i przez to nie mogę się skupić.
Mam nadzieję, że mi wybaczycie :)
Zrobię wszystko co w mojej mocy, aby następny wpis był dłuższy i przede wszystkim LEPSZY od tego, ponieważ nie mogę powiedzieć, że z tego jestem choć troszkę zadowolona.
Zrobiłam już jedną malutką, niezapowiedzianą przerwę i mam ciągłe wyrzuty sumienia, że każę wam tak długo czekać na następne rozdziały, więc daję wam ultimatum:
a) albo będę dodawać krótkie rozdziały co tydzień (będę was denerwować i kończyć w najciekawszych momentach xD)
b) albo będę dodawała długie rozdziały co 1,5/2 tygodnie (troszkę wcześniej, jeżeli się wyrobię)
Piszcie w komentarzach co wybieracie. Mam dwóch obserwatorów od czasu rozdziału 6, ale żaden z nich nie skomentował nic :( Proszę, napiszcie COKOLWIEK, żebym wiedziała, że piszę nie tylko dla siebie. To tyczy się nie tylko obserwatorów kochani ^^

Co do rozdziału.
Nie znam się na medycynie i nie mam pojęcia czy coś takie jest w ogóle możliwe, ale tak jest... bo ja chcę xD Proszę, więc was o wyrozumiałość, że niektóre rzeczy (nawet te niewykonalne, niemożliwe, nieprawdopodobne itd.) będą zmieniane, przekształcane itp. na rzecz opowiadania :)
Przepraszam za wszelkie błędy, ale pisałam to na telefonie :///
Do następnego. Pamiętajcie o ankiecie --------------->
KOMENTUJCIE...


