-Mamo, ty pójdziesz po moje świadectwa, ja pójdę po kartkę z dotychczasowymi ocenami od wychowawczyni. Zdążę przyjść do was, akurat na podpisanie... tego czegoś o przeniesienie.- zatrzymałam się, spoglądając na moją rodzicielkę.
-Ta jasne...- odpowiedziała tylko, unikając mojego spojrzenia.
-Zaraz przyjdę, mały.- posłałam mojemu braciszkowi najlepszy uśmiech, na jaki było mnie wtedy stać i powędrowałam w stronę sali, gdzie odbywały się moje zajęcia z wychowawcą.
-Dzień dobry.- weszłam do klasy jak gdyby nigdy nic, a wszystkie buzie już skierowane były w moją stronę.
-Oooo! A któż to raczył zaszczycić nas swoją obecnością?- zaironizowała nauczycielka, stając z rękami podpartymi na biodrach. Zadzwonił dzwonek i zeszła się pozostała część klasy. Kolejni uczniowie gapili się we mnie jak w obrazek.
-Taaa... pomińmy wstępną gadkę i przejdźmy do sedna sprawy. Przyszłam po kartkę z moimi ocenami, którą miała mi pani wypisać.- podeszłam bliżej kobiety.
-Jaką "kartkę z ocenami"? O co ci chodzi?- nauczycielka patrzyła się na mnie jak na największą idiotkę.
-Wczoraj-po lekcjach-byłam u pani-w klasie-i poprosiłam-panią-żeby mi wypisała-moje oceny. Rozumie-pani?- mówiłam do niej złożonymi wyrazami, jak do dziecka, robiąc przerwy i naciskając na poszczególne słowa.
-A tak, tak! Już pamiętam! Gdzieś ją tu mam...- nauczycielka podeszła do biurka i zaczęła szukać karteczki, wywracając wszystko do góry nogami.
-O! Jest! Tak w ogóle to, co to za strój?! Regulamin ZABRANIA zakładania tak wysokich szpilek do szkoły! Dozwolone jest tylko max 6 cm!- zbulwersowała się nauczycielka.
-Zacznijmy od tego, że ja nie należę już do tej szkoły, poprzez to, ile mają pani szpilki?- spojrzałam na jej buty. Były wyższe od moich, które miały około 12 cm- Kończąc na tym, że mi się spieszy. Mogę tą kartkę?- zapytałam zniecierpliwiona starając się ignorować spojrzenia całej klasy.
-Eee...tak, tak! Proszę.- powiedziała nauczycielka lekko zawstydzona swoimi szpilkami- Ale po co ci ta kartka?
-Wyprowadzam się i przenoszę do innej szkoły. Potrzebne im są moje dotychczasowe oceny.
-Ah tak! No to powodzenia w nowej szkole.- nagle drzwi się otworzyły i zobaczyłam w nich osobę, której nie miałam najmniejszej ochoty w tamtej chwili oglądać: Davida- Gdzie się przenosisz?- lekko zszokowana, spuściłam wzrok i przybrałam znów kamienny wyraz twarzy.
-Lepiej, żeby niektóre osoby, tego nie wiedziały.- byłam pewna, że kiedy mówiłam David'owi i Vicky gdzie jadę, wcale mnie nie słuchali. Mój
-Dziękuję. Do widzenia.- wzięłam karteczkę, orientując się, że mama pewnie już na mnie czeka i wyszłam, mijając bez zaszczycenia choćby spojrzeniem mojego ex... czy moją byłą przyjaciółkę.
-Danielle! Poczekaj!- zatrzymałam się słysząc głos. Kiedy zobaczyłam Davida idącego w moją stronę, automatycznie przyspieszyłam.
-Odwal się!- powiedziałam tylko i weszłam do pokoju mojej już byłej dyrektorki.
Siedziałam w swoim pokoju i nerwowo zerkałam na zegarek. Po powrocie ze szkoły, zegar na ścianie wybił dokładnie 11.00 Teraz była już prawie 14. Bałam się. Zarąbiście bałam się, że nie zdążę. Ojciec wynajął helikopter od jakiegoś znajomego, żeby zabrał nasze rzeczy.
Hmmm... jednak znajomości na coś się przydają.
Samochód już od godziny wystawiony był na sprzedaż. Wszystko działo się tak szybko. Za szybko. Jednego dnia jestem sobie szczęśliwa w związku z David'em, z wspaniałą przyjaciółką, w wielkim domu w L.A, a następnego Dave mnie zdradza, my się wyprowadzamy, a ja zostaje z niczym.
-Ałć!- pisnełam wkładając automatycznie palec do ust. Zacięłam się zdjęciem. Spojrzałam na nie. To jedno z tych, na których byłam mega szczęśliwa z Vicky i Davem na jakiejś imprezie.
To były czasy...
Wszystko wróciło. Przez głowę przelatywały mi tysiące wspomnień. Tych wspaniałych chwil spędzonych razem. Bawiliśmy się. Była z nas dobrana paczka, ale Vicky od zawsze była sama. Nie miała chłopaka. Powinna była domyślić się, że coś jest nie tak. Te ich spojrzenia i tajemnicze uśmiechy.
-Zaraz, zaraz.- coś mi się przypomniało. Gwałtownie zerwałam się z ze sterty moich gratów i sięgnęłam do pudła, gdzie zapakowane były już albumy ze zdjęciami i sięgnęłam po jeden z nich. Nie taki przypadkowy. Tam były te zdjęcia o których nikt nie wiedział. Te przypałowe, te najlepsze, czyli z imprez. Szybko przewijałam kartki albumu, penetrując dokładnie każdą fotkę. Aż trafiłam na tą odpowiednią. Może i na pierwszym planie byłam ja, ale to co było z tyłu. Vicky i David. Pijani... całujący się. Nie było widać twarzy. Owszem, ale pamiętam tą imprezę. Jak przez mgłę, ale pamiętam.
-Phil! Chodź! Zrobisz nam zdjęcie!- krzyknęłam do mojego kumpla.
-Nieee! Zróbcie sobie tylko wy. O! Najlepiej tam! Jest lepsze światło i w tle będzie basem. Ja idę po drinki.- powiedział David.
-Ja zaraz przyjdę...jak tylko zahaczę o łazienkę- Vicky już zataczała się. Ja i Dave byliśmy jeszcze przy zdrowych zmysłach.
-Ehhh...Phil! Chodź! Sama sobie zrobię, a jak tamci wrócą to zrobimy grupowe.- zawołałam. Rozejrzałam się i wybrałam odpowiednie miejsce na fotkę. Ustawiłam się i po chwili moją osobę oświetlił błysk flesza z telefonu.
-Dzięks!- zabrałam telefon i spojrzałam co z tego wyszło.
-Łał! Nawet jak jesteś zalana to na zdjęciach wychodzisz super!- pochwalił mnie Phil.
-Eeee tam. Przesadzasz!- zarumieniłam się.
Odwróciłam się w celu poszukania moich przyjaciół. Zobaczyłam jak siedzą na kanapie.
-Ejjj! Czemu nie przyszliście na zdjęcia?-zapytałam podchodząc do nich. Naprawdę chciałam uwiecznić taką imprezę. Biorąc pod uwagę to, że ja wiecznie robiłam zdjęcia. Wtedy też chciałam.
-Eeee...-zakłopotał się Dave.- Vicky omal się nie wyjebała, więc usiedliśmy.
-Jejku! Ona zdecydowanie przegięła! Wracajmy już!
Z moich rozmyślań wyrwał mnie głos Erica stojącego w drzwiach.
-D.? Cemu paces?
Co? Przecież ja nie...
Złapałam się za policzki.
Faktycznie!
Nawet nie zauważyłam, że się popłakałam. Pewnie przez ten nadmiar emocji.
-Ja tylko... będę tęsknić za tym miejscem. Tutaj się, przecież urodziłam i wychowałam, mały.- wyciągnęłam ręce, zachęcając Erica, aby do mnie przyszedł.
-Aaaa.
-No to co? Spakowany już?- zapytałam chcąc jak najszybciej zmienić temat.
-Tak. Mama psed chwilką skoncyła sprawdzać cy wsystko spakowane- mały wyszczerzył ząbki.
-A cooo ty na to, żeby mi pomóc?- nie chodziło o to, że chciałam go wykorzystać, tylko może mu się nudzi, a tak to razem pobawimy się i spakujemy moje rzeczy.
Połączone przyjemne z pożytecznym.
-Jasne! Ja spakuje twoje zecy z tamtych półek!- powiedział wskazując wskazując na szafkę z książkami i płytami. Dobry pomysł. Wszędzie sięgał, i do tego nie miał jak czegoś stłuc.
-A ja wezmę się za pakowanie reszty dupereli...- poinformowałam jakby sama siebie, sięgając równocześnie do najwyższej półki.
Podczas całej pracy nie obyło się bez wspomnień związanych ze zdjęciami czy najzwyklejszą z świecie książką. Od zawsze denerwowało mnie moje życie. Ta irytująca monotonia. Chciałam żeby coś się zmieniło. Na lepsze. Żeby moi rodzice zaczęli pod uwagę moją osobę, żeby zaczęli lepiej traktować Erica, ponieważ mimo że poświęcali mu dużo uwagi, to i tak nie wychowywali go tak, jak powinni oraz wiele innych. Po prostu pragnęłam zmian.
Od zawsze nie wiedziałam czym zajmowali się moi rodzice. Z rana zwyczajnie wychodzili do pracy, ale nie miała pojęcia gdzie. Ojciec tylko narzekał jaki to on jest zmęczony pracą. Czemu tego nie wiedziałam? Bo nigdy ze sobą nie rozmawialiśmy, nie obchodziła, ich... a oni mnie. Kiedy czegoś chcieli, to ja byłam pierwszą osobą, do której zwracali się o pomoc, lecz gdy odmówiłam wywoływałam istne piekło. Zakazy, kary... przemoc. Kiedy jeszcze byłam mała potrafiłam się zbuntować i postawić, ale nie obronić. Często przychodziłam, do szkoły z posiniaczonymi rękami, a na pytania typu "Boże! Co ci się stało?!" odpowiadałam, że po prostu się przewróciłam. Tylko Vicky i David znali prawdę, ale dlaczego nie zauważyłam, że Dave nic sobie z tego nie robił. Nie bronił mnie przy rodzicach, nie pomagał mi.
Byliśmy ze sobą ponad rok. Jakiś czas przed przeprowadzką zaczął chcieć ode mnie czegoś więcej. Zawsze odmawiałam, jeżeli zachodziło między nami coś większego, ZAWSZE go stopowałam, kiedy tylko zaczynał się do mnie dobierać. Z początku tłumaczyłam mu, że nie jestem gotowa, że mamy jeszcze czas. Rozumiał to. Przynajmniej udawał, że rozumie, ale do czasu. Później zaczęło go to denerwować. Pewnie wtedy powstał jego romans z Vicky!
A to dziwka! Jaka ja byłam ślepa...
*
Wciągnęłam głęboko powietrze. Spojrzałam poraz ostatni na dom.Ostatni oddech, ostatnie spojrzenie, ostatnie łzy... Czas się pożegnać.
Wypuściłam głośno powietrze w płuc. Musiałam to zrobić... nawet chciałam. Zostawić to wszystko, te wspomnienia i zacząć od nowa. Tak po prostu.
Wsiadłam do samochodu, reagując w końcu na któreś z kolei nawoływanie mnie po imieniu i ruszyliśmy w stronę lotniska.
Ciągnęłam za sobą, swoją niebywale ciężką walizkę.
Już czas... Danielle, to już czas.
Ciałem byłam na lotnisku, ale duchem całkowicie gdzie indziej. Może i przywiązanie nie pozwalało mi na opuszczenie Los Angeles bez bólu serca, ale równocześnie chciałam wyjechać. Chyba pierwszy raz w życiu byłam wdzięczna rodzicom za ich podjętą decyzję, wbrew mnie. Dzięki przeprowadzce nie musiałam już nigdy więcej oglądać mordy mojego byłego.
Szliśmy pospiesznym krokiem przez lotnisko, mijając wielu ludzi. Była tam chyba połowa stanu! Ludzie tłoczyli się ze wszystkich stron, popychając się nawzajem. Tu grupka ludzi uściskająca sobie serdecznie dłonie na pożegnanie, tam rodzina obładowana kilkunastoma pokaźnymi paczkami z prawdopodobnie prezentami gwiazdkowymi. Nagle w oddali dostrzegłam parę. Pocałowali się namiętnie i długo, a następnie mocno w siebie wtulili. Dziewczyna wylewała z siebie morze łez. Najdziwniejsze było to, że chłopak również. Było zdecydowanie widać, że się mocno i szczerze kochali. Zrobiło mi się ogromnie przykro. Ja też powinnam wtedy żegnać się tak z David'em. Powinniśmy stać i najdłużej jak sie da, trwać w pocałunku. Los jednak chciał inaczej. Nie byliśmy sobie pisani, a ja nie jestem jedną z tych dziewczyn, które pomimo ewidentnej zdrady, wracają do swoich chłopaków, jeszcze rzucając im się w ramiona.
Nigdy w życiu nie chcę się związać z takiej typem.
Chciałam rozpocząć nowy rozdział. Zacząć od nowa. Od podstaw nauczyć się życia.
Podałam jakiejś pani swój bilet. Ta posłała mi życzliwy uśmiech i zachęcającym gestem zaprosiła do jakiegoś dziwnego tunelu. Byliśmy już prawdopodobnie ostatnimi osobami, które leciały tym samolotem. Chyba, że byli jeszcze jacyś spóźnialscy. Weszłam do samolotu i odszukałam wzrokiem swoje miejsce. W duchu modliłam się, żebym nie musiała siedzieć koło moich rodziców. Chciałam zająć miejsce koło kogokolwiek, tylko nie koło nich.
Usiadłam tam, gdzie wskazywał mój bilet- pod oknem. Po chwili moi rodzice, razem z Erickiem również zajęli miejsca. Byli dość daleko ode mnie.
O Matko jak dobrze...
Na lotnisku ludzi było od groma, a koło mnie nikt nie usiadł.Miejsca do końca pozostały wolne. Za to w równoległym rzędzie usadowił się chłopak, który z początku siadł przy oknie, tak jak ja, ale później przeniósł się na brzeg rzędu, ponieważ przyszli ludzie i zaczęli na niego naskakiwać, że zajął im miejsce.
Po chwili zorientowałam się, że od kilku minut chamsko przyglądam się, sytuacji. Odwróciłam głowę w stronę widoków za szybą.
Ale pięknie!
Kłębiące się chmury pod nami, a nad nami tylko cudne błękitne niebo. Niezwykły widok. Wtuliłam się w szybę.
Ale co z psem? Otóż piesek, może nie za wygodnie, ale jednak siedział sobie w mojej torbie... Nie wiedziałam co z nim zrobić, więc pozostało mi tylko to.
Jak to możliwe, że za kilka godzin zacznę "nowe życie"? W nowym domu, z nowymi ludźmi, w nowym domu, w nowej szkole. Nie wierzę...
Przymknęłam delikatnie powieki, nie w calu zaśnięcia, ale zatrzymania próby opanowania oddechu. W głowie pojawiło mi się wiele negatywnych myśli. Zbyt wiele. Zaczęło mi się kręcić w głowie. Zdecydowanie za wiele wrażeń na raz. Jednak zamknięcie oczu, zaowocowało nie tylko opanowaniem się, ale również głębokim snem.
Obudził mnie głos stewardessy.
-Prosimy o zapięcie pasów. Podchodzimy do lądowania!
Jak to?! Już lądujemy? Niemożliwe!
Spojrzałam na chłopaka w rzędzie obok. Słodko sobie spał.
Pewnie jest mu niewygodnie bo tamte grubasy się rozpychają.
Tak, owszem. Siedziało koło niego małżeństwo. Byli okropnie otyli! Chłopakowi pozostał tylko skrawek miejsca a tamci i tak mięli go za mało.
-Mamo...-odwróciłam się szukając wzrokiem rzędu moich rodziców- Już jesteśmy w Londynie?
-Nie! Lecimy dopiero 2 godziny! Lądujemy awaryjnie. Przesiadka do innego samolotu.- odkrzyknęła budząc tym samym chłopaka. Ten delikatnie się rozciągnął sycząc z bólu.
Jejku... Tak mi go szkoda. Może przesiądzie się do mnie?
Nachyliłam się ostrożnie do sąsiedniego rzędu.
-Hej. Może się przysiądziesz? Widzę, że tutaj ci nie za wygodnie...- zaproponowałam.
-Jasne! Dzięki wielkie!- chłopak wstał, zabierając również swój plecak, przeniósł się do mnie.
-Nawet nie wiesz jaki jestem ci wdzięczny. Tamte pasztety miażdżyły mi żebra.- wyszeptał wskazując na małżeństwo, które obecnie dosłownie rozwaliło się na siedzeniach.
-Nie ma za co.- chciałam się uśmiechnąć, ale nie byłam w stanie.
Coś czuje, że już nigdy nie będzie jak dawniej...
____________________________________________________________________________
WRÓCIŁAM! Heeej misiaczki! Oto najnowszy rozdział. Jak tam w nowym roku? Coś się polepszyło? Mam nadzieję, że wszystko w porządku :)
Pamiętajcie zagłosować! Do następnego :) Jeżeli się podoba, wiecie co robić...
...KOMENTUJCIE
LoLa
Bardzo mi się podoba. Wczoraj zaczęłam czytać twój blog i jestem zachwycona.
OdpowiedzUsuńDziękuje! To bardzo dużo dla mnie znaczy! Dziś pojawi się nowy rozdział, który mam nadzieję, także Ci się spodoba :) x
OdpowiedzUsuń