-A tak, oczywiście.- chłopak posłał młodej kobiecie ciepły uśmiech, wykonując zadaną czynność- Tak w ogóle, to jestem Luke.- zwrócił się do mnie. Rzuciłam okiem na jego rękę. Zaobserwowałam na niej tatuaż. W identycznym miejscu jak u mnie i również było widać, że jest świeży. Kiedy tylko chłopak zauważył, czemu się przyglądam, delikatnie opuścił rękawy bluzy i niestety nie mogłam dokładniej się przyjrzeć.
-Danielle...- przedstawiłam się znów nie mogąc zdobyć się na uśmiech -Przepraszam, ale nie mam ochoty z nikim rozmawiać...- odwróciłam się od chłopaka i spojrzałam za szybę samolotu. Było ciemno, a ja powoli zaczynałam odczuwać chłód, spowodowany nadmiernym działaniem klimatyzacji jak na tak późną porę.
-Ale za co? Nic nie zrobiłaś.- zaśmiał się mój współlokator, ale kiedy tylko się odwróciłam i zobaczył mój smutny wyraz twarzy, jego uśmiech zbladł- Coś się stało?
-Nie chcę o tym mówić. Przepraszam.- znów zwróciłam swoją twarz ku widokom za oknem.
-Jasne... ale kiedy tylko będziesz chciała pogadać. Jestem tuż obok.- wskazał na siebie- W końcu mamy spędzić obok siebie jeszcze jakieś 10 godzin.- uśmiechnął się ciepło. Wydawał się strasznie miły.
Ale nie mam zamiaru się z nim przyjaźnić! Nigdy, przenigdy. Koniec z tym. Za dużo czasu i cierpliwości poświęciłam na poszukiwania osoby, której mogłabym zaufać. To już koniec...
W pewnym momencie chłopak zaczął energicznie pocierać palcami.
-Palisz?- zapytałam. Za późno ugryzłam się z język.
-Tak... niestety.- chłopak posmutniał i zagryzł zęby.
-No tak, przepraszam to nie moja sprawa.
-Też tak sądzę... i przestań mnie przepraszać. Przecież nic takiego nie robisz.- Luke pocieszająco złapał mnie za nadgarstek.
-Aaał!- syknęłam zdenerwowana i zabrałam rękę -Zostaw!
-Aaał!- równocześnie gwałtownie zawołaliśmy, łapiąc się za nadgarstki.
-Cholera! Co jest?!- wyszeptał krzykiem chłopak. Po chwili u nas obojga zaczął na linii żył, pojawiać się napis Never Give Up.
Z przerażeniem spojrzeliśmy sobie w oczy. Żadne z nas nie wiedziało co powiedzieć. Po prostu siedzieliśmy, starając się nie wyć z bólu, a to naprawdę bolało. Tak, jakby coś miejscowo rozdzierało ci rękę od środka, cieło skórę.
-Luke... ty też...- wtedy moja torba się poruszyła. Tak samo jak plecak Luke'a.
-Lexi!
-Champion!
Równocześnie skarciliśmy nasze zwierzęta. No bo co innego mógłby mieć w placaku?
-Danielle... co tam masz?- zapytał chłopak.
-A ty?- spanikowałam. Przecież go nie znałam. To był całkiem obcy dla mnie człowiek, a ja miałam mu powiedzieć, że w plecaku trzymam psa? Absurd!
-Pierwszy zapytałem.- nie dawał za wygraną, ale w jego oczach zauważyłam nutkę strachu.
-Psa, Golden Retrievera...-odpowiedziałam zamykając oczy i czekając na reakcję.
-Ja też...- chłopak delikatnie zaśmiał się, ale po chwili na jego twarzy pojawił się grymas.
Zaraz, zaraz. Czy to znaczy, że on też go znalazł?
-Skąd go masz?
-Szczerze? Któregoś dnia, sama do mnie przyszła. Chodziła za mną cały dzień, więc postanowiłem ją wziąć. A ty?- ból powoli ustawał, mogłam już myśleć o czymś innym, a nie o nim.
-Podobnie. Dwa dni temu, rano. Weszłam do pokoju, a on tam był. Siedział na łóżku. Nie chciał sobie pójść, więc po prostu został.
-Teraz trzeba się postarać, żeby nikt nam ich nie zabrał.- uśmiechnął się ciepło. Właściwie to uśmiech nie schodził z jego twarzy.
Jest taki promienny.
Na moje nieszczęście przypomniało mi się, co przeczytałam na jednej ze stron internetowych. "Najczęściej uśmiechają się Ci, którzy cierpią najbardziej". Od razu odwróciłam się od chłopaka, ucinając naszą rozmowę.
-Gdzie lecisz?- po chwili kontynuował. Pewnie dobra cisza dla mnie, jemu wydała się niezręczna.
-Do Londynu...- nie zapytałam, gdzie on się wybierał. Nie obchodziło mnie to. Moim postanowieniem było zamknąć się na ludzi, przestać im ufać. Chciałam zostać egoistką i choć miałam wyrzuty sumienia, to i tak starałam się trzymać swoich postanowień.
-Danielle? Możesz mi pokazać swój tatuaż?- nieśmiało zapytał Luke po kilku minutach.
-Czemu chcesz go oglądać?- odpowiedziałam pytaniem, na pytanie.
-Tak po prostu...- wzruszył ramionami -A właściwie to nie po prostu. Przez chwilą, na naszych oczach, w niewytłumaczalny sposób, pojawił się napis... Tatuaż- poprawił się -Czy sądzisz, że to coś normalnego?- odrobinę się uniósł.
-Skąd wiesz, że z moim pierwszym tatuażem też jest coś nie tak? Ten sobie zrobiłam. W tradycyjny sposób.- skłamałam. Champion ponownie poruszył się w torbie.
-Ja... nie wiedziałem, ale faktem jest, że ten drugi sam się zrobił.- narysował w powietrzu cudzysłów.
-Dobra, masz.- wyciągnęłam rękę.
-Zaraz, zaraz...- chłopak podwinął rękaw bluzy ukazując swój tatuaż. Przestałam oddychać. Tak jakby serce mi się zatrzymało.
-Przecież to...- oboje ostrożnie, jakby w obawie o kolejny tatuaż, przyłożyliśmy do siebie swoje ręce. Na moim nadgarstku były ptaki, na Luke'a klatka i jeden ptak, ułożony tak jakby miał być przedłużeniem linii moich. Idealnie ze sobą współgrały. Jakby zrobiła je ta sama osoba, tym samym stylem i z idealną precyzją, aby znajdowały się w odpowiednim miejscu.
Przerażona odsunęłam się od chłopaka bliżej okna.
-Co tu się do cholery dzieje...?!- Luke był tak samo oszołomiony jak ja.
-Też bym chciała wiedzieć...- spojrzałam za okno. Strasznie szybko zbliżaliśmy się ku powierzchni ziemi.
To dlatego od jakiegoś czasu, wszystko się tak trzęsło!
-Luke... zostawmy tą sprawę. Spójrz za okno!- krzyknęłam.
-Co?!- chłopak gwałtownie wstał i pobiegł do stewardessy. Z daleka widziałam jak wskazywał za okno i tłumaczył jej wszystko. Przerażona kobieta, wyglądając za szybę złapała się za głowę i pobiegła do pilota. Chłopak podbiegł do mnie i spuścił głowę.
-Danielle... my spadamy- oznajmił spoglądając mi w oczy.
***
~Miesiąc później..Obudziłam się. Powoli starałam się otworzyć oczy, ale światło tuż nade mną mi je raniło. Ponowiłam próbę ujrzenia świata. Tym razem- skutecznie. Zamrugałam kilkukrotnie próbując przyzwyczaić oczy do rażącego blasku. Starałam się zarejestrować gdzie jestem. Co nie było łatwe, przy tak ostrym bólu głowy jaki ja miałam. Jakby pękała mi czaszka. Dosłownie. Jakby coś mi ją miażdżyło!
-Dani?- usłyszałam delikatny szept.
-Co... Gdzie ja jestem?- spróbowałam się podnieść, ale padłam na coś na czym leżałam, z powrotem, ponownie zamykając rozbolałe oczy.
-Jesteś w szpitalu... Czegoś potrzebujesz? Coś ci przynieść?- ponownie usłyszałam głos. Nie wiedziałam kto do mnie mówi. Nie poznawałam tego głosu.
-Kim jesteś?- zmarszczyłam czoło i złapałam się za głowę.
-Nie poznajesz? To ja... Luke.- otrzymałam odpowiedź.
Jeżeli to faktycznie jest on, to jest strasznie inny niż w samolocie- dużo bardziej nieśmiały.
-Co? Mówiłaś coś?- ponownie się odezwał.
-Niee...
Dość tego!
Mocno i długo zamrugałam, następnie wreszcie ujrzałam upragniony widok- salę szpitalną... No może nie to chciałam zobaczyć, ale to już coś.
-Luke...? Co ty tu robisz?- zapytałam spoglądając na chłopaka -I zabierz tą cholerną lampkę!
Luke poderwał się z krzesła i delikatnie odsunął przedmiot.
-Poczekaj, pójdę po lekarza.- oznajmił wychodząc, ale pamiętał żeby nie trzasnąć drzwiami.
-Nigdzie się nie ruszam.- odpowiedziałam w przestrzeń i przymknęłam oczy.
Jejku... który dzisiaj w ogóle jest? Pewnie piątek, tuż po wypadku.
Na szczęście pamiętałam co było powodem mojej wizyty w szpitalu.
Nagle drzwi z impetem się otworzyły. Wpadł na salę najpierw lekarz z pielęgniarką, a na końcu Luke.
-Dzień dobry, pani. Wszystko w porządku?- przywitał się mężczyzna w białym fartuchu. Ostrożnie wyjrzałam za okno. Byliśmy na dość wysokim piętrze, ale i tak zauważyłam, że ziemię spowił biały puch. Nie dawała mi spokoju data dnia.
-Który dzisiaj jest?- zignorowałam powitanie lakarza i zapytałam.
-18 grudnia, Danielle.- odpowiedział mi Luke.
-Który?!- krzyknęłam, czego od razu pożałowałam.
-Była pani w śpiączce, ponad miesiąc.- odezwał się mężczyzna.
-Co..? Jak to?- nie mogłam uwierzyć w to co słyszałam. Nagle coś sobie przypomniałam -Co z moimi rodzicami?! Z Erickiem?!- gwałtownie podniosłam się z łóżka, co wywołało ból w klatce piersiowej.
-Proszę się nie podnosić! To jeszcze za wcześnie!- pielęgniarka podbiegła do mnie i delikatnie ułożyła z powrotem do łóżka.
-Co-z-moją-rodziną!- wycedziłam przez zęby.
-Nie wiemy. Jeszcze nie ustaliliśmy, którzy z pasażerów to pani rodzina. Większość... zginęła. Wszyscy pasażerowie, którzy przeżyli, zostali umieszczeni w szpitalu w Londynie. Jutro będzie pani mogła zobaczyć ich dane. Tylko kilkoro z nich jeszcze tutaj przebywa.- zaznaczył lekarz.
-Nie! Idziemy dziś! Teraz!- oświadczyłam.
-Ale to za wcześnie. Nie może pani...
-Nie obchodzi mnie to! Idziemy!- rozkazałam przerywając pielęgniarce.
-Dobrze. Jakoś powinna pani dać radę...- powiedział lekarz, wyprzadzając kobietę.
-Dobrze, więc chodźmy.- zaczęłam wstawać.
-Danielle. Jesteś pewna?- odezwał się Luke, niepewny moich zamiarów.
-Tak!- wydarłam się.
Lekarz z niewielką pomocą pielęgniarki usadził mnie na wózku. Wieźli mnie korytarzami ogromnego szpitala. Na górę, to na dół. W koło słychać było krzyki, trwogę, płacz, bieganinę... Jeden wielki chaos. Minęliśmy rodzinę. Płakali. Kobieta była bliska załamania nerwowego. Jeżeli już to nie nastąpiło. Pewnie zmarł jej ktoś bliski. Strasznie szkoda mi takich ludzi. Ich życie wywraca się do góry nogami przez coś takiego. Na przykład umrze ktoś, kto utrzymywał całą rodzinę. I co wtedy? Wtedy zostają z niczym. Kompletnie niezdolni do życia. Dotarło do mnie, że mnie mogło się to samo przydarzyć.
Co jeżeli mama nie żyje? Co jeżeli tata nie żyje? Co jeżeli... nie żyje Eric? Nie! To niemożliwe!
Zmagałam się z myślami. Nie chciałam dopuszczać do siebie czegoś takiego, mimo że było bardzo prawdopodobne. W końcu to katastrofa. Samolot spadł. Uderzył w ziemię. Spłonął...
-Proszę, oto jesteśmy.- zatrzymaliśmy się przed jakimś gabinetem. Przez cały czas Luke spacerował za moim wózkiem.
Właściwie to co on tutaj robi? Przecież powinien być w domu.
Wjechaliśmy do pomieszczenia. Pod ścianą stał ogromny regał, z równie ogromną ilością szuflad. Lekarz powoli zaczął wyciągać jakieś papiery z poszczególnych i kładł na biurku, przy którym siedziałam ja.
-Proszę. To już wszystkie. To są karty pacjentów, którzy zostali przyjęci tego dnia, którego miała pani wypadek.- przed moimi oczami leżało tylko kilka kart.
-Jak to? Tylko tyle?- nie ukrywałam zdziwienia.
-Tak. Nikt nie powiedział, że... że dużo osób przeżyło...- lekarz wahał się.
-Dobrze...- przełknęłam ciężko ślinę i zabrałam się do przeglądania kartek.
Jedna... druga... trzecia. Nie ma... gdzie te karty?!
Z każdą kolejną kartką w moich oczach gromadziło się coraz więcej łez. Nie mogłam trafić na żadną, na której byłyby choć jedne upragnione dane.
-Tak! Jest! Jedna jest!- wydarłam się jak idiotka, ale prze szczęśliwa idiotka. Nie zważając już nawet na to, że głowa mi pękała.
Eric żyje! Eric żyje! Muszę go zobaczyć!
-To mój brat.- powiedziałam wskazując na kartkę -Gdzie on jest? Mogę się z nim zobaczyć?
Nadzieja zaiskrzyła w moim sercu. Jak mały promyczek oświetlający drogę w mroku.
-Ah tak. Dziecko zostało wypisane za szpitala jakieś dwa tygodnie temu. Nie wiemy co się teraz z nim dzieje...- lekarz był okropnie dosłowny, ale chociaż nie starał się nic przede mną zataić.
-Jak to nie wiecie?! Jak mogliście wypuścić w świat pięcioletnie dziecko, nie mając pewności, czy gdzieś tam ktoś na niego czeka?!- wydarłam się na lekarza. Pojawił się ból w klatce piersiowej. Nie mogłam złapać powietrza, a moje oddechy stawały się coraz płytsze.
-Danielle!- podbiegł do mnie Luke i złapał za ramiona.
-Pani Jenkins! Proszę zabrać ją na salę operacyjną!
Pielęgniarka gwałtownie złapała za rączki mojego wózka i biegiem zawiozła mnie za jakąś dziwną salę, gdzie prawdopodobnie zajęli się mną specjaliści. Przełożono mnie na łóżko operacyjne. Wokół mnie kręcili się ludzie, których z każdą chwilą stawało się coraz więcej. Wszystko działo się strasznie szybko i widziałam to jak przez mgłę. Lekarze krzyczeli do siebie jakieś dziwne polecenia. Obróciłam głowę w lewą stronę i zauważyłam Luke'a który szarpał się z jakimś człowiekiem, a następnie podbiegł do mnie, złapał moją twarz w dłonie i coś mówił, ale nic nie słyszałam. Wtedy spowiła mnie ciemność...
____________________________________________________________________
Witam, witam po małej przerwie. Rozdział nie pokazywał się dlatego iż aż ponieważ koniec półrocza dał mi się porządnie we znaki i niestety nie miałam czasu nic napisać, a tym bardziej dodać. Z tego rozdziału jestem cholernie niezadowolona :/ Jakiś taki nijaki jest. Do kolejnego muszę się porządnie przyłożyć.
WIELKIE DZIĘKI ZA DWIE OBSERWACJE! To dla mnie naprawdę dużo znaczy! Nie mogę w to uwierzyć. Jeszcze raz WIELKIE DZIĘKI! :)
KOMENTUJCIE
LoLa