Jednak najwidoczniej nic wtedy dobrze nie zrobiłam, że jestem sama...
Chciałam zostawić wszystko za sobą i zacząć żyć przyszłością. Przestać przejmować się ludźmi, którzy mnie zranili, przestać myśleć o moich nieżyjących rodzicach. Chciałam zacząć normalnie funkcjonować i nie miałam innego wyjścia jak wziąć los w swoje ręce i zapanować nad nim. Zacząć się uśmiechać i żyć pełnią życia. W końcu mamy je tylko jedno i trzeba je jak najlepiej wykorzystać, a nie tracić czas na użalanie się nad sobą.
Wstań i zacznij walczyć. Zacznij sobie ufać, zacznij wierzyć w swoje możliwości i przestań mówić, że nie dasz rady!
-Dasz radę.
-A jak nie?
-Dam.
-A jak nie?
-Dam.
-A jak upadnę?
-To się podniosę.
-A jak się nie podniosę?
-To sobie poleżę...
Nie chciałam być tą egoistką, którą bycie obrałam za cel jakiś czas wcześniej. Naprawdę nie chciałam. To była najwyższy czas zapomnieć o tym co było i rozpocząć pisanie nowej książki- na moich regułach. Nie nowego rozdziału, to za mało, ja chciałam napisać nową książkę, której główną bohaterką, szczęśliwą, tętniącą życiem i emanującą szczęściem będę ja.
~***~
Biegłam wczesnym wieczorem ulicami Los Angeles. Po mojej twarzy spływały strugi deszczu, który zastał mnie kiedy wracałam od przyjaciółki. Rozejrzałam się. Wokół mnie świat wręcz zwariował. Wszyscy biegali i trwożyli się, złośliwie mrucząc do siebie pod nosem, że przemokną, że gdzieś nie zdążą. Nikogo ten deszcz nie cieszył. Kiedy jest słońce, również każdy narzeka, że jest za gorąco i dostaną bólu głowy, że będzie susza. Nic im nie odpowiada. Każdego coś nie zadowala. Osobiście deszcz był mi obojętny. Mógł padać i nie padać. W obu sytuacjach, było w porządku.
Z ludźmi było tak w każdej sytuacji. Tak źle i tak niedobrze.
Jeszcze wszystko oceniają po okładce. Ze świecą szukać kogoś kogo interesuje czyjeś wnętrze, a nie wygląd zewnętrzny. Przecież liczy się charakter, a pozory mylą.
"Gruba- nie dba o siebie
Chuda- na prochach
Homo- chora
Bi- zagubiona
Żywa- przeszkadza
Martwa- była taka dobra"
Kiedy tak rozmyślałam, zorientowałam się, że dotarłam już pod mój dom. Powoli złapałam za klamkę i popchnęłam drzwi do wewnątrz.
-Co ty sobie wyobrażasz w ogóle?!
-Nie krzycz na mnie! Nic nie zrobiłam!
-Masz czelność jeszcze kłamać?! Przecież dobrze wiem, że to ty!
Usłyszałam strzępki kłótni. Znowu się kłócą. Zawsze kiedy tylko coś jest nie tak, oni się kłócą. Tylko u nas to nie jest zwykła kłótnia małżeńska. Oni nie stopują się. Co by się nie działo, oni wypominają sobie wszystko. Dosłownie. Zaklinają, na czym świat stoi. Począwszy od pierwszego dnia ich znajomości, skończywszy na dniu obecnym. Wyzwiska... rękoczyny...
-Jak ja bym... zresztą nieważne, takiej suce jak ty, to nikt nie przegada!
-Jak mnie nazwałeś?
-Tak jak kurwa słyszałaś!
Powoli weszłam w głąb domu i starając zachowywać się jak najciszej, przemieszczałam się w stronę mojego pokoju.
-A ty co? Nie potrafisz wrócić o normalnej godzinie?!- tym razem ojciec zwrócił się do mnie. Odwróciłam się zdejmując stopę ze stopnia, na którym uprzednio ją postawiłam.
-Jest lato. O 19 jest jasno, a do tego to wcale nie jest późno.- poirytowana starałam się jak najszybciej skończyć rozmowę i wykorzystać wszystkie porządne argumenty, aby wreszcie trafić do swojego pokoju, a następnie do łazienki. Marzę tylko o gorącej kąpieli... mimo że przed chwilą zostałam zlana wodą, a do tego jest lato. Prze okropnie zmarzłam.
-Co z tego, że jest wcześnie?! Wyszłaś z samego rana! Powinnaś być kurwa w domu o 15 i koniec!- kontynuował, a moja matka tylko stała obok i w ciszy przyglądała się sytuacji.
-Ta jasne. Coś jeszcze? Chcę iść do siebie.- wywróciłam oczami i delikatnie potarłam rękami swoje ramiona.
-Jak ty się do mnie odzywasz?! Kim ty jesteś?! Gówniarz z ciebie i tyle!- matka naprawdę go zdenerwowała, a ja tylko pogarszam sytuację.
-Nie wyzywaj mnie!- syknęłam przez zaciśnięte zęby i ponownie stojąc tyłem do schodów postawiłam jedną stopę na stopniu w celu ewentualnej jak najszybszej ucieczki.
-C-coś ty powiedziała? Może szacunku trochę?!- mój ojciec groźnie na mnie spojrzał i zrobił krok w moją stronę, a ja automatycznie postawiłam drugą stopę na schodku.
-To co słyszałeś. Nie pozwalaj sobie.
-Czy ciebie to...? Ty taki skurwysynek, nic nie robisz, nie pomagasz, a dostajesz ode mnie wszystko, śmiesz jeszcze tak mi się odwdzięczać?!- ryknął znów się do mnie zbliżając, ale ja tym razem sparaliżowa strachem stałam w miejscu spoglądając na mamę w poszukiwaniu pomocy, ale jej nie było tam gdzie stała wcześniej. Ona po prostu poszła do salonu i włączyła telewizję. Ze łzami w oczach rzuciłam gniewne spojrzenie mojemu ojcu. Czas to skończyć. Nie będzie mnie poniżał. Nabrałam odwagi i postanowiłam wreszcie powiedzieć co o nim myślę.
-Dostaje wszystko?! Dostaje wszystko?! O co bym cię nie poprosiła, zawsze mówisz "nie"! Zawsze musiałam robić wszystko żeby uzbierać pieniądze i kupić sobie choćby buty, których już nie miałam! Nigdy nie dostałam od ciebie czegoś na urodziny! Nigdy nie dostałam od ciebie żadnej pochwały! NIGDY!- naprawdę podobało mi się to, że wreszcie wyrzuciłam z siebie to czego nie miałam odwagi powiedzieć nawet wczoraj. Chcę wreszcie normalnie żyć. Może coś do niego dotrze. -Czasami padałam na twarz, a ty potrafiłeś mi powiedzieć, że nic nie robię! Na twoich oczach sprzątałam, a ty pytałeś się mnie czy coś robiłam! Rujnujesz mnie! Do kurwy nędzy, moja psychika już nie wytrzymuje! Nienawidzę cię! Daj mi już spokój!- wreszcie mu się postawiłam! Tak! Jestem z siebie dumna!
Wtedy nastąpił wybuch. Mój rodziciel pokonał dzielący nas dystans kilku metrów, ściągnął mnie ze stopnia, tak żeby mógł nade mną gotować i wymierzył mi siarczysty policzek. Złapałam się za pulsujące bólem miejsce i spojrzałam na niego z rozczarowaniem. Kiedy nasze spojrzenia się skrzyżowały, on otwartą dłonią zadał mi kolejny cios- w plecy, doprawiajac całość, pięścią uderzył w to samo miejsce co sekundę wcześniej. Zgięłam się w pół i upadłam uderzając głową o schodek, na którym wcześniej stałam.
Wtedy do pomieszczenia gdzie byliśmy przyszedł Erick.
-Co się dzieje?- zapytał przecierając oczy. Zapewne spał, ale nasze krzyki go obudziły.
-Nic! Wyjdź stąd bachorze!
-Nie krzycz na niego...- wyszeptałam powoli próbując podnieść się z podłogi, ale wszystko mi się rozmazywało.
-Jeszcze ci mało gówniaro?- zapewne już chciał wymierzyć mi kolejny cios, lecz ja w geście obronnym wyciągnęłam przed siebie rękę z otwartą dłonią. Wtedy stało się coś niezwykłego. Jego dłoń zatrzymała się "w locie". Kiedy próbował dalej mnie uderzyć, ja ciągle trzymałam dłoń wyciągniętą przed siebie, dzięki czemu nic mi nie zrobił. Jakby jakaś siła go zatrzymywała. Delikatnie podniosłam się i zaczęłam chwiejnym krokiem powoli wchodzić po schodach. Mój braciszek swoimi malutkimi rączkami próbował mnie podtrzymywać. Wreszcie dotarłam do swojego pokoju i szybko zatrzasnęłam drzwi, zamykając je na klucz. Ufff... już jest w porządku. Tuż po tym jak to pomyślałam, gwałtownie upadłam. Ostatnie co czułam to pulsujący ból czaszki. Dotarł do mnie jeszcze krzyk Ericka i po prostu spowiła mnie ciemność... Zemdlałam.
-Aaaaaaa!- gwałtownie zerwałam się z łóżka krzycząc w niebogłosy. Byłam cała zlana potem i drżałam ciężko oddychając. -To sen. To był tylko sen...
Tylko, że to było naprawdę...
Tak owszem, tamta sytuacja miała miejsce. Nie wiem dlaczego mi się to śniło. To chyba przez to, że tyle myślałam o tym co było kiedyś, tuż przed zaśnięciem. Powoli opanowałam oddech i starłam kropelki potu z czoła. Po moim pokoju jak oszalały biegał Champion. Jakby wyczuł, że coś jest nie tak. Tamtego pamiętnego dnia pierwszy raz pokazały się moje... moce. Lub coś coś co po prostu było naprawdę dziwne. Więcej się coś takiego nie powtórzyło, więc nie przywiązywałam do tego wagi.
Wstałam i ostrożnie podeszłam do szafy. Jakby z przyzwyczajenia, przecież nie mogło być tam moich ubrań. Jednak kiedy ją otworzyłam leżały tam.
-Co jest?- zmarszczyłam czoło.
Wczoraj znalazłam kartkę z adresem domu jakiegoś Dona, do którego miałam iść po nasze rzeczy.
Były tam też ubrania, których posiadaczką na pewno nie byłam ja. Otrząsnęłam się i nie drążyłam dłużej tematu. Działo się tyle rzeczy, których nie umiałam wytłumaczyć, nie miało sensu dalsze "zadawanie pytań". Wybrałam jakiś wygodny zestaw ubrań i powędrowałam do łazienki. Zimny prysznic od razu orzeźwił moje ciało. Zrelaksowałam się choć na chwilę. Przez te wydarzenia, które miały ostatnio miejsce byłam naprawdę spięta. Zrobiło mi się odrobinkę zimno od wody która stała się lodowata, więc postanowiłam się rozgrzać puszczając cieplejszą. Moje drżące ciało zostało zlane ciepłą cieczą. Zamknęłam oczy i oczyściłam głowę z wszelkich myśli. Nie myślałam o niczym. Kompletnie. Spłukałam swoje ciało z delikatnej piany, którą wytworzył ślicznie pachnący żel pod prysznic, znajdujący się w łazience, osuszyłam je i przebrałam się. Kolejna rzecz do listy dziwnych- w półeczce z kosmetykami, znajdował się mój ulubiony tusz, podkład i puder. Pytanie: skąd one się tam wzięły? Odpowiedź: brak. Nie miałam najmniejszej ochoty się malować, przecież nigdzie się nie wybierałam, tym bardziej, że nie miałam dla kogo się stroić.
Poszłam do pokoju Ericka sprawdzić co robi. Oczywiście krok w krok chodził za mną Champion. Uchyliłam ostrożnie drzwi jego pokoju i po cichutku weszłam. Mały jeszcze spał.
A która to jest godzina?
Spojrzałam na zegar z samochodzikami wiszący na ścianie pomieszczenia. Wskazywał 11.07.
Ehh późno dość.
Nachyliłam się nad chłopcem i przyjrzałam się jego twarzy. Uśmiechał się przez sen. Tak słodko to wyglądało. Niestety, niech żyje niezdarność, z moich mokrych włosów zaczęła kapać woda. Przez to mój braciszek niespokojnie się poruszył. Następnie otworzył oczy, kilkukrotnie zamrugał i szeroko się uśmiechnął.
-Ceść D.
-Przepraszam. Nie chciałam cię obudzić, kochanie.- było mi troszkę głupio.
-Nic się nie dzieje Dani. Kiedyś musiałem wstać.- tylko się uśmiechnęłam. Dość sztucznie, ale miałam nadzieje, że dobrze wypadłam. -Zgłodniałem. Cio na śniadanie?
-Ahh... zapewne muszę iść na zakupy. Lodówka jest pusta. Tylko powiedz mi teraz, gdzie tu jest jakiś sklep, co?- mój żołądek także dał we znaki, że również potrzebuje jedzenia. Dość śmiesznie to zabrzmiało. Mały wybuchnął niepohamowanym śmiechem.
No, właśnie o to mi chodziło. Śmieszek kochany.
-Ejejej, czy ty się ze mnie śmiejesz?
-Tak.- odpowiedział dość niewyraźnie przez śmiech.
-Ooo, nieładnie tak.- zaczęłam go łaskotać po brzuszku, przez co zaczął śmiać się jeszcze bardziej.
-Psestań! D.! Psestaaaań!
-Nooo dobrze, ale nie śmiej się ze mnie!- wywinęłam dolną wargę na zewnątrz udając (lub nie) smutek.
-Dobze, dobze! Ale psestań!- Erick był już na skraju wytrzymałości, więc spełniłam jego prośbę a wręcz błaganie i ustąpiłam -Więc... ja idę się przebrać, znowu. Na razie się pobaw, a ja zaraz wracam i idzie...- przerwałam słysząc dźwięk dzwonka. Odruchowo obejrzałam się za siebie i ponownie zwróciłam głowę ku Erickowi robiąc przy tym zdziwioną minę i wzruszyłam ramionami.
Czego ktoś może ode mnie chcieć?
Wstałam z łóżka wyciągając rękę do mojego braciszka i kiwnęłam na niego zachęcająco głową. Powoli wyczołgał się z warstw pościeli i mnie za nią złapał. Zeszliśmy po schodach i zostawiłam Ericka na kanapie w salonie, a sama udałam się w stronę drzwi.
Normalnie scena niczym z horroru. Żałosne...
Ogarnęłam swój umysł, który bardzo, a nawet bardzo fiksował i delikatnie przekręciłam zamek uchylając drzwi. Jedyne co zobaczyłam, to czyjeś nogi i ręce, które trzymały trzy, albo nawet cztery torby papierowe.
-Cześć... -usłyszałam niepewny głos, a po chwili zza jednej z torebek wyłoniła się głowa.
Luke...
-Co ty tutaj robisz?- wyszeptałam. Starałam się jak mogłam, aby mój głos nie zabrzmiał, jakbym się bała.
-Ja... my musimy porozmawiać.
-Zgadzam się...- nie wytrzymałam i delikatnie załamał mi się głos.
-Mogę wejść?- zapytał trochę zagubiony. No bo ja idiotka nie pomyślałam, że pogadać przydałoby się w środku, a nie w progu.
Nic nie odpowiedziałam tylko odsunęłam się od drzwi. Chłopak dość chwiejnym krokiem wszedł do domu i od razu skierował się ku kuchni.
Tak... przecież już tu był.
-Luke? Po co ci tyle tych torebek?- naprawdę nie wiedziałam.
Robił poranne zakupy i postanowił przyjść do mnie? A może zapomniał gdzie mieszka?
-Nie, nie zapomniałem gdzie mieszkam. To zakupy dla ciebie, dla was.- spojrzał mi przez ramię na Ericka oglądającego telewizję.
Przecież on czyta ci w myślach idiotko!
Przybiłam piątkę ze swoim czołem, a chłopak tylko delikatnie się uśmiechnął.
-Jak to? Dla nas?- nie mogło dojść do mnie, po tym jak wcześniejszego dnia go zraniłam, on nadal się o mnie troszczył. Nadal pamiętał. To było... naprawdę wspaniałe. Niestety jego zachowanie tylko spotęgowało moje wyrzuty sumienia. Naprawdę głupio się zachowałam.
-Pomyślałem, że dzisiaj rano pewnie będziecie głodni, a lodówka jest pusta. Tak jakoś wyszło.- odstawił zakupy i z zakłopotaniem podrapał się po głowie.
Matko, jakie to seksowne!
Chłopak zaśmiał się, a ja poczułam jak moje policzki oblewa rumieniec. Spuściłam wzrok i jak najbardziej się da, zakryłam twarz włosami. Niestety nie mogło to za dużo dać, ponieważ nadal były mokre i jedyne co zrobiły to oblepiły ją.
-Przepraszam...
-Nie, nie. Właściwie to to miłe.- Luke rzucił mi pocieszające spojrzenie.
-Dobra, nieważne już. Mieliśmy porozmawiać. Może ja zacznę, co?- musiałam go przeprosić, wytłumaczyć całą sytuację i już na spokojnie powiedzieć co czuję. Zero stresu. Zero wybuchów. Grunt to opanowanie.
-Em... w sumie to może będzie lepiej jak ty zaczniesz.- wyraźnie było widać, że był podenerwowany.
-Przede wszystkim chciałam cię przeprosić...- nigdy nie umiałam mówić otwarcie o moich uczuciach, więc musiałam się czymś zając; w trakcie mówienia zaczęłam rozpakowywać zakupy -Strasznie mi głupio za to co wczoraj powiedziałam. Tak naprawdę tak nie myślę. Po prostu to wszystko jest dla mnie nowe i gubię się. Boję się, że sobie nie poradzę, a ode mnie teraz zależy przyszłość Ericka, to on się teraz liczy.- delikatnie ściszyłam głos i odstawiłam do byle której szafki słoiczek Nutelli.
-Wiem. Wkurzyłem się, bo ja chcę dla ciebie ja najlepiej, chcę ci pomóc, a ty tą pomoc odrzucasz, ale dopiero później zrozumiałem jakie to dla ciebie trudne.
-Tak, ale nie powinnam tak wybuchać. Przepraszam...- zrezygnowałam z rozpakowywania produktów, bo wcale mnie to nie uspokajało, a tylko zaczęłam odnosić wrażenie, że Luke patrzy się na mnie, jak na największą idiotkę.
-Nic się nie dzieje. Po prostu zapomnijmy o tym, dobrze?- o Matko jaką czułam ulgę. Nie myślałam, że on mnie zrozumie. Na szczęście myliłam się.
-Tak. Jasne. Oczywiście.- odrobinę plątał mi się język -Dziękuję.- podeszłam do chłopaka i go przytuliłam. Dopiero po fakcie dotarło do mnie, co tak naprawdę zrobiłam. Jednak najdziwniejsze było to, że kiedy już chciałam się odsuwać i ponownie przepraszać, za moje szczeniackie zachowanie, Luke odwzajemnił uścisk. Troszkę mnie to zmieszało, ale nie protestowałam.
-Teraz może ja powiem to wszystko co usiłujesz zrozumieć od dłuższego czasu. Nie wiem czy coś ci to rozjaśni, ale musisz to wiedzieć. - odsunęliśmy się od siebie. -Szykuj się na długą rozmowę.
-W takim wypadku, niestety to musi poczekać. Mam priorytety.- wskazałam głową na mojego braciszka, który oglądał Spongebob'a.
-No tak. Pewnie jest głodny. Jeszcze nie wiadomo czym go tam karmili w tym sierocińcu. Może razem upichcimy coś dobrego?- zaproponował.
W sumie dobry pomysł.
-Jak dla mnie w porządku. Kucharz ze mnie nie za specjalny. Jedyne co umiem zrobić, to... naleśniki i spagetti. Kiedyś nawet spaliłam rondelek z ziemniakami.- uśmiechnęłam się szczerze, słysząc śmiech Luke'a.
-Uśmiechnęłaś się! Chyba jeszcze nigdy nie widziałem jak się uśmiechasz!- radośnie oznajmił.
-Tak, tak. Napiszmy o tym w gazecie. Teraz chodź. On wreszcie musi coś zjeść. Zresztą ja też.- poirytowana spojrzałam na swój brzuch, ciągnąc za rękę chłopaka w stronę Ericka.
*
Byłam naprawdę pod wrażeniem zdolności kulinarnych jakich przedstawicielem był Luke. Niestety jedyne co mi pozostało do tylko mu pozazdrościć. Ja nie umiałam praktycznie nic. Nawet nie byłam w stanie czegokolwiek się nauczyć.Zrobiliśmy na śniadanio-obiad purée ziemniaczane z pulpecikami, do tego jakiś sos i mizeria z ogórków. Brzmi banalnie, ale jak świetnie smakuje! Luke miał jakiś inny przepis niż moja mama czy coś. Naprawdę niebiańskie.
-Niebo w gębie. Świetnie gotujesz!- powiedziałam po czym nabiłam kolejnego ogórka. Byłam naprawdę głodna, więc wcinałam jak opętana.
-Dziękuję, ale to nic takiego. Kiedyś muszę zrobić ci moje popisowe danie.-odparł.
-Z pewnością. Muszę spróbować. Naprawdę bosko gotujesz.- ponownie go pochwaliłam -A tobie smakuje, Erick?
-Taak. Pysne! Mama tak nie gotuje.-przyznał.
O oł...
-D.? Gdzie mama?- zapytał. Po prostu wiedziałam. Wiedziałam że wreszcie będzie chciał wiedzieć, dlaczego rano nie przywitała go mama? Dlaczego rano tata nie wyszedł do pracy? Dlaczego był w domu dziecka? Tylko że chciałam przygotować odpowiedzi na te wszystkie pytania. Wtedy, byłam bezradna.
-Kochanie... mama... tata... oni...- płątałam się i nie miałam najmniejszego pojęcia co mam mu powiedzieć.
Wyznać prawdę czy skłamać?
-Erick, ja powiem ci gdzie są rodzice, dobrze?- zaproponował Luke odsuwając delikatnie swój talerz i powoli wstając.
Co ty robisz?!
Wiedziałam, że Luke to usłyszy.
-Zaufaj mi, proszę.- chłopak nachylił się do mojego ucha i cichutko wyszeptał.
Rzuciłam mu przerażone spojrzenie i pozostało mi tylko patrzenie jak wychodzi z kuchni trzymając za rękę Ericka i razem udają się w stronę salonu.
-Co on kurde kombinuje?- powiedziałam sama do siebie.
Kiedy po jakieś minucie, która dłużyła mi się w nieskończoność, nie wracali, palce już bolały mnie od nerwowego stukania w blat stołu. Postanowiłam wkroczyć do akcji. Cichutko podreptałam stronę salonu.
-Widzisz, twoja mama i tata są tam wysoko w niebie.- wskazał palcem przez okno na niebieskie niebo -Wiesz, kiedyś przychodzi taki dzień, kiedy taki jeden gość, którego nazywamy Bogiem, postanawia, że jacyś ludzie są mu potrzebni i zabiera ich z tego świata i przenosi do swojego. Oni sobie tam są ze wszystkimi, których ten gość zapragnął do siebie zabrać i są szczęśliwi. Nie muszą się o nic martwić i jest im dobrze.
-To znacy, ze jus ich nie zobace?- zapytał Erick.
Widocznie Luke lekko się zakłopotał.
-Emm... Kiedyś ich zobaczysz, ale na razie nie będziecie się widywać. Oni teraz patrzą na ciebie z góry i się uśmiechają. Będą nad tobą czuwać, zawsze i wszędzie i będą ci pomagać.- wyjaśnił odzyskując pewność.
-A mnie kiedyś tes ten gość zabieze do siebie?-z jaką fascynacją mały patrzył na Luke'a. Był naprawdę zaciekawiony tym co mówił ten starszy.
-Tak. Kiedyś przyjdzie i na ciebie czas. Ale na to jeszcze przyjdzie pora. Teraz musisz pożyć tutaj, na Ziemi.- delikatnie się zaśmiał.
Jesteś wspaniały.
Luke odwrócił się od okna i spojrzał na mnie. Jednak to całe czytanie w myślach na coś się przydało. Zaczęłam używać tego, jak czegoś najnormalniejszego w świecie i było mi z tym dobrze. Szłam w naprawdę dobrą stronę.
Podeszłam do chłopaka i najzwyczajniej w świecie go przytuliłam. Potrzebowałam tego. Potrzebowałam czyjejś bliskości, czyjegoś ciepła. On dawał mi poczucie bezpieczeństwa. W tamtej chwili nie liczyło się to, że miałam do nikogo się nie zbliżać, miałam zostać sama. Chciałam zmienić moje życie i właśnie to robiłam. Wszystko na nowo i od samego początku.
-Dziękuję. Dziękuję, że jesteś.- wyszeptałam do jego ucha, nadal wtulona w jego rozgrzany tors.
-I zawsze będę, czy będziesz tego chciała, czy nie.
___________________________________________________________________
Hej misie! Wiem, że rozdział jest naprawdę późno, ale jak już wiecie- miałam sporo przeróżnych problemów.
Mam nadzieję, że ten rozdział coś wam przybliżył, ale jednak nic specjalnego się w nim nie dzieje. Za to przygotujcie się na następny, bo będzie się działo, oj będzie. Tamten myślę, że dodam już wcześniej i muszę się do niego porządnie przyłożyć.
Proszę również o podpisywanie się jakkolwiek osób, które anonimowo komentują, byłabym wdzięczna :)
BARDZO SERDECZNIE DZIĘKUJĘ ZA WSZYSTKIE KOMENTARZE I GŁOSY, TO OGROMNA MOTYWACJA DO DALSZEJ PRACY! :)
I wracam znów z warunkiem- 3 komentarze mają być moi drodzy :)
LoLa