LoLa

sobota, 18 stycznia 2014

Rozdział 7

Ponownie koło naszego rzędu zawitała stewardessa i ponowiła prośbę o zapięcie pasów.
-A tak, oczywiście.- chłopak posłał młodej kobiecie ciepły uśmiech, wykonując zadaną czynność- Tak w ogóle, to jestem Luke.- zwrócił się do mnie. Rzuciłam okiem na jego rękę. Zaobserwowałam na niej tatuaż. W identycznym miejscu jak u mnie i również było widać, że jest świeży. Kiedy tylko chłopak zauważył, czemu się przyglądam, delikatnie opuścił rękawy bluzy i niestety nie mogłam dokładniej się przyjrzeć. 
-Danielle...- przedstawiłam się znów nie mogąc zdobyć się na uśmiech -Przepraszam, ale nie mam ochoty z nikim rozmawiać...- odwróciłam się od chłopaka i spojrzałam za szybę samolotu. Było ciemno, a ja powoli zaczynałam odczuwać chłód, spowodowany nadmiernym działaniem klimatyzacji jak na tak późną porę.
-Ale za co? Nic nie zrobiłaś.- zaśmiał się mój współlokator, ale kiedy tylko się odwróciłam i zobaczył mój smutny wyraz twarzy, jego uśmiech zbladł- Coś się stało?
-Nie chcę o tym mówić. Przepraszam.- znów zwróciłam swoją twarz ku widokom za oknem.
-Jasne... ale kiedy tylko będziesz chciała pogadać. Jestem tuż obok.- wskazał na siebie- W końcu mamy spędzić obok siebie jeszcze jakieś 10 godzin.- uśmiechnął się ciepło. Wydawał się strasznie miły.
Ale nie mam zamiaru się z nim przyjaźnić! Nigdy, przenigdy. Koniec z tym. Za dużo czasu i cierpliwości poświęciłam na poszukiwania osoby, której mogłabym zaufać. To już koniec...
W pewnym momencie chłopak zaczął energicznie pocierać palcami.
-Palisz?- zapytałam. Za późno ugryzłam się z język.
-Tak... niestety.- chłopak posmutniał i zagryzł zęby.
-No tak, przepraszam to nie moja sprawa.
-Też tak sądzę... i przestań mnie przepraszać. Przecież nic takiego nie robisz.- Luke pocieszająco złapał mnie za nadgarstek.
-Aaał!- syknęłam zdenerwowana i zabrałam rękę -Zostaw!
-Aaał!- równocześnie gwałtownie zawołaliśmy, łapiąc się za nadgarstki.
-Cholera! Co jest?!- wyszeptał krzykiem chłopak. Po chwili u nas obojga zaczął na linii żył, pojawiać się napis Never Give Up.
Z przerażeniem spojrzeliśmy sobie w oczy. Żadne z nas nie wiedziało co powiedzieć. Po prostu siedzieliśmy, starając się nie wyć z bólu, a to naprawdę bolało. Tak, jakby coś miejscowo rozdzierało ci rękę od środka, cieło skórę.
-Luke... ty też...- wtedy moja torba się poruszyła. Tak samo jak plecak Luke'a.
-Lexi!
-Champion!
Równocześnie skarciliśmy nasze zwierzęta. No bo co innego mógłby mieć w placaku?
-Danielle... co tam masz?- zapytał chłopak.
-A ty?- spanikowałam. Przecież go nie znałam. To był całkiem obcy dla mnie człowiek, a ja miałam mu powiedzieć, że w plecaku trzymam psa? Absurd!
-Pierwszy zapytałem.- nie dawał za wygraną, ale w jego oczach zauważyłam nutkę strachu.
-Psa, Golden Retrievera...-odpowiedziałam zamykając oczy i czekając na reakcję.
-Ja też...- chłopak delikatnie zaśmiał się, ale po chwili na jego twarzy pojawił się grymas.
Zaraz, zaraz. Czy to znaczy, że on też go znalazł?
-Skąd go masz?
-Szczerze? Któregoś dnia, sama do mnie przyszła. Chodziła za mną cały dzień, więc postanowiłem ją wziąć. A ty?- ból powoli ustawał, mogłam już myśleć o czymś innym, a nie o nim.
-Podobnie. Dwa dni temu, rano. Weszłam do pokoju, a on tam był. Siedział na łóżku. Nie chciał sobie pójść, więc po prostu został.
-Teraz trzeba się postarać, żeby nikt nam ich nie zabrał.- uśmiechnął się ciepło. Właściwie to uśmiech nie schodził z jego twarzy.
Jest taki promienny.
Na moje nieszczęście przypomniało mi się, co przeczytałam na jednej ze stron internetowych. "Najczęściej uśmiechają się Ci, którzy cierpią najbardziej". Od razu odwróciłam się od chłopaka, ucinając naszą rozmowę.
-Gdzie lecisz?- po chwili kontynuował. Pewnie dobra cisza dla mnie, jemu wydała się niezręczna.
-Do Londynu...- nie zapytałam, gdzie on się wybierał. Nie obchodziło mnie to. Moim postanowieniem było zamknąć się na ludzi, przestać im ufać. Chciałam zostać egoistką i choć miałam wyrzuty sumienia, to i tak starałam się trzymać swoich postanowień.
-Danielle? Możesz mi pokazać swój tatuaż?- nieśmiało zapytał Luke po kilku minutach.
-Czemu chcesz go oglądać?- odpowiedziałam pytaniem, na pytanie.
-Tak po prostu...- wzruszył ramionami -A właściwie to nie po prostu. Przez chwilą, na naszych oczach, w niewytłumaczalny sposób, pojawił się napis... Tatuaż- poprawił się -Czy sądzisz, że to coś normalnego?- odrobinę się uniósł.
-Skąd wiesz, że z moim pierwszym tatuażem też jest coś nie tak? Ten sobie zrobiłam. W tradycyjny sposób.- skłamałam. Champion ponownie poruszył się w torbie.
-Ja... nie wiedziałem, ale faktem jest, że ten drugi sam się zrobił.- narysował w powietrzu cudzysłów.
-Dobra, masz.- wyciągnęłam rękę.
-Zaraz, zaraz...- chłopak podwinął rękaw bluzy ukazując swój tatuaż. Przestałam oddychać. Tak jakby serce mi się zatrzymało.
-Przecież to...- oboje ostrożnie, jakby w obawie o kolejny tatuaż, przyłożyliśmy do siebie swoje ręce. Na moim nadgarstku były ptaki, na Luke'a klatka i jeden ptak, ułożony tak jakby miał być przedłużeniem linii moich. Idealnie ze sobą współgrały. Jakby zrobiła je ta sama osoba, tym samym stylem i z idealną precyzją, aby znajdowały się w odpowiednim miejscu.
Przerażona odsunęłam się od chłopaka bliżej okna.
-Co tu się do cholery dzieje...?!- Luke był tak samo oszołomiony jak ja.
-Też bym chciała wiedzieć...- spojrzałam za okno. Strasznie szybko zbliżaliśmy się ku powierzchni ziemi.
To dlatego od jakiegoś czasu, wszystko się tak trzęsło!
-Luke... zostawmy tą sprawę. Spójrz za okno!- krzyknęłam.
-Co?!- chłopak gwałtownie wstał i pobiegł do stewardessy. Z daleka widziałam jak wskazywał za okno i tłumaczył jej wszystko. Przerażona kobieta, wyglądając za szybę złapała się za głowę i pobiegła do pilota. Chłopak podbiegł do mnie i spuścił głowę.
-Danielle... my spadamy- oznajmił spoglądając mi w oczy.

***
~Miesiąc później..

Obudziłam się. Powoli starałam się otworzyć oczy, ale światło tuż nade mną mi je raniło. Ponowiłam próbę ujrzenia świata. Tym razem- skutecznie. Zamrugałam kilkukrotnie próbując przyzwyczaić oczy do rażącego blasku. Starałam się zarejestrować gdzie jestem. Co nie było łatwe, przy tak ostrym bólu głowy jaki ja miałam. Jakby pękała mi czaszka. Dosłownie. Jakby coś mi ją miażdżyło!
-Dani?- usłyszałam delikatny szept.
-Co... Gdzie ja jestem?- spróbowałam się podnieść, ale padłam na coś na czym leżałam, z powrotem, ponownie zamykając rozbolałe oczy.
-Jesteś w szpitalu... Czegoś potrzebujesz? Coś ci przynieść?- ponownie usłyszałam głos. Nie wiedziałam kto do mnie mówi. Nie poznawałam tego głosu.
-Kim jesteś?- zmarszczyłam czoło i złapałam się za głowę.
-Nie poznajesz? To ja... Luke.- otrzymałam odpowiedź.
Jeżeli to faktycznie jest on, to jest strasznie inny niż w samolocie- dużo bardziej nieśmiały.
-Co? Mówiłaś coś?- ponownie się odezwał.
-Niee...
Dość tego!
Mocno i długo zamrugałam, następnie wreszcie ujrzałam upragniony widok- salę szpitalną... No może nie to chciałam zobaczyć, ale to już coś.
-Luke...? Co ty tu robisz?- zapytałam spoglądając na chłopaka -I zabierz tą cholerną lampkę!
Luke poderwał się z krzesła i delikatnie odsunął przedmiot.
-Poczekaj, pójdę po lekarza.- oznajmił wychodząc, ale pamiętał żeby nie trzasnąć drzwiami.
-Nigdzie się nie ruszam.- odpowiedziałam w przestrzeń i przymknęłam oczy.
Jejku... który dzisiaj w ogóle jest? Pewnie piątek, tuż po wypadku.
Na szczęście pamiętałam co było powodem mojej wizyty w szpitalu.
Nagle drzwi z impetem się otworzyły. Wpadł na salę najpierw lekarz z pielęgniarką, a na końcu Luke.
-Dzień dobry, pani. Wszystko w porządku?- przywitał się mężczyzna w białym fartuchu. Ostrożnie wyjrzałam za okno. Byliśmy na dość wysokim piętrze, ale i tak zauważyłam, że ziemię spowił biały puch. Nie dawała mi spokoju data dnia.
-Który dzisiaj jest?- zignorowałam powitanie lakarza i zapytałam.
-18 grudnia, Danielle.- odpowiedział mi Luke.
-Który?!- krzyknęłam, czego od razu pożałowałam.
-Była pani w śpiączce, ponad miesiąc.- odezwał się mężczyzna.
-Co..? Jak to?- nie mogłam uwierzyć w to co słyszałam. Nagle coś sobie przypomniałam -Co z moimi rodzicami?! Z Erickiem?!- gwałtownie podniosłam się z łóżka, co wywołało ból w klatce piersiowej.
-Proszę się nie podnosić! To jeszcze za wcześnie!- pielęgniarka podbiegła do mnie i delikatnie ułożyła z powrotem do łóżka.
-Co-z-moją-rodziną!- wycedziłam przez zęby.
-Nie wiemy. Jeszcze nie ustaliliśmy, którzy z pasażerów to pani rodzina. Większość... zginęła. Wszyscy pasażerowie, którzy przeżyli, zostali umieszczeni w szpitalu w Londynie. Jutro będzie pani mogła zobaczyć ich dane. Tylko kilkoro z nich jeszcze tutaj przebywa.- zaznaczył lekarz.
-Nie! Idziemy dziś! Teraz!- oświadczyłam.
-Ale to za wcześnie. Nie może pani...
-Nie obchodzi mnie to! Idziemy!- rozkazałam przerywając pielęgniarce.
-Dobrze. Jakoś powinna pani dać radę...- powiedział lekarz, wyprzadzając kobietę.
-Dobrze, więc chodźmy.- zaczęłam wstawać.
-Danielle. Jesteś pewna?- odezwał się Luke, niepewny moich zamiarów.
-Tak!- wydarłam się.
Lekarz z niewielką pomocą pielęgniarki usadził mnie na wózku. Wieźli mnie korytarzami ogromnego szpitala. Na górę, to na dół. W koło słychać było krzyki, trwogę, płacz, bieganinę... Jeden wielki chaos. Minęliśmy rodzinę. Płakali. Kobieta była bliska załamania nerwowego. Jeżeli już to nie nastąpiło. Pewnie zmarł jej ktoś bliski. Strasznie szkoda mi takich ludzi. Ich życie wywraca się do góry nogami przez coś takiego. Na przykład umrze ktoś, kto utrzymywał całą rodzinę. I co wtedy? Wtedy zostają z niczym. Kompletnie niezdolni do życia. Dotarło do mnie, że mnie mogło się to samo przydarzyć.
Co jeżeli mama nie żyje? Co jeżeli tata nie żyje? Co jeżeli... nie żyje Eric? Nie! To niemożliwe!
Zmagałam się z myślami. Nie chciałam dopuszczać do siebie czegoś takiego, mimo że było bardzo prawdopodobne. W końcu to katastrofa. Samolot spadł. Uderzył w ziemię. Spłonął...
-Proszę, oto jesteśmy.- zatrzymaliśmy się przed jakimś gabinetem. Przez cały czas Luke spacerował za moim wózkiem.
Właściwie to co on tutaj robi? Przecież powinien być w domu.
Wjechaliśmy do pomieszczenia. Pod ścianą stał ogromny regał, z równie ogromną ilością szuflad. Lekarz powoli zaczął wyciągać jakieś papiery z poszczególnych i kładł na biurku, przy którym siedziałam ja.
-Proszę. To już wszystkie. To są karty pacjentów, którzy zostali przyjęci tego dnia, którego miała pani wypadek.- przed moimi oczami leżało tylko kilka kart.
-Jak to? Tylko tyle?- nie ukrywałam zdziwienia.
-Tak.  Nikt nie powiedział, że... że dużo osób przeżyło...- lekarz wahał się.
-Dobrze...- przełknęłam ciężko ślinę i zabrałam się do przeglądania kartek.
Jedna... druga... trzecia. Nie ma... gdzie te karty?!
Z każdą kolejną kartką w moich oczach gromadziło się coraz więcej łez. Nie mogłam trafić na żadną, na której byłyby choć jedne upragnione dane.
-Tak! Jest! Jedna jest!- wydarłam się jak idiotka, ale prze szczęśliwa idiotka. Nie zważając już nawet na to, że głowa mi pękała.
Eric żyje! Eric żyje! Muszę go zobaczyć!
-To mój brat.- powiedziałam wskazując na kartkę -Gdzie on jest? Mogę się z nim zobaczyć?
Nadzieja zaiskrzyła w moim sercu. Jak mały promyczek oświetlający drogę w mroku.
-Ah tak. Dziecko zostało wypisane za szpitala jakieś dwa tygodnie temu. Nie wiemy co się teraz z nim dzieje...- lekarz był okropnie dosłowny, ale chociaż nie starał się nic przede mną zataić.
-Jak to nie wiecie?! Jak mogliście wypuścić w świat pięcioletnie dziecko, nie mając pewności, czy gdzieś tam ktoś na niego czeka?!- wydarłam się na lekarza. Pojawił się ból w klatce piersiowej. Nie mogłam złapać powietrza, a moje oddechy stawały się coraz płytsze.
-Danielle!- podbiegł do mnie Luke i złapał za ramiona.
-Pani Jenkins! Proszę zabrać ją na salę operacyjną!
Pielęgniarka gwałtownie złapała za rączki mojego wózka i biegiem zawiozła mnie za jakąś dziwną salę, gdzie prawdopodobnie zajęli się mną specjaliści. Przełożono mnie na łóżko operacyjne. Wokół mnie kręcili się ludzie, których z każdą chwilą stawało się coraz więcej. Wszystko działo się strasznie szybko i widziałam to jak przez mgłę. Lekarze krzyczeli do siebie jakieś dziwne polecenia. Obróciłam głowę w lewą stronę i zauważyłam Luke'a który szarpał się z jakimś człowiekiem, a następnie podbiegł do mnie, złapał moją twarz w dłonie i coś mówił, ale nic nie słyszałam. Wtedy spowiła mnie ciemność...
____________________________________________________________________
Witam, witam po małej przerwie. Rozdział nie pokazywał się dlatego iż aż ponieważ koniec półrocza dał mi się porządnie we znaki i niestety nie miałam czasu nic napisać, a tym bardziej dodać. Z tego rozdziału jestem cholernie niezadowolona :/ Jakiś taki nijaki jest. Do kolejnego muszę się porządnie przyłożyć.
WIELKIE DZIĘKI ZA DWIE OBSERWACJE! To dla mnie naprawdę dużo znaczy! Nie mogę w to uwierzyć. Jeszcze raz WIELKIE DZIĘKI! :)
KOMENTUJCIE


LoLa

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Rozdział 6

Wysiadłam z samochodu. Nagle wszystkie spojrzenia padły na moją osobę. Nawet jeszcze dobrze nie weszłam do szkoły, jednak kiedy to zrobiłam, chyba ponad połowa uczniów, którzy stali na korytarzu podczas kiedy szłam, gapiła się na mnie jak na ósmy cud świata. Nic sobie z tego nie robiłam. Szłam z lekko uniesioną głową, trzymając za rączkę Erica, z zewnątrz dumna i zarozumiała, wewnątrz upokorzona i zraniona.
-Mamo, ty pójdziesz po moje świadectwa, ja pójdę po kartkę z dotychczasowymi ocenami od wychowawczyni. Zdążę przyjść do was, akurat na podpisanie... tego czegoś o przeniesienie.- zatrzymałam się, spoglądając na moją rodzicielkę.
-Ta jasne...- odpowiedziała tylko, unikając mojego spojrzenia.
-Zaraz przyjdę, mały.- posłałam mojemu braciszkowi najlepszy uśmiech, na jaki było mnie wtedy stać i powędrowałam w stronę sali, gdzie odbywały się moje zajęcia z wychowawcą.
-Dzień dobry.- weszłam do klasy jak gdyby nigdy nic, a wszystkie buzie już skierowane były w moją stronę.
-Oooo! A któż to raczył zaszczycić nas swoją obecnością?- zaironizowała nauczycielka, stając z rękami podpartymi na biodrach. Zadzwonił dzwonek i zeszła się pozostała część klasy. Kolejni uczniowie gapili się we mnie jak w obrazek.
-Taaa... pomińmy wstępną gadkę i przejdźmy do sedna sprawy. Przyszłam po kartkę z moimi ocenami, którą miała mi pani wypisać.- podeszłam bliżej kobiety.
-Jaką "kartkę z ocenami"? O co ci chodzi?- nauczycielka patrzyła się na mnie jak na największą idiotkę.
-Wczoraj-po lekcjach-byłam u pani-w klasie-i poprosiłam-panią-żeby mi wypisała-moje oceny. Rozumie-pani?- mówiłam do niej złożonymi wyrazami, jak do dziecka, robiąc przerwy i naciskając na poszczególne słowa.
-A tak, tak! Już pamiętam! Gdzieś ją tu mam...- nauczycielka podeszła do biurka i zaczęła szukać karteczki, wywracając wszystko do góry nogami.
-O! Jest! Tak w ogóle to, co to za strój?! Regulamin ZABRANIA zakładania tak wysokich szpilek do szkoły! Dozwolone jest tylko max 6 cm!- zbulwersowała się nauczycielka.
-Zacznijmy od tego, że ja nie należę już do tej szkoły, poprzez to, ile mają pani szpilki?- spojrzałam na jej buty. Były wyższe od moich, które miały około 12 cm- Kończąc na tym, że mi się spieszy. Mogę tą kartkę?- zapytałam zniecierpliwiona starając się ignorować spojrzenia całej klasy.
-Eee...tak, tak! Proszę.- powiedziała nauczycielka lekko zawstydzona swoimi szpilkami- Ale po co ci ta kartka?
-Wyprowadzam się i przenoszę do innej szkoły. Potrzebne im są moje dotychczasowe oceny.
-Ah tak! No to powodzenia w nowej szkole.- nagle drzwi się otworzyły i zobaczyłam w nich osobę, której nie miałam najmniejszej ochoty w tamtej chwili oglądać: Davida- Gdzie się przenosisz?- lekko zszokowana, spuściłam wzrok i przybrałam znów kamienny wyraz twarzy.
-Lepiej, żeby niektóre osoby, tego nie wiedziały.- byłam pewna, że kiedy mówiłam David'owi i Vicky gdzie jadę, wcale mnie nie słuchali. Mój chłopak były chłopak stał w drzwiach i gapił się na mnie tak, jak reszta mojej klasy.
-Dziękuję. Do widzenia.- wzięłam karteczkę, orientując się, że mama pewnie już na mnie czeka i wyszłam, mijając bez zaszczycenia choćby spojrzeniem mojego ex... czy moją byłą przyjaciółkę.
-Danielle! Poczekaj!- zatrzymałam się słysząc głos. Kiedy zobaczyłam Davida idącego w moją stronę, automatycznie przyspieszyłam.
-Odwal się!- powiedziałam tylko i weszłam do pokoju mojej już byłej dyrektorki.

Siedziałam w swoim pokoju i nerwowo zerkałam na zegarek. Po powrocie ze szkoły, zegar na ścianie wybił dokładnie 11.00 Teraz była już prawie 14. Bałam się. Zarąbiście bałam się, że nie zdążę. Ojciec wynajął helikopter od jakiegoś znajomego, żeby zabrał nasze rzeczy.
Hmmm... jednak znajomości na coś się przydają.
Samochód już od godziny wystawiony był na sprzedaż. Wszystko działo się tak szybko. Za szybko. Jednego dnia jestem sobie szczęśliwa w związku z David'em, z wspaniałą przyjaciółką, w wielkim domu w L.A, a następnego Dave mnie zdradza, my się wyprowadzamy, a ja zostaje z niczym. 
-Ałć!- pisnełam wkładając automatycznie palec do ust. Zacięłam się zdjęciem. Spojrzałam na nie. To jedno z tych, na których byłam mega szczęśliwa z Vicky i Davem na jakiejś imprezie.
To były czasy...
Wszystko wróciło. Przez głowę przelatywały mi tysiące wspomnień. Tych wspaniałych chwil spędzonych razem. Bawiliśmy się. Była z nas dobrana paczka, ale Vicky od zawsze była sama. Nie miała chłopaka. Powinna była domyślić się, że coś jest nie tak. Te ich spojrzenia i tajemnicze uśmiechy.
-Zaraz, zaraz.- coś mi się przypomniało. Gwałtownie zerwałam się z ze sterty moich gratów i sięgnęłam do pudła, gdzie zapakowane były już albumy ze zdjęciami i sięgnęłam po jeden z nich. Nie taki przypadkowy. Tam były te zdjęcia o których nikt nie wiedział. Te przypałowe, te najlepsze, czyli z imprez. Szybko przewijałam kartki albumu, penetrując dokładnie każdą fotkę. Aż trafiłam na tą odpowiednią. Może i na pierwszym planie byłam ja, ale to co było z tyłu. Vicky i David. Pijani... całujący się. Nie było widać twarzy. Owszem, ale pamiętam tą imprezę. Jak przez mgłę, ale pamiętam.

-Phil! Chodź! Zrobisz nam zdjęcie!- krzyknęłam do mojego kumpla.
-Nieee! Zróbcie sobie tylko wy. O! Najlepiej tam! Jest lepsze światło i w tle będzie basem. Ja idę po drinki.- powiedział David.
-Ja zaraz przyjdę...jak tylko zahaczę o łazienkę- Vicky już zataczała się. Ja i Dave byliśmy jeszcze przy zdrowych zmysłach.
-Ehhh...Phil! Chodź! Sama sobie zrobię, a jak tamci wrócą to zrobimy grupowe.- zawołałam. Rozejrzałam się i wybrałam odpowiednie miejsce na fotkę. Ustawiłam się i po chwili moją osobę oświetlił błysk flesza z telefonu.
-Dzięks!- zabrałam telefon i spojrzałam co z tego wyszło.
-Łał! Nawet jak jesteś zalana to na zdjęciach wychodzisz super!- pochwalił mnie Phil.
-Eeee tam. Przesadzasz!- zarumieniłam się.
Odwróciłam się w celu poszukania moich przyjaciół. Zobaczyłam jak siedzą na kanapie.
-Ejjj! Czemu nie przyszliście na zdjęcia?-zapytałam podchodząc do nich. Naprawdę chciałam uwiecznić taką imprezę. Biorąc pod uwagę to, że ja wiecznie robiłam zdjęcia. Wtedy też  chciałam.
-Eeee...-zakłopotał się Dave.- Vicky omal się nie wyjebała, więc usiedliśmy.
-Jejku! Ona zdecydowanie przegięła! Wracajmy już!

Wcale się nie przewróciła! Oni się całowali! Czemu ich wtedy nie przyłapałam?!
Z moich rozmyślań wyrwał mnie głos Erica stojącego w drzwiach.
-D.? Cemu paces?
Co? Przecież ja nie...
Złapałam się za policzki.
Faktycznie!
Nawet nie zauważyłam, że się popłakałam. Pewnie przez ten nadmiar emocji.
-Ja tylko... będę tęsknić za tym miejscem. Tutaj się, przecież urodziłam i wychowałam, mały.- wyciągnęłam ręce, zachęcając Erica, aby do mnie przyszedł.
-Aaaa.
-No to co? Spakowany już?- zapytałam chcąc jak najszybciej zmienić temat.
-Tak. Mama psed chwilką skoncyła sprawdzać cy wsystko spakowane- mały wyszczerzył ząbki.
-A cooo ty na to, żeby mi pomóc?- nie chodziło o to, że chciałam go wykorzystać, tylko może mu się nudzi, a tak to razem pobawimy się i spakujemy moje rzeczy.
Połączone przyjemne z pożytecznym.
-Jasne! Ja spakuje twoje zecy z tamtych półek!- powiedział wskazując wskazując na szafkę z książkami i płytami. Dobry pomysł. Wszędzie sięgał, i do tego nie miał jak czegoś stłuc.
-A ja wezmę się za pakowanie reszty dupereli...- poinformowałam jakby sama siebie, sięgając równocześnie do najwyższej półki.
Podczas całej pracy nie obyło się bez wspomnień związanych ze zdjęciami czy najzwyklejszą z świecie książką. Od zawsze denerwowało mnie moje życie. Ta irytująca monotonia. Chciałam żeby coś się zmieniło. Na lepsze. Żeby moi rodzice zaczęli pod uwagę moją osobę, żeby zaczęli lepiej traktować Erica, ponieważ mimo że poświęcali mu dużo uwagi, to i tak nie wychowywali go tak, jak powinni oraz wiele innych. Po prostu pragnęłam zmian.
Od zawsze nie wiedziałam czym zajmowali się moi rodzice. Z rana zwyczajnie wychodzili do pracy, ale nie miała pojęcia gdzie. Ojciec tylko narzekał jaki to on jest zmęczony pracą. Czemu tego nie wiedziałam? Bo nigdy ze sobą nie rozmawialiśmy, nie obchodziła, ich... a oni mnie. Kiedy czegoś chcieli, to ja byłam pierwszą osobą, do której zwracali się o pomoc, lecz gdy odmówiłam wywoływałam istne piekło. Zakazy, kary... przemoc. Kiedy jeszcze byłam mała potrafiłam się zbuntować i postawić, ale nie obronić. Często przychodziłam, do szkoły z posiniaczonymi rękami, a na pytania typu "Boże! Co ci się stało?!" odpowiadałam, że po prostu się przewróciłam. Tylko Vicky i David znali prawdę, ale dlaczego nie zauważyłam, że Dave nic sobie z tego nie robił. Nie bronił mnie przy rodzicach, nie pomagał mi.
Byliśmy ze sobą ponad rok. Jakiś czas przed przeprowadzką zaczął chcieć ode mnie czegoś więcej. Zawsze odmawiałam, jeżeli zachodziło między nami coś większego, ZAWSZE go stopowałam, kiedy tylko zaczynał się do mnie dobierać. Z początku tłumaczyłam mu, że nie jestem gotowa, że mamy jeszcze czas. Rozumiał to. Przynajmniej udawał, że rozumie, ale do czasu. Później zaczęło go to denerwować. Pewnie wtedy powstał jego romans z Vicky!
A to dziwka! Jaka ja byłam ślepa...


*
Wciągnęłam głęboko powietrze. Spojrzałam poraz ostatni na dom.
Ostatni oddech, ostatnie spojrzenie, ostatnie łzy... Czas się pożegnać. 
Wypuściłam głośno powietrze w płuc. Musiałam to zrobić... nawet chciałam. Zostawić to wszystko, te wspomnienia i zacząć od nowa. Tak po prostu.
Wsiadłam do samochodu, reagując w końcu na któreś z kolei nawoływanie mnie po imieniu i ruszyliśmy w stronę lotniska.

Ciągnęłam za sobą, swoją niebywale ciężką walizkę.
Już czas... Danielle, to już czas.
Ciałem byłam na lotnisku, ale duchem całkowicie gdzie indziej. Może i przywiązanie nie pozwalało mi na opuszczenie Los Angeles bez bólu serca, ale równocześnie chciałam wyjechać. Chyba pierwszy raz w życiu byłam wdzięczna rodzicom za ich podjętą decyzję, wbrew mnie. Dzięki przeprowadzce nie musiałam już nigdy więcej oglądać mordy mojego byłego.
Szliśmy pospiesznym krokiem przez lotnisko, mijając wielu ludzi. Była tam chyba połowa stanu! Ludzie tłoczyli się ze wszystkich stron, popychając się nawzajem. Tu grupka ludzi uściskająca sobie serdecznie dłonie na pożegnanie, tam rodzina obładowana kilkunastoma pokaźnymi paczkami z prawdopodobnie prezentami gwiazdkowymi. Nagle w oddali dostrzegłam parę. Pocałowali się namiętnie i długo, a następnie mocno w siebie wtulili. Dziewczyna wylewała z siebie morze łez. Najdziwniejsze było to, że chłopak również. Było zdecydowanie widać, że się mocno i szczerze kochali. Zrobiło mi się ogromnie przykro. Ja też powinnam wtedy żegnać się tak z David'em. Powinniśmy stać i najdłużej jak sie da, trwać w pocałunku. Los jednak chciał inaczej. Nie byliśmy sobie pisani, a ja nie jestem jedną z tych dziewczyn, które pomimo ewidentnej zdrady, wracają do swoich chłopaków, jeszcze rzucając im się w ramiona.
Nigdy w życiu nie chcę się związać z takiej typem.
Chciałam rozpocząć nowy rozdział. Zacząć od nowa. Od podstaw nauczyć się życia.
Podałam jakiejś pani swój bilet. Ta posłała mi życzliwy uśmiech i zachęcającym gestem zaprosiła do jakiegoś dziwnego tunelu. Byliśmy już prawdopodobnie ostatnimi osobami, które leciały tym samolotem. Chyba, że byli jeszcze jacyś spóźnialscy. Weszłam do samolotu i odszukałam wzrokiem swoje miejsce. W duchu modliłam się, żebym nie musiała siedzieć koło moich rodziców. Chciałam zająć miejsce koło kogokolwiek, tylko nie koło nich.
Usiadłam tam, gdzie wskazywał mój bilet- pod oknem. Po chwili moi rodzice, razem z Erickiem również zajęli miejsca. Byli dość daleko ode mnie.
O Matko jak dobrze...
Na lotnisku ludzi było od groma, a koło mnie nikt nie usiadł.Miejsca do końca pozostały wolne.  Za to w równoległym rzędzie usadowił się chłopak, który z początku siadł przy oknie, tak jak ja, ale później przeniósł się na brzeg rzędu, ponieważ przyszli ludzie i zaczęli na niego naskakiwać, że zajął im miejsce.
Po chwili zorientowałam się, że od kilku minut chamsko przyglądam się, sytuacji. Odwróciłam głowę w stronę widoków za szybą.
Ale pięknie!
Kłębiące się chmury pod nami, a nad nami tylko cudne błękitne niebo. Niezwykły widok. Wtuliłam się w szybę.
Ale co z psem? Otóż piesek, może nie za wygodnie, ale jednak siedział sobie w mojej torbie... Nie wiedziałam co z nim zrobić, więc pozostało mi tylko to.
Jak to możliwe, że za kilka godzin zacznę "nowe życie"? W nowym domu, z nowymi ludźmi, w nowym domu, w nowej szkole. Nie wierzę...
Przymknęłam delikatnie powieki, nie w calu zaśnięcia, ale zatrzymania próby opanowania oddechu. W głowie pojawiło mi się wiele negatywnych myśli. Zbyt wiele. Zaczęło mi się kręcić w głowie. Zdecydowanie za wiele wrażeń na raz. Jednak zamknięcie oczu, zaowocowało nie tylko opanowaniem się, ale również głębokim snem.

Obudził mnie głos stewardessy.
-Prosimy o zapięcie pasów. Podchodzimy do lądowania!
Jak to?! Już lądujemy?  Niemożliwe!
Spojrzałam na chłopaka w rzędzie obok. Słodko sobie spał.
Pewnie jest mu niewygodnie bo tamte grubasy się rozpychają.
Tak, owszem. Siedziało koło niego małżeństwo. Byli okropnie otyli! Chłopakowi pozostał tylko skrawek miejsca a tamci i tak mięli go za mało.
-Mamo...-odwróciłam się szukając wzrokiem rzędu moich rodziców- Już jesteśmy w Londynie?
-Nie! Lecimy dopiero 2 godziny! Lądujemy awaryjnie. Przesiadka do innego samolotu.- odkrzyknęła budząc tym samym chłopaka. Ten delikatnie się rozciągnął sycząc z bólu.
Jejku... Tak mi go szkoda. Może przesiądzie się do mnie?
Nachyliłam się ostrożnie do sąsiedniego rzędu.
-Hej. Może się przysiądziesz? Widzę, że tutaj ci nie za wygodnie...- zaproponowałam.
-Jasne! Dzięki wielkie!- chłopak wstał, zabierając również swój plecak, przeniósł się do mnie.
-Nawet nie wiesz jaki jestem ci wdzięczny. Tamte pasztety miażdżyły mi żebra.- wyszeptał wskazując na małżeństwo, które obecnie dosłownie rozwaliło się na siedzeniach.
-Nie ma za co.- chciałam się uśmiechnąć, ale nie byłam w stanie.
Coś czuje, że już nigdy nie będzie jak dawniej...

____________________________________________________________________________
WRÓCIŁAM! Heeej misiaczki! Oto najnowszy rozdział. Jak tam w nowym roku? Coś się polepszyło? Mam nadzieję, że wszystko w porządku :)
Pamiętajcie zagłosować! Do następnego :) Jeżeli się podoba, wiecie co robić...
...KOMENTUJCIE



LoLa