sobota, 18 stycznia 2014

Rozdział 7

Ponownie koło naszego rzędu zawitała stewardessa i ponowiła prośbę o zapięcie pasów.
-A tak, oczywiście.- chłopak posłał młodej kobiecie ciepły uśmiech, wykonując zadaną czynność- Tak w ogóle, to jestem Luke.- zwrócił się do mnie. Rzuciłam okiem na jego rękę. Zaobserwowałam na niej tatuaż. W identycznym miejscu jak u mnie i również było widać, że jest świeży. Kiedy tylko chłopak zauważył, czemu się przyglądam, delikatnie opuścił rękawy bluzy i niestety nie mogłam dokładniej się przyjrzeć. 
-Danielle...- przedstawiłam się znów nie mogąc zdobyć się na uśmiech -Przepraszam, ale nie mam ochoty z nikim rozmawiać...- odwróciłam się od chłopaka i spojrzałam za szybę samolotu. Było ciemno, a ja powoli zaczynałam odczuwać chłód, spowodowany nadmiernym działaniem klimatyzacji jak na tak późną porę.
-Ale za co? Nic nie zrobiłaś.- zaśmiał się mój współlokator, ale kiedy tylko się odwróciłam i zobaczył mój smutny wyraz twarzy, jego uśmiech zbladł- Coś się stało?
-Nie chcę o tym mówić. Przepraszam.- znów zwróciłam swoją twarz ku widokom za oknem.
-Jasne... ale kiedy tylko będziesz chciała pogadać. Jestem tuż obok.- wskazał na siebie- W końcu mamy spędzić obok siebie jeszcze jakieś 10 godzin.- uśmiechnął się ciepło. Wydawał się strasznie miły.
Ale nie mam zamiaru się z nim przyjaźnić! Nigdy, przenigdy. Koniec z tym. Za dużo czasu i cierpliwości poświęciłam na poszukiwania osoby, której mogłabym zaufać. To już koniec...
W pewnym momencie chłopak zaczął energicznie pocierać palcami.
-Palisz?- zapytałam. Za późno ugryzłam się z język.
-Tak... niestety.- chłopak posmutniał i zagryzł zęby.
-No tak, przepraszam to nie moja sprawa.
-Też tak sądzę... i przestań mnie przepraszać. Przecież nic takiego nie robisz.- Luke pocieszająco złapał mnie za nadgarstek.
-Aaał!- syknęłam zdenerwowana i zabrałam rękę -Zostaw!
-Aaał!- równocześnie gwałtownie zawołaliśmy, łapiąc się za nadgarstki.
-Cholera! Co jest?!- wyszeptał krzykiem chłopak. Po chwili u nas obojga zaczął na linii żył, pojawiać się napis Never Give Up.
Z przerażeniem spojrzeliśmy sobie w oczy. Żadne z nas nie wiedziało co powiedzieć. Po prostu siedzieliśmy, starając się nie wyć z bólu, a to naprawdę bolało. Tak, jakby coś miejscowo rozdzierało ci rękę od środka, cieło skórę.
-Luke... ty też...- wtedy moja torba się poruszyła. Tak samo jak plecak Luke'a.
-Lexi!
-Champion!
Równocześnie skarciliśmy nasze zwierzęta. No bo co innego mógłby mieć w placaku?
-Danielle... co tam masz?- zapytał chłopak.
-A ty?- spanikowałam. Przecież go nie znałam. To był całkiem obcy dla mnie człowiek, a ja miałam mu powiedzieć, że w plecaku trzymam psa? Absurd!
-Pierwszy zapytałem.- nie dawał za wygraną, ale w jego oczach zauważyłam nutkę strachu.
-Psa, Golden Retrievera...-odpowiedziałam zamykając oczy i czekając na reakcję.
-Ja też...- chłopak delikatnie zaśmiał się, ale po chwili na jego twarzy pojawił się grymas.
Zaraz, zaraz. Czy to znaczy, że on też go znalazł?
-Skąd go masz?
-Szczerze? Któregoś dnia, sama do mnie przyszła. Chodziła za mną cały dzień, więc postanowiłem ją wziąć. A ty?- ból powoli ustawał, mogłam już myśleć o czymś innym, a nie o nim.
-Podobnie. Dwa dni temu, rano. Weszłam do pokoju, a on tam był. Siedział na łóżku. Nie chciał sobie pójść, więc po prostu został.
-Teraz trzeba się postarać, żeby nikt nam ich nie zabrał.- uśmiechnął się ciepło. Właściwie to uśmiech nie schodził z jego twarzy.
Jest taki promienny.
Na moje nieszczęście przypomniało mi się, co przeczytałam na jednej ze stron internetowych. "Najczęściej uśmiechają się Ci, którzy cierpią najbardziej". Od razu odwróciłam się od chłopaka, ucinając naszą rozmowę.
-Gdzie lecisz?- po chwili kontynuował. Pewnie dobra cisza dla mnie, jemu wydała się niezręczna.
-Do Londynu...- nie zapytałam, gdzie on się wybierał. Nie obchodziło mnie to. Moim postanowieniem było zamknąć się na ludzi, przestać im ufać. Chciałam zostać egoistką i choć miałam wyrzuty sumienia, to i tak starałam się trzymać swoich postanowień.
-Danielle? Możesz mi pokazać swój tatuaż?- nieśmiało zapytał Luke po kilku minutach.
-Czemu chcesz go oglądać?- odpowiedziałam pytaniem, na pytanie.
-Tak po prostu...- wzruszył ramionami -A właściwie to nie po prostu. Przez chwilą, na naszych oczach, w niewytłumaczalny sposób, pojawił się napis... Tatuaż- poprawił się -Czy sądzisz, że to coś normalnego?- odrobinę się uniósł.
-Skąd wiesz, że z moim pierwszym tatuażem też jest coś nie tak? Ten sobie zrobiłam. W tradycyjny sposób.- skłamałam. Champion ponownie poruszył się w torbie.
-Ja... nie wiedziałem, ale faktem jest, że ten drugi sam się zrobił.- narysował w powietrzu cudzysłów.
-Dobra, masz.- wyciągnęłam rękę.
-Zaraz, zaraz...- chłopak podwinął rękaw bluzy ukazując swój tatuaż. Przestałam oddychać. Tak jakby serce mi się zatrzymało.
-Przecież to...- oboje ostrożnie, jakby w obawie o kolejny tatuaż, przyłożyliśmy do siebie swoje ręce. Na moim nadgarstku były ptaki, na Luke'a klatka i jeden ptak, ułożony tak jakby miał być przedłużeniem linii moich. Idealnie ze sobą współgrały. Jakby zrobiła je ta sama osoba, tym samym stylem i z idealną precyzją, aby znajdowały się w odpowiednim miejscu.
Przerażona odsunęłam się od chłopaka bliżej okna.
-Co tu się do cholery dzieje...?!- Luke był tak samo oszołomiony jak ja.
-Też bym chciała wiedzieć...- spojrzałam za okno. Strasznie szybko zbliżaliśmy się ku powierzchni ziemi.
To dlatego od jakiegoś czasu, wszystko się tak trzęsło!
-Luke... zostawmy tą sprawę. Spójrz za okno!- krzyknęłam.
-Co?!- chłopak gwałtownie wstał i pobiegł do stewardessy. Z daleka widziałam jak wskazywał za okno i tłumaczył jej wszystko. Przerażona kobieta, wyglądając za szybę złapała się za głowę i pobiegła do pilota. Chłopak podbiegł do mnie i spuścił głowę.
-Danielle... my spadamy- oznajmił spoglądając mi w oczy.

***
~Miesiąc później..

Obudziłam się. Powoli starałam się otworzyć oczy, ale światło tuż nade mną mi je raniło. Ponowiłam próbę ujrzenia świata. Tym razem- skutecznie. Zamrugałam kilkukrotnie próbując przyzwyczaić oczy do rażącego blasku. Starałam się zarejestrować gdzie jestem. Co nie było łatwe, przy tak ostrym bólu głowy jaki ja miałam. Jakby pękała mi czaszka. Dosłownie. Jakby coś mi ją miażdżyło!
-Dani?- usłyszałam delikatny szept.
-Co... Gdzie ja jestem?- spróbowałam się podnieść, ale padłam na coś na czym leżałam, z powrotem, ponownie zamykając rozbolałe oczy.
-Jesteś w szpitalu... Czegoś potrzebujesz? Coś ci przynieść?- ponownie usłyszałam głos. Nie wiedziałam kto do mnie mówi. Nie poznawałam tego głosu.
-Kim jesteś?- zmarszczyłam czoło i złapałam się za głowę.
-Nie poznajesz? To ja... Luke.- otrzymałam odpowiedź.
Jeżeli to faktycznie jest on, to jest strasznie inny niż w samolocie- dużo bardziej nieśmiały.
-Co? Mówiłaś coś?- ponownie się odezwał.
-Niee...
Dość tego!
Mocno i długo zamrugałam, następnie wreszcie ujrzałam upragniony widok- salę szpitalną... No może nie to chciałam zobaczyć, ale to już coś.
-Luke...? Co ty tu robisz?- zapytałam spoglądając na chłopaka -I zabierz tą cholerną lampkę!
Luke poderwał się z krzesła i delikatnie odsunął przedmiot.
-Poczekaj, pójdę po lekarza.- oznajmił wychodząc, ale pamiętał żeby nie trzasnąć drzwiami.
-Nigdzie się nie ruszam.- odpowiedziałam w przestrzeń i przymknęłam oczy.
Jejku... który dzisiaj w ogóle jest? Pewnie piątek, tuż po wypadku.
Na szczęście pamiętałam co było powodem mojej wizyty w szpitalu.
Nagle drzwi z impetem się otworzyły. Wpadł na salę najpierw lekarz z pielęgniarką, a na końcu Luke.
-Dzień dobry, pani. Wszystko w porządku?- przywitał się mężczyzna w białym fartuchu. Ostrożnie wyjrzałam za okno. Byliśmy na dość wysokim piętrze, ale i tak zauważyłam, że ziemię spowił biały puch. Nie dawała mi spokoju data dnia.
-Który dzisiaj jest?- zignorowałam powitanie lakarza i zapytałam.
-18 grudnia, Danielle.- odpowiedział mi Luke.
-Który?!- krzyknęłam, czego od razu pożałowałam.
-Była pani w śpiączce, ponad miesiąc.- odezwał się mężczyzna.
-Co..? Jak to?- nie mogłam uwierzyć w to co słyszałam. Nagle coś sobie przypomniałam -Co z moimi rodzicami?! Z Erickiem?!- gwałtownie podniosłam się z łóżka, co wywołało ból w klatce piersiowej.
-Proszę się nie podnosić! To jeszcze za wcześnie!- pielęgniarka podbiegła do mnie i delikatnie ułożyła z powrotem do łóżka.
-Co-z-moją-rodziną!- wycedziłam przez zęby.
-Nie wiemy. Jeszcze nie ustaliliśmy, którzy z pasażerów to pani rodzina. Większość... zginęła. Wszyscy pasażerowie, którzy przeżyli, zostali umieszczeni w szpitalu w Londynie. Jutro będzie pani mogła zobaczyć ich dane. Tylko kilkoro z nich jeszcze tutaj przebywa.- zaznaczył lekarz.
-Nie! Idziemy dziś! Teraz!- oświadczyłam.
-Ale to za wcześnie. Nie może pani...
-Nie obchodzi mnie to! Idziemy!- rozkazałam przerywając pielęgniarce.
-Dobrze. Jakoś powinna pani dać radę...- powiedział lekarz, wyprzadzając kobietę.
-Dobrze, więc chodźmy.- zaczęłam wstawać.
-Danielle. Jesteś pewna?- odezwał się Luke, niepewny moich zamiarów.
-Tak!- wydarłam się.
Lekarz z niewielką pomocą pielęgniarki usadził mnie na wózku. Wieźli mnie korytarzami ogromnego szpitala. Na górę, to na dół. W koło słychać było krzyki, trwogę, płacz, bieganinę... Jeden wielki chaos. Minęliśmy rodzinę. Płakali. Kobieta była bliska załamania nerwowego. Jeżeli już to nie nastąpiło. Pewnie zmarł jej ktoś bliski. Strasznie szkoda mi takich ludzi. Ich życie wywraca się do góry nogami przez coś takiego. Na przykład umrze ktoś, kto utrzymywał całą rodzinę. I co wtedy? Wtedy zostają z niczym. Kompletnie niezdolni do życia. Dotarło do mnie, że mnie mogło się to samo przydarzyć.
Co jeżeli mama nie żyje? Co jeżeli tata nie żyje? Co jeżeli... nie żyje Eric? Nie! To niemożliwe!
Zmagałam się z myślami. Nie chciałam dopuszczać do siebie czegoś takiego, mimo że było bardzo prawdopodobne. W końcu to katastrofa. Samolot spadł. Uderzył w ziemię. Spłonął...
-Proszę, oto jesteśmy.- zatrzymaliśmy się przed jakimś gabinetem. Przez cały czas Luke spacerował za moim wózkiem.
Właściwie to co on tutaj robi? Przecież powinien być w domu.
Wjechaliśmy do pomieszczenia. Pod ścianą stał ogromny regał, z równie ogromną ilością szuflad. Lekarz powoli zaczął wyciągać jakieś papiery z poszczególnych i kładł na biurku, przy którym siedziałam ja.
-Proszę. To już wszystkie. To są karty pacjentów, którzy zostali przyjęci tego dnia, którego miała pani wypadek.- przed moimi oczami leżało tylko kilka kart.
-Jak to? Tylko tyle?- nie ukrywałam zdziwienia.
-Tak.  Nikt nie powiedział, że... że dużo osób przeżyło...- lekarz wahał się.
-Dobrze...- przełknęłam ciężko ślinę i zabrałam się do przeglądania kartek.
Jedna... druga... trzecia. Nie ma... gdzie te karty?!
Z każdą kolejną kartką w moich oczach gromadziło się coraz więcej łez. Nie mogłam trafić na żadną, na której byłyby choć jedne upragnione dane.
-Tak! Jest! Jedna jest!- wydarłam się jak idiotka, ale prze szczęśliwa idiotka. Nie zważając już nawet na to, że głowa mi pękała.
Eric żyje! Eric żyje! Muszę go zobaczyć!
-To mój brat.- powiedziałam wskazując na kartkę -Gdzie on jest? Mogę się z nim zobaczyć?
Nadzieja zaiskrzyła w moim sercu. Jak mały promyczek oświetlający drogę w mroku.
-Ah tak. Dziecko zostało wypisane za szpitala jakieś dwa tygodnie temu. Nie wiemy co się teraz z nim dzieje...- lekarz był okropnie dosłowny, ale chociaż nie starał się nic przede mną zataić.
-Jak to nie wiecie?! Jak mogliście wypuścić w świat pięcioletnie dziecko, nie mając pewności, czy gdzieś tam ktoś na niego czeka?!- wydarłam się na lekarza. Pojawił się ból w klatce piersiowej. Nie mogłam złapać powietrza, a moje oddechy stawały się coraz płytsze.
-Danielle!- podbiegł do mnie Luke i złapał za ramiona.
-Pani Jenkins! Proszę zabrać ją na salę operacyjną!
Pielęgniarka gwałtownie złapała za rączki mojego wózka i biegiem zawiozła mnie za jakąś dziwną salę, gdzie prawdopodobnie zajęli się mną specjaliści. Przełożono mnie na łóżko operacyjne. Wokół mnie kręcili się ludzie, których z każdą chwilą stawało się coraz więcej. Wszystko działo się strasznie szybko i widziałam to jak przez mgłę. Lekarze krzyczeli do siebie jakieś dziwne polecenia. Obróciłam głowę w lewą stronę i zauważyłam Luke'a który szarpał się z jakimś człowiekiem, a następnie podbiegł do mnie, złapał moją twarz w dłonie i coś mówił, ale nic nie słyszałam. Wtedy spowiła mnie ciemność...
____________________________________________________________________
Witam, witam po małej przerwie. Rozdział nie pokazywał się dlatego iż aż ponieważ koniec półrocza dał mi się porządnie we znaki i niestety nie miałam czasu nic napisać, a tym bardziej dodać. Z tego rozdziału jestem cholernie niezadowolona :/ Jakiś taki nijaki jest. Do kolejnego muszę się porządnie przyłożyć.
WIELKIE DZIĘKI ZA DWIE OBSERWACJE! To dla mnie naprawdę dużo znaczy! Nie mogę w to uwierzyć. Jeszcze raz WIELKIE DZIĘKI! :)
KOMENTUJCIE


LoLa

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Rozdział 6

Wysiadłam z samochodu. Nagle wszystkie spojrzenia padły na moją osobę. Nawet jeszcze dobrze nie weszłam do szkoły, jednak kiedy to zrobiłam, chyba ponad połowa uczniów, którzy stali na korytarzu podczas kiedy szłam, gapiła się na mnie jak na ósmy cud świata. Nic sobie z tego nie robiłam. Szłam z lekko uniesioną głową, trzymając za rączkę Erica, z zewnątrz dumna i zarozumiała, wewnątrz upokorzona i zraniona.
-Mamo, ty pójdziesz po moje świadectwa, ja pójdę po kartkę z dotychczasowymi ocenami od wychowawczyni. Zdążę przyjść do was, akurat na podpisanie... tego czegoś o przeniesienie.- zatrzymałam się, spoglądając na moją rodzicielkę.
-Ta jasne...- odpowiedziała tylko, unikając mojego spojrzenia.
-Zaraz przyjdę, mały.- posłałam mojemu braciszkowi najlepszy uśmiech, na jaki było mnie wtedy stać i powędrowałam w stronę sali, gdzie odbywały się moje zajęcia z wychowawcą.
-Dzień dobry.- weszłam do klasy jak gdyby nigdy nic, a wszystkie buzie już skierowane były w moją stronę.
-Oooo! A któż to raczył zaszczycić nas swoją obecnością?- zaironizowała nauczycielka, stając z rękami podpartymi na biodrach. Zadzwonił dzwonek i zeszła się pozostała część klasy. Kolejni uczniowie gapili się we mnie jak w obrazek.
-Taaa... pomińmy wstępną gadkę i przejdźmy do sedna sprawy. Przyszłam po kartkę z moimi ocenami, którą miała mi pani wypisać.- podeszłam bliżej kobiety.
-Jaką "kartkę z ocenami"? O co ci chodzi?- nauczycielka patrzyła się na mnie jak na największą idiotkę.
-Wczoraj-po lekcjach-byłam u pani-w klasie-i poprosiłam-panią-żeby mi wypisała-moje oceny. Rozumie-pani?- mówiłam do niej złożonymi wyrazami, jak do dziecka, robiąc przerwy i naciskając na poszczególne słowa.
-A tak, tak! Już pamiętam! Gdzieś ją tu mam...- nauczycielka podeszła do biurka i zaczęła szukać karteczki, wywracając wszystko do góry nogami.
-O! Jest! Tak w ogóle to, co to za strój?! Regulamin ZABRANIA zakładania tak wysokich szpilek do szkoły! Dozwolone jest tylko max 6 cm!- zbulwersowała się nauczycielka.
-Zacznijmy od tego, że ja nie należę już do tej szkoły, poprzez to, ile mają pani szpilki?- spojrzałam na jej buty. Były wyższe od moich, które miały około 12 cm- Kończąc na tym, że mi się spieszy. Mogę tą kartkę?- zapytałam zniecierpliwiona starając się ignorować spojrzenia całej klasy.
-Eee...tak, tak! Proszę.- powiedziała nauczycielka lekko zawstydzona swoimi szpilkami- Ale po co ci ta kartka?
-Wyprowadzam się i przenoszę do innej szkoły. Potrzebne im są moje dotychczasowe oceny.
-Ah tak! No to powodzenia w nowej szkole.- nagle drzwi się otworzyły i zobaczyłam w nich osobę, której nie miałam najmniejszej ochoty w tamtej chwili oglądać: Davida- Gdzie się przenosisz?- lekko zszokowana, spuściłam wzrok i przybrałam znów kamienny wyraz twarzy.
-Lepiej, żeby niektóre osoby, tego nie wiedziały.- byłam pewna, że kiedy mówiłam David'owi i Vicky gdzie jadę, wcale mnie nie słuchali. Mój chłopak były chłopak stał w drzwiach i gapił się na mnie tak, jak reszta mojej klasy.
-Dziękuję. Do widzenia.- wzięłam karteczkę, orientując się, że mama pewnie już na mnie czeka i wyszłam, mijając bez zaszczycenia choćby spojrzeniem mojego ex... czy moją byłą przyjaciółkę.
-Danielle! Poczekaj!- zatrzymałam się słysząc głos. Kiedy zobaczyłam Davida idącego w moją stronę, automatycznie przyspieszyłam.
-Odwal się!- powiedziałam tylko i weszłam do pokoju mojej już byłej dyrektorki.

Siedziałam w swoim pokoju i nerwowo zerkałam na zegarek. Po powrocie ze szkoły, zegar na ścianie wybił dokładnie 11.00 Teraz była już prawie 14. Bałam się. Zarąbiście bałam się, że nie zdążę. Ojciec wynajął helikopter od jakiegoś znajomego, żeby zabrał nasze rzeczy.
Hmmm... jednak znajomości na coś się przydają.
Samochód już od godziny wystawiony był na sprzedaż. Wszystko działo się tak szybko. Za szybko. Jednego dnia jestem sobie szczęśliwa w związku z David'em, z wspaniałą przyjaciółką, w wielkim domu w L.A, a następnego Dave mnie zdradza, my się wyprowadzamy, a ja zostaje z niczym. 
-Ałć!- pisnełam wkładając automatycznie palec do ust. Zacięłam się zdjęciem. Spojrzałam na nie. To jedno z tych, na których byłam mega szczęśliwa z Vicky i Davem na jakiejś imprezie.
To były czasy...
Wszystko wróciło. Przez głowę przelatywały mi tysiące wspomnień. Tych wspaniałych chwil spędzonych razem. Bawiliśmy się. Była z nas dobrana paczka, ale Vicky od zawsze była sama. Nie miała chłopaka. Powinna była domyślić się, że coś jest nie tak. Te ich spojrzenia i tajemnicze uśmiechy.
-Zaraz, zaraz.- coś mi się przypomniało. Gwałtownie zerwałam się z ze sterty moich gratów i sięgnęłam do pudła, gdzie zapakowane były już albumy ze zdjęciami i sięgnęłam po jeden z nich. Nie taki przypadkowy. Tam były te zdjęcia o których nikt nie wiedział. Te przypałowe, te najlepsze, czyli z imprez. Szybko przewijałam kartki albumu, penetrując dokładnie każdą fotkę. Aż trafiłam na tą odpowiednią. Może i na pierwszym planie byłam ja, ale to co było z tyłu. Vicky i David. Pijani... całujący się. Nie było widać twarzy. Owszem, ale pamiętam tą imprezę. Jak przez mgłę, ale pamiętam.

-Phil! Chodź! Zrobisz nam zdjęcie!- krzyknęłam do mojego kumpla.
-Nieee! Zróbcie sobie tylko wy. O! Najlepiej tam! Jest lepsze światło i w tle będzie basem. Ja idę po drinki.- powiedział David.
-Ja zaraz przyjdę...jak tylko zahaczę o łazienkę- Vicky już zataczała się. Ja i Dave byliśmy jeszcze przy zdrowych zmysłach.
-Ehhh...Phil! Chodź! Sama sobie zrobię, a jak tamci wrócą to zrobimy grupowe.- zawołałam. Rozejrzałam się i wybrałam odpowiednie miejsce na fotkę. Ustawiłam się i po chwili moją osobę oświetlił błysk flesza z telefonu.
-Dzięks!- zabrałam telefon i spojrzałam co z tego wyszło.
-Łał! Nawet jak jesteś zalana to na zdjęciach wychodzisz super!- pochwalił mnie Phil.
-Eeee tam. Przesadzasz!- zarumieniłam się.
Odwróciłam się w celu poszukania moich przyjaciół. Zobaczyłam jak siedzą na kanapie.
-Ejjj! Czemu nie przyszliście na zdjęcia?-zapytałam podchodząc do nich. Naprawdę chciałam uwiecznić taką imprezę. Biorąc pod uwagę to, że ja wiecznie robiłam zdjęcia. Wtedy też  chciałam.
-Eeee...-zakłopotał się Dave.- Vicky omal się nie wyjebała, więc usiedliśmy.
-Jejku! Ona zdecydowanie przegięła! Wracajmy już!

Wcale się nie przewróciła! Oni się całowali! Czemu ich wtedy nie przyłapałam?!
Z moich rozmyślań wyrwał mnie głos Erica stojącego w drzwiach.
-D.? Cemu paces?
Co? Przecież ja nie...
Złapałam się za policzki.
Faktycznie!
Nawet nie zauważyłam, że się popłakałam. Pewnie przez ten nadmiar emocji.
-Ja tylko... będę tęsknić za tym miejscem. Tutaj się, przecież urodziłam i wychowałam, mały.- wyciągnęłam ręce, zachęcając Erica, aby do mnie przyszedł.
-Aaaa.
-No to co? Spakowany już?- zapytałam chcąc jak najszybciej zmienić temat.
-Tak. Mama psed chwilką skoncyła sprawdzać cy wsystko spakowane- mały wyszczerzył ząbki.
-A cooo ty na to, żeby mi pomóc?- nie chodziło o to, że chciałam go wykorzystać, tylko może mu się nudzi, a tak to razem pobawimy się i spakujemy moje rzeczy.
Połączone przyjemne z pożytecznym.
-Jasne! Ja spakuje twoje zecy z tamtych półek!- powiedział wskazując wskazując na szafkę z książkami i płytami. Dobry pomysł. Wszędzie sięgał, i do tego nie miał jak czegoś stłuc.
-A ja wezmę się za pakowanie reszty dupereli...- poinformowałam jakby sama siebie, sięgając równocześnie do najwyższej półki.
Podczas całej pracy nie obyło się bez wspomnień związanych ze zdjęciami czy najzwyklejszą z świecie książką. Od zawsze denerwowało mnie moje życie. Ta irytująca monotonia. Chciałam żeby coś się zmieniło. Na lepsze. Żeby moi rodzice zaczęli pod uwagę moją osobę, żeby zaczęli lepiej traktować Erica, ponieważ mimo że poświęcali mu dużo uwagi, to i tak nie wychowywali go tak, jak powinni oraz wiele innych. Po prostu pragnęłam zmian.
Od zawsze nie wiedziałam czym zajmowali się moi rodzice. Z rana zwyczajnie wychodzili do pracy, ale nie miała pojęcia gdzie. Ojciec tylko narzekał jaki to on jest zmęczony pracą. Czemu tego nie wiedziałam? Bo nigdy ze sobą nie rozmawialiśmy, nie obchodziła, ich... a oni mnie. Kiedy czegoś chcieli, to ja byłam pierwszą osobą, do której zwracali się o pomoc, lecz gdy odmówiłam wywoływałam istne piekło. Zakazy, kary... przemoc. Kiedy jeszcze byłam mała potrafiłam się zbuntować i postawić, ale nie obronić. Często przychodziłam, do szkoły z posiniaczonymi rękami, a na pytania typu "Boże! Co ci się stało?!" odpowiadałam, że po prostu się przewróciłam. Tylko Vicky i David znali prawdę, ale dlaczego nie zauważyłam, że Dave nic sobie z tego nie robił. Nie bronił mnie przy rodzicach, nie pomagał mi.
Byliśmy ze sobą ponad rok. Jakiś czas przed przeprowadzką zaczął chcieć ode mnie czegoś więcej. Zawsze odmawiałam, jeżeli zachodziło między nami coś większego, ZAWSZE go stopowałam, kiedy tylko zaczynał się do mnie dobierać. Z początku tłumaczyłam mu, że nie jestem gotowa, że mamy jeszcze czas. Rozumiał to. Przynajmniej udawał, że rozumie, ale do czasu. Później zaczęło go to denerwować. Pewnie wtedy powstał jego romans z Vicky!
A to dziwka! Jaka ja byłam ślepa...


*
Wciągnęłam głęboko powietrze. Spojrzałam poraz ostatni na dom.
Ostatni oddech, ostatnie spojrzenie, ostatnie łzy... Czas się pożegnać. 
Wypuściłam głośno powietrze w płuc. Musiałam to zrobić... nawet chciałam. Zostawić to wszystko, te wspomnienia i zacząć od nowa. Tak po prostu.
Wsiadłam do samochodu, reagując w końcu na któreś z kolei nawoływanie mnie po imieniu i ruszyliśmy w stronę lotniska.

Ciągnęłam za sobą, swoją niebywale ciężką walizkę.
Już czas... Danielle, to już czas.
Ciałem byłam na lotnisku, ale duchem całkowicie gdzie indziej. Może i przywiązanie nie pozwalało mi na opuszczenie Los Angeles bez bólu serca, ale równocześnie chciałam wyjechać. Chyba pierwszy raz w życiu byłam wdzięczna rodzicom za ich podjętą decyzję, wbrew mnie. Dzięki przeprowadzce nie musiałam już nigdy więcej oglądać mordy mojego byłego.
Szliśmy pospiesznym krokiem przez lotnisko, mijając wielu ludzi. Była tam chyba połowa stanu! Ludzie tłoczyli się ze wszystkich stron, popychając się nawzajem. Tu grupka ludzi uściskająca sobie serdecznie dłonie na pożegnanie, tam rodzina obładowana kilkunastoma pokaźnymi paczkami z prawdopodobnie prezentami gwiazdkowymi. Nagle w oddali dostrzegłam parę. Pocałowali się namiętnie i długo, a następnie mocno w siebie wtulili. Dziewczyna wylewała z siebie morze łez. Najdziwniejsze było to, że chłopak również. Było zdecydowanie widać, że się mocno i szczerze kochali. Zrobiło mi się ogromnie przykro. Ja też powinnam wtedy żegnać się tak z David'em. Powinniśmy stać i najdłużej jak sie da, trwać w pocałunku. Los jednak chciał inaczej. Nie byliśmy sobie pisani, a ja nie jestem jedną z tych dziewczyn, które pomimo ewidentnej zdrady, wracają do swoich chłopaków, jeszcze rzucając im się w ramiona.
Nigdy w życiu nie chcę się związać z takiej typem.
Chciałam rozpocząć nowy rozdział. Zacząć od nowa. Od podstaw nauczyć się życia.
Podałam jakiejś pani swój bilet. Ta posłała mi życzliwy uśmiech i zachęcającym gestem zaprosiła do jakiegoś dziwnego tunelu. Byliśmy już prawdopodobnie ostatnimi osobami, które leciały tym samolotem. Chyba, że byli jeszcze jacyś spóźnialscy. Weszłam do samolotu i odszukałam wzrokiem swoje miejsce. W duchu modliłam się, żebym nie musiała siedzieć koło moich rodziców. Chciałam zająć miejsce koło kogokolwiek, tylko nie koło nich.
Usiadłam tam, gdzie wskazywał mój bilet- pod oknem. Po chwili moi rodzice, razem z Erickiem również zajęli miejsca. Byli dość daleko ode mnie.
O Matko jak dobrze...
Na lotnisku ludzi było od groma, a koło mnie nikt nie usiadł.Miejsca do końca pozostały wolne.  Za to w równoległym rzędzie usadowił się chłopak, który z początku siadł przy oknie, tak jak ja, ale później przeniósł się na brzeg rzędu, ponieważ przyszli ludzie i zaczęli na niego naskakiwać, że zajął im miejsce.
Po chwili zorientowałam się, że od kilku minut chamsko przyglądam się, sytuacji. Odwróciłam głowę w stronę widoków za szybą.
Ale pięknie!
Kłębiące się chmury pod nami, a nad nami tylko cudne błękitne niebo. Niezwykły widok. Wtuliłam się w szybę.
Ale co z psem? Otóż piesek, może nie za wygodnie, ale jednak siedział sobie w mojej torbie... Nie wiedziałam co z nim zrobić, więc pozostało mi tylko to.
Jak to możliwe, że za kilka godzin zacznę "nowe życie"? W nowym domu, z nowymi ludźmi, w nowym domu, w nowej szkole. Nie wierzę...
Przymknęłam delikatnie powieki, nie w calu zaśnięcia, ale zatrzymania próby opanowania oddechu. W głowie pojawiło mi się wiele negatywnych myśli. Zbyt wiele. Zaczęło mi się kręcić w głowie. Zdecydowanie za wiele wrażeń na raz. Jednak zamknięcie oczu, zaowocowało nie tylko opanowaniem się, ale również głębokim snem.

Obudził mnie głos stewardessy.
-Prosimy o zapięcie pasów. Podchodzimy do lądowania!
Jak to?! Już lądujemy?  Niemożliwe!
Spojrzałam na chłopaka w rzędzie obok. Słodko sobie spał.
Pewnie jest mu niewygodnie bo tamte grubasy się rozpychają.
Tak, owszem. Siedziało koło niego małżeństwo. Byli okropnie otyli! Chłopakowi pozostał tylko skrawek miejsca a tamci i tak mięli go za mało.
-Mamo...-odwróciłam się szukając wzrokiem rzędu moich rodziców- Już jesteśmy w Londynie?
-Nie! Lecimy dopiero 2 godziny! Lądujemy awaryjnie. Przesiadka do innego samolotu.- odkrzyknęła budząc tym samym chłopaka. Ten delikatnie się rozciągnął sycząc z bólu.
Jejku... Tak mi go szkoda. Może przesiądzie się do mnie?
Nachyliłam się ostrożnie do sąsiedniego rzędu.
-Hej. Może się przysiądziesz? Widzę, że tutaj ci nie za wygodnie...- zaproponowałam.
-Jasne! Dzięki wielkie!- chłopak wstał, zabierając również swój plecak, przeniósł się do mnie.
-Nawet nie wiesz jaki jestem ci wdzięczny. Tamte pasztety miażdżyły mi żebra.- wyszeptał wskazując na małżeństwo, które obecnie dosłownie rozwaliło się na siedzeniach.
-Nie ma za co.- chciałam się uśmiechnąć, ale nie byłam w stanie.
Coś czuje, że już nigdy nie będzie jak dawniej...

____________________________________________________________________________
WRÓCIŁAM! Heeej misiaczki! Oto najnowszy rozdział. Jak tam w nowym roku? Coś się polepszyło? Mam nadzieję, że wszystko w porządku :)
Pamiętajcie zagłosować! Do następnego :) Jeżeli się podoba, wiecie co robić...
...KOMENTUJCIE



LoLa 

Ankieta

Cześć moi kochani. Przepraszam, że tak długo nie pojawił się nowy rozdział, ale miałam problemy z internetem no i cóż :/ Ale do rzeczy
Po prawej stronie, tuż pod archiwum bloga, macie ankietę, bardzo prosiłabym, żeby każdy kto tutaj zajrzał, zagłosował. Chcę wiedzieć, czy jest tu ktoś kto mnie czyta i czy może komuś się nawet te moje wypociny podobają. Z góry dziękuje :)
Jeszcze dziś pojawi się nowy rozdział, więc czekajcie :*
GŁOSUJCIE I KOMENTUJCIE


LoLa